witam
chcialbym sie was poradzic.
bylem ze swoja kobieta 6 lat. w zwiazku tym to ona zawsze bardziej mnie kochala mozna powiedziec ze swiata poza mna nie widziala, zawsze bylem dla niej na pierwszym miejscu. na pocztku roku mielismy powazna rozmowe mowila ze musze sie zmienic bo ona dluzej tego nie wytrzyma..zmienilem sie ale na 3 miesiace,pozniej nawet sie z nia rozstalem dla jej dobra. Nie rozumiala tego byla zalamana,pisala ze swiat jej sie zawalil ze zebym pamietal ze zawsze bedzie mnie kochac. Jak cos bylo miedzy nami nie tak zawsze powtarzala ze nie chce innego ze chce tylko mnie. wrocilismy do siebie po zaledwie kilku dniach bo tesknilismy do siebie. z 4 miesiace bylo ok ale ostani miesiac to byl moj gwozdz do trumny. znow zaczalem robic to czego nie powiniem(chodzi tutaj o imprezy,zle odnoszenie sie ale nigdy nie uderzylem ani nie zdradzilem) ostanio przyjechal do niej chory zmeczony i wkurzony i powiedzialem kilka slow za duzo niestety gdy mi wyskoczyla ze chce porozmwiac o naszym zwiazku,bylem w szoku myslalem ze jest wszytko ok pozniej dopiero sie ocknalem ze ona ma racje ze bardzo ja ostatnio zaniedbywalem...niestety od czasuy tego smsa nic nie pozwala mi do niej dotrzec. z kobiety ktora swiata poza mna nie widziala stala sie prawie ze calkiem objetna w stosunku do mnie. Ja w koncu zrozumialem jak bardzo ja kocham i co jest w zyciu najwazniejsze mozecie sie smiac ale naprawde mnie oswiecilo. Niestety ona mowi ze jest juz za pozno. Podawalem tez po czesci faktyczne i mysle ze dosc zrozumiale powody mojego ostatniego zachowania ale nic kompletnie nie dociera do niej. Mowi ze cos w niej peklo ze nie ma ocohty nawet mnie przytulic, ze tego nie czuje i zebym ulozyl sobie zycie z kims innym. NIe chce mi sie wierzyc ze z dnia na dzien po kilku slowach w sms choc nie pierwszych ona juz mnie nie kocha. mialem ostatnio ostrzezenia ze jak jeszcze raz to koniec. Powiem szczerze ze mowila to wtedy z takim przekonaniem ze naprawde sobie myslalem kurde ona naprawde mowi serio...niestety przyszedl dzien taki a nie inny zlozylo sie na to kilka okolicznosci i nie wytrzymalem i napisalem zeby wypierdalala z mojego zycia....Prosze was czy jest tutaj co ratowac? czy naprawde kobieta ktora nie widzi swiata poza swoim facetem moze tak po prostu z dnia na dzien przestac kochac? pytam sie bo nie wiem czty jest sens walczyc. Ja sobie myslalem ze ona po prostu kogos poznala w czasie gdy ja bylem taki obojetny dla niej a ta klotnia ostania byla tylko gwozdziem do trumny. Z tym ze ona mnie zapewnia ze to nie jest powodem w 100 procentach ani nawet ja nie moge miec ku temu zadnych podejrzen bo mimo ze bylo zle zawsze znajdywala dla mnie czas jeszcze dzien przed ta klotnia byla bardzo czula i mila. Powiedziala zePowodem jest tylko i wylacznie moje zachowanie...Ja chce sie zmienic chce zrobic w koncu wszytko by czula sie ze mna bezpiecznia kazdego dnia chce o nia walczyc chce bo zrozumialem jaki SkARB mialem i w jak glupi sposob ja stracilem. Boli mnie to bardzo ale musi bo zawinilem i musze poniesc konsekwencje .Niby w ostaniej rozmowie powiedziala ze jej na mnie zalezy ale pozniej jakby sie z tego wycofala.Na koniec powiedziala powodzenia w zyciu....nie powiedziala czesc,zegnaj tylko powodzenia w zyciu tak jakbym nigdy juz mieli nie byc razem chocbym nie wiem co zrobil...
pytam sie was czy jest sens walczyc czy jest szana jesszcze to uratowac czy jednak jest takie cos ze czasem nawet przy wielkim uczuciu cos peka w tej drugiej osobie i nie ma juz nic....
dodam tylko jeszcze ze bylem jej 1wszym i ze ona jest bardzo wrazliwa i uczuciowa i zawsze chciala zebym byl wlasnie tym 1wszym i ostatnim