Cześć! Piszę, żeby podzielić się swoim problemem, którym jest wielka samotność.
Mam 25 lat, a czasem czuję się jakbym życie miała za sobą. Wszystko to za sprawą strasznej samotności.
Kiedy wyjechałam na studia 5 lat temu, czekałam na odmianę mojego życia. Pochodzę z małej nadmorskiej miejscowości, a na studia udałam się wiele kilometrów od domu...po części dlatego, że wydawało mi się, że im dalej ucieknę, tym ciekawsze stanie się moje życie.
Od zawsze byłam typem samotnika. Kiedy byłam jeszcze mała, no, może wtedy byłam inna (czasy szkolne) ale mniej więcej od 15 roku życia raczej unikam ludzi niż sie do nich garnę. Nie czuję sie dobrze w dużych grupach, preferuję małe, znane mi towarzystwo.
Na studiach takie towarzystwo poznałam: bardzo fajną przyjaciółkę którą bardzo kochałam jak siostrę, i chłopaka. Z chłopakiem już nie jestem od 3 lat, a z koleżanką kontakt bardzo się rozluźnił z powodu faktu, że wróciłam z powrotem w swoje rodzinne strony (też północ kraju, ale nie rodzinna miejscowość) ponieważ poznałam chlopaka, w którym zakochałam się do granic (czasem nie wiem, tak jak dziś na to patrzę, czy z wzajmenością aż tak bardzo...). Zakochałam się w nim bardzo mocno, i chyba dużo mocniej niż w moim poprzednim chłopaku.
Dla miłości tak jakby rzuciłam ten mały światek, który miałam na studiach w innej części kraju. A ponieważ została tam tylko przyjaciółka, to "tylko" i "aż" ją tak naprawdę zostawiałam za sobą, nic więcej mnie tam nie trzymało.
Kiedy przyjechałam tutaj gdzie teraz mieszkam, na początku byłam wniebowzięta. Mieszkanie z ukochanym, który wziął mnie do siebie, perspektywa spędzenia ze sobą wielu pięknych chwil, pokonanie tęsknoty która tak bardzo doskwierała, gdy studiowałam daleko od niego. To wszystko było piękne.
Ale jak się okazalo, potem zaczęły się schody. Po pierwszej fazie zakochania mój chłopak powrocił do dawnego życia, on nie stracił niczego: ma nadal rodziców, do których może w kazdej chwili pojechać...ja mam do swoich 2 h jazdy i nie mogę być równie często, jak on. On ma także mnóstwo, mnóstwo zajęć. Kiedy wraca po pracy, to prawie cale popoludnie zajmuje się tylko i wyłącznie swoimi sprawami - od doskonalenia zawodowego po hobby, którym jest dla niego sport. Nie mam nic przeciwko hobby, ale do tego dochodzą spotkania z kolegami - mój chłopak gra w zespole weselnym w stylu takich nowoczesnych wesel - bez disco polo, takich "modnych"...choc ja nie mam nic przeciwko disco polo, żeby nie bylo
Często chłopaki mają próby, cztero-pięciogodzinne. Ja podczas tych prób oczywiście jestem sama w domu. nie mam nikogo tutaj prócz niego. Rodzina jest dość daleko, przyjaciółka z ionnego miasta niestety nie dała rady utrzymać ze mną dawnej więzi z powodu odległości która nas teraz dzieli....dawniej spotykałysmy się raz w tygodniu, wszystko o sobie wiedziałyśmy, teraz nie mamy praktycznie kontaktu. Na poczatku przyjaciółka była smutna i zla, że się wyprowadzam. powiedziała mi wtedy, że zatracam si,ę w miłości, i że wszystko inne zaniedbuję, i że to się później zemści jak się tak robi. Nie chciałam w to uwierzyć ale teraz dwa lata później widzę, że to prawda.
Ja pojechałam do chlopaka bo on miał dobre stanowisko tu gdzie jest, a ja i tak byłam świeżo po studiach i nie bardzo wiedziałam, gdzie teraz moje miejsce, więc przystałam na to.
Niestety, za cenę miłości utraciłam przyjaciółkę, znajomych z mieszkania, tamten świat pełen smiechu, beztroski.
A teraz gdy chlopak przychodzi po pracy do domu, od razu ćwiczy śpiew i albo robi coś do pracy albo jedzie na próbę, a raz w tygodniu na treningi. Ja w tym czasie albo sie uczę, albo czytam, słucham muzyki, staram się zagłębiać w książki ktroe mnie interesuja.
Nie udało mi sie tutaj zapoznać nikogo fajnego, mówię o koleżankach. Może jedną, ale ona ma mało czasu.
Ogólnie jestem samotna i bardzo bardzo zrezygnowana. Chłopak nie rozumie mojego zdenerwowania i smutku, kiedy przeciąga im się próba lub trenują dłużej przed meczem. On tego nie rozumie. Nie mam i niego zrozumienia., czasem mam wrażenie, że dla niego on zawsze będzie się liczył najbardziej a ja będę tylko dodatkiem. Gdy ktoś dzwoni i nas zaprasza, np. jego kolega, nas na piwo, on często bez skonsultowania ze mną mówi: "nie, wiesz, stary, mam sporo do zrobienia do pracy", albo"niestety, nie mogę, musze znowu ćwiczyć bo w sobotę gramy". Czuję się pomijana...mówiłam mu o tym wiele razy, ale to nic nie dawalo. Jestem taka samotna....
To wszystko przekłada się na moje samopoczucie, czasem się boję, że zaczynam juz świrować. Miałam wielokrotnie ochotę iść do jakiegoś psychologa, ale nie stać mnie na to, by ciągle wydawać 80 zł za wizyte a wiadomo że na jednej sie nie skonczy zapewne. a państwowo ciężko się dostać tu gdzie jestem.
Czasem płaczę, jest mi źle, a chlopak nie zawsze to rozumie. Mówi: "Weź się do nauki, uczysz się dużo ale widać za mało, skoro masz czas czuć się sama". On nie rozumie, że gdy siedzę z książką albo wkuwam coś, a jestem sama w domu, to też czuję samotność. Co z tego, że myśli mam zajęte.
Moja mama i tata zawsze po pracy razem spędzali czas, mam inny wzorzec, dla mnie to naturalne, a tutaj tak nie jest. On przycodzi po 8 h i mimo że fizycznie tu jest, to mentalnie nie czuję że on tu jest. jest jakby weekendowym chłopakiem, parterem. W weekend często wymyśla wesołe wypady, wycieczki na rolkach.... ale potem w tygodniu to tak jakby nie istniał.
Nowym ludzi ciężko mi poznać - po szkole czy pracy w wieku 25 i wiecej ludzie mają już swoje życie, niektorzy założyli rodziny, nie chcę zawracać im glowy, bo i za kontaktem ze mną zadne z nich specjalnie nie optuje.
Czuje się jak w potrzasku, jakby wszystkie mosty za mną byly spalone. A przede mną nic.
Wiele razy wybuchały awantury przez to, że mój parter po pracy nadal jest myślami w pracy albo fizycznie nadal robi coś, co nie jest związane w żaden sposob z nami, z naszym zwiazkiem. On nie widzi mojego problemu. A ja...z dnia na dzień jestem coraz bardziej samotna. Boję się, że przez ten brak zrozumienia z jego strony dla mnie i z mojej dla niego, ten związek sie rozpadnie. A może powinien sie rozpaść, skoro czuję się tak opuszczona?....