Dzień z życia matki na wesoło ;D
Godzina 7.00 czasem 6.00 czasem 5.00 (powiedzmy, że dziś była to 7.00) w zależności, o której królewicz się wyśpi. Z pokoju słychać głośne "mama". Wchodzisz do pokoju a pan i władca siedzi na oknie i ogląda koparki przez okno. Na oknie! O zgrozo! Kiedyś sobie coś zrobi, ale czego się nie robi dla dziecka. Stoisz przy nim ot tak dla bezpieczeństwa na wszelki wypadek. Mija 10 minut, kolejne 10 i jeszcze kolejne 30. Pęcherz pełny a dziecko panika, że każesz mu zejść. Tak sobie myślę.... Może pójdę do apteki po pieluchy dla dorosłych...
Królewicz w końcu zlitował się nad poddaną i schodzi. Biegiem do ubikacji po drodze potykając się o klocki, autka i kołdrę którą panicz już zdążył wywlec z łóżeczka. Oh.., ale ulga nie słyszę nic... próbuję, choć udawać, że nie słyszę walenia w drzwi z odgłosem "mama am! No dobra koniec. Ręce umyte zabieram się za śniadanie. po 10 minutach stania przy lodówce i chlebaku i zastanawiania się co na śniadanie stwierdzam, że chleba brak. Ubieranie trwa od 10 do 30 minut. W zależości czy mój kochany synek da sobie zmienić pieluszkę.
No i jesteśmy prawie gotowi do wyjścia! Jeszcze tylko spodnie, koszulka, bluza, skarpetki, buty i możemy wychodzić. W między czasie ja ubieram się w trybie przyśpieszonym, czyli jakieś 3 sek.
Sklep. Atrakcyjność nie zna granic. Mama TO, mama TO pokazując palcem to, na co ma ochotę No a ja wzięłam odliczone tylko na chleb. Dzięki bogu po 30 minutach płaczu, krzyku i próbie wymuszenia udało się. Jesteśmy prawie w domu. Jeszcze tylko schody... te cholerne schody. Dobra stoimy przed drzwiami a mój syn ani myśli wejść do środka. kolejne 3 minuty użerania się. Spoko zaciągnięty siłą, mimo iż walczył dzielnie poległ.
Mniej więcej o godzinie 10 śniadanie pięknie podane, na ulubionym talerzyku. yyyy chyba się pomyliłam. Nie miał ochoty na pyszny świeży chlebek z szynką i pomidorkiem. Pomidorek na ziemi, szynka w nosie a z chlebka zniknęło tylko i wyłącznie masełko.
Próba przekupienia nie odniosła spodziewanych efektów. Nie ma innej możliwości. Chrupki na śniadanie... Czemu nie. Czasem można odpuścić. Jest spokój. W końcu mogę sobie wypić kawę ze wczoraj. Oh jak dobrze mieć mikrofalówkę.
Czas na sprzątanie.
Pokój synka. Istny armagedon. Chyba miałam w nocy w domu tornado. Ale byłam tak zmęczona, że nie słyszałam, nawet stado słoni, by mnie nie obudziło. A może jednak nie było to tornado a jakieś chochliki - zgrywuski. Nie wiem w każdym bądź razie jak dorwę to zabiję.
Po uprzątnięciu prawie wszystkiego jest godzina 13. Młody padł zmęczony na łóżku... Ciekawe, po czym... Takiemu to dobrze. Ok nie mogę pozwolić sobie na odpoczynek. Trzeba jeszcze obiad zrobić. Pomysł całkiem niezły.
Królewicz obudził się z drzemki. Godzina 15.
Kotlety, ziemniaczki, mizeria Co z tego, że przy gadach stałam prawie 2 godziny z przerwami na pomycie podłogi. Mój synek z całego obiadu zjadł tylko to, co kocha najbardziej... Mizerię. Dobra może, choć mąż mnie doceni.
Powrót z pracy męża. Uf Ale ulga. Będę miała trochę czasu dla siebie. Mąż docenił obiadek. Zawsze to jakiś sukces. Poobiednia zabawa męża i dziecka. I na co ja sprzątałam i na co ja myłam podłogę, zbierałam zabawki! Teraz już wiem, że wcześniej wspomniane chochliki - zgrywuski to tak na serio moje kochane dziecko.
Ubieranie na spacer. Kolejna godzina z życia wyjęta. Dobrze, że męża nie muszę ubierać, bo by były dwie...Jest trochę cięższy od synka, więc ciężej byłoby go podnieść i zanieść na łóżko. Już nie mówiąc o dogonieniu.
Wychodzimy, mogę pooddychać świeżym powietrzem! Oh jak fajnie jest wyjść do ludzi. Mogę porozmawiać sobie z dzieciakami na placu zabaw pilnując czy oby mój synek nie ma w planach zepchnąć kogoś z huśtawki.
Czas do domu... Ale ja się nagadałam z tymi dzieciakami... Czułam się jak opiekunka dla gromadki dzieci. Współczuję przedszkolankom. Teraz już wiem czego mi brakuje... Anielskiej cierpliwości.
Godzina 19 w końcu jesteśmy w domu! droga z placu zabaw do domu trwa zwykle około 5 minut. Nam zajęło 30.
Kolacja podobnie jak śniadanie. Prawie nic nie ruszone. Tylko zamiast szynki w nosie był żółty ser w uchu.
Godzina 20. Czas na wycieszenie się przed snem. Oh nie. Zapomniałam o kąpieli. No dobra. Idziemy więc plum-plum. Szkoda, że nie mamy wanny. Ale spoko wanienka też jest fajna. Niestety, mój strachliwy synek boi się kąpać w łazience. Nie wiem dlaczego... więc co... Ręczniki do pokoju na podłogę, wanienka, woda. Jest fajnie. Mały się pluska, myje, wstaje.. BAM! Płacz, krzyk a ja mam basen dosłownie na podłodze. Szybko mop, ręczniki, cała zawartość szafy łącznie z moimi ubraniami. No dobra i tak miałam prać. Sytuacja jak mi się wydawało opanowana. Tak. Wydawało mi się. Przychodzi sąsiad z dołu. O nie! Znów go zalało... Spokojnie na Wakacje mąż odmaluje... W tym czasie mały już ubrany... Coś cicho... gdzie on jest.... No nie.. znów na oknie, znów dorwał mój balsam... Chyba jutro czeka mnie mycie okien. Lubię myć okna. W końcu będą czyste do następnego dnia! To rarytas!
Godzina 23. W końcu zasnął... Przeniesiony do łóżeczka. Usiadłam i zachciało mi się płakać, trzeba przecież zrobić pranie, wywiesić, posprzątać, pomyć po kolacji... Zasypiam z myślą, że jutro czeka mnie równie ciężki dzień, jak nie cięższy....
Dobranoc ![]()