Cześć mam 27 lat, a od 6 lat jestem ze swoją kobietą, poznaliśmy się podczas wspólnego wynajem. Bardzo się kochamy układa nam się prawie we wszystkich sferach związku. No właśnie, prawie. Na początku byłem o nią chorobliwie zazdrosny, nie mogłem znieść że lubi sobie wyjść na piwo ze znajomymi a jeśli w jej otoczeniu byli inni faceci (gdy mnie nie było w pobliżu) to potrafiłem wpaść w furię. Ona jest dziewczyną bardzo popularną i uśmiechniętą, wykształconą i światową, natomiast ja czuję się jak kretyn ponieważ zawaliłem studia, odszedłem z jednej roboty na rzecz "wymarzonej" która okazała się koszmarem, zmarnowałem swój potencjał i czuję że jestem na równi pochyłej do szarego nieciekawego życia. Cały czas staram się zmieniać, nie chcę jej ograniczać zresztą nie mam do tego prawa jesteśmy wolnymi ludźmi, ale nie potrafię sobie poradzić z uczuciem pustki gdy ona wychodzi do innych ludzi. Czuję się wtedy niepotrzebny, odrzucony, mam irracjonalne myśli że kiedyś mnie zostawi dla faceta z wyższym wykształceniem i lepszym podejściem do życia, nie mogę zasnąć, nękają mnie stany depresyjne czy inna nerwica i uczucie strasznego lęku.
Natomiast gdy jesteśmy razem i inni faceci się nią interesują to nie mam z tym problemów, jestem wręcz dumny że mam taką dziewczynę której można mi pozazdrościć.
Wiem że ona mnie również bardzo kocha, pomimo tego nie mogę jej do końca zaufać. Co również mnie rozdziera ponieważ zaufanie to coś co chciałbym jej dawać każdego dnia. Wbrew własnej woli sprawia mi chorobliwą przyjemność kontrola, czasami potajemne sprawdzanie wiadomości na serwisach społecznościowych czy w telefonie. A po tym czuję się jak skończony frajer bo po pierwsze dobrze wiem że tam nic nie znajdę a po drugie samo takie zachowanie jest strasznie dziecinne.
Czuję się jak między młotem i kowadłem, ogromna bezinteresowna miłość z jednej strony a z drugiej męczące mnie irracjonalne myśli i ciężkość w klatce piersiowej nie pozwalają mi zaznać spokoju. Jak się umówi na spotkanie to już kilka dni wcześniej zaczynam "rozpaczać" wewnętrznie że poświęci czas innym a nie mi. Racjonalnym byłoby również wyjść wtedy z chaty na piwo z kumplami ale mam blokadę przed innymi ludźmi i zwykle zostaję w domu i celebruję stany depresyjne...
Nie potrafię docenić jak dużo czasu mi poświęca pomimo ogromu obowiązków na studiach dziennych, i pracy na pełen etat. Ciągle mi mało a wiem jak ważna jest dla niej niezależność.
Podsumowując im dalej nasz związek trwa tym bardziej czuję się uzależniony od mojej miłości. Boję się że przerodzi się to w coraz poważniejsze fobie tym bardziej że tłumię w sobie uczucie zazdrości i pragnienie spędzania każdej chwili z nią... Każdy jej sukces z których jestem dumny przynosi refleksję na mój własny temat i wnioski o zmarnowaniu własnego życia, czuję że jeszcze trochę i będę w takim cieniu że przestanie mnie postrzegać jako zdecydowanego mężczyznę, a zamiast tego jako życiowego przegrywa którym zresztą czuję się od dawna. Czasem mam nawet myśli że gdyby mnie nie było to lepiej by się jej wiodło w życiu, tym bardziej że przez zazdrość zniszczyłem jej wiele z życia studenckiego, towarzyskiego i zawodowego. Nie wiem już co ze sobą począć w akcie desperacji wylewam swoje uczucia tutaj, może ktoś z Was będzie miał jakieś dobre rady...