Witam. Mój problem nie pojawił się nagle, ale od paru dni pojawiło się nasilenie i postanowiłam się wygadać. Może przy okazji dostane jakąś cenną radę, albo chociaż zobaczę jak to wygląda z innego punktu widzenia.
Moja mama wychowywała mnie i brata samotnie.W rodzinie nigdy się nie przelewało, utrzymywana była z reguły za te niższe krajowe stawki. Ale zawsze dawaliśmy radę, chodziliśmy porządnie ubrani, nigdy nie byliśmy głodni. Ze względu na zarobki mojej mamy zdaję sobie sprawę z tego, że pieniądze są ważne, szczególnie jeśli w życiu liczy się każdą wydaną złotówkę. I tutaj zaczyna się problem, bo odnoszę wrażenie,że te pieniądze są w jej życiu najważniejsze.
Nie jest ona rodzinną osobą. Nie wiem jak było z moim bratem(jest 11lat starszy, więc nie miałam możliwości oglądać jak to wyglądało u niego), ale odkąd pamiętam wychowywała mnie babcia. Przez wychowywanie mam na myśli spędzanie ze mną czasu, zajmowanie się mną pod nieobecność mamy(ale nie tylko), zabieranie na wycieczki. Mama nie okazywała mi konkretnych uczuć. Nie było nigdy przytulania, rozmawiania, spędzania razem czasu. Po prostu miała dziecko, które trzeba było nakarmić, ubrać, zaopatrzyć i nic więcej. Pamiętam doskonale sytuację jeszcze z przedszkola, która doskonale opisuje jej podejście. Na dzień matki przedszkolanki poleciły zrobić dzieciom laurki dla swoim mam. Widziałam jak każda mama przy odbiorze dziecka cieszyła się z otrzymanej kartki. U mnie po przyjściu do domu usłyszałam tekst "a po co mi takie śmieci" i kartka po paru godzinkach wylądowała w koszu. W wieku nastoletnim nawet cieszyłam się, że mama za bardzo nie ingeruje w moje życie. Nie interesowała się szkołą, moje oceny były tylko i wyłącznie moją sprawą(a jako, że nie miałam problemu zagrożeń, więc nie musiała interweniować), jedyne co, to jak wracałam trochę poźniej do domu to dzwoniła i pytała gdzie jestem i o której wrócę. Wtedy już zaczęły się pierwsze kłótnie, chociaż nie ukrywam, że jak miałam te naście lat, to trochę też wychodziło ode mnie. Co nie zmienia faktu, że w kłótniach czasami byłam wyzywana, co mnie bolało, szczególnie, że słyszałam te słowa od teoretycznie najbliższej osoby.
Mam wrażenie, że troszkę przedstawiam ją w świetle matki, która ma gdzieś swoje dziecko. Tak absolutnie nie było, po prostu zawsze brakowało mi jakiegoś takiego uczucia z jej strony, a dla mnie to jest ważne.
Ładnych parę lat temu koleżanka wprowadziła moją mamę w świat komupterów,a dokładniej przeróżnych czatów. Od tamtej pory odkąd wraca z pracy zasiada przed laptopem i zagłebia sie w swój 'raj'. Przykre było dla mnie jak wracałam czasami podekscytowana do domu, chciałam jak najszybciej opowiedzieć o czymś co sie wydarzyło, a czułam się jakbym mówiła do ściany, bo mając słuchawki na uszach nawet nie raczyła spojrzeć w moją stronę.
Ale to wszystko było dawno. W zeszłym roku mieszkałam z nieaktualnym już chłopakiem dość daleko od domu. Studiowałam, byłam na stażu. Nasze relacje poprawiły się bardzo. Nawet do tego stopnia, że moja mama miała brać kredyt, a ja potrzebowałam pieniądze na komputer nowy, więc wzięła większy, który spłacałyśmy razem, po połowie. Co miesiąc, przez ten rok wysyłałam jej pieniądze za ratę, wzięłam na siebie opłatę umówę na mój telefon, plus dodatkowo wysyłałam jeszcze co mogłam jeśli była taka potrzeba. Co by nie mówić, jeśli chodzi o nasze relacje, ten rok był udany. Problemy zaczęły się odkąd rozstałam się z chłopakiem i we wrześniu wróciłam do domu. (W międzyczasie jeszcze zrezygnowałam ze studiów( zaoczne, uczelnia prywatna). Miałam nadzieję, że od razu znajdę jakąś pracę. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna. Praca pojawiła sie dopiero w styczniu i to tylko na pół etatu. Swoich rachunków nie zapłaciłam tylko przez jeden miesiąc. Moja mama brała dość sporo niepotrzebnych kredytów, których raty teraz pochłaniają dość spory procent dochodów mamy. Dodatkowo odkąd się nie uczę wszelkie dofinansowania poszły w siną dal. Dla przykładu, jak się uczyłam jeszcze w liceum było dofinansowanie za mieszkanie. Czynsz wynosił 150 zł. W tym momencie wynosi ok. 450 i to tylko dlatego, że zameldowana jest zamieszkująca 1osoba. W wypadku 2 koszt skacze do prawie 600. Dofinansowanie należałoby sie mamie gdybym uczyła się dziennie. I tutaj jest pierwszy z problemów, który mnie niesamowicie boli. Matka twiedzi, że jej wszystkie kłopoty finansowe są tylko i wyłącznie moją winą. Bo się nie uczę, bo ona miała wszystko zaplanowane, wszystkie rachunki wyliczone do końca mojego hipotetycznego studiowania, a zła córka nie poszła na dzienne studia i teraz pieniędzy brak. O jej 'planach' i pretensjach dowiedziałam sie dopiero teraz jak pojawiły się problemy z wyrabianiem od pierwszego do pierwszego.
Przez okres szukania pracy ciągle słyszałam, że jestem nierobem, że nikt na mnie nie będzie ciągle pracował, podczas kłótni byłam obrażana, czułam się okropnie. Wychodziłam do swojego pokoju i po prostu płakałam.
Teraz pracuje na niecałe nawet pół etatu. Dostaje 550zl, szukam jeszcze drugiej pracy. Daje mamie miesięcznie jakieś 200zł, plus jak czegoś brakuje w domu to kupię. Za resztę ładuje kartę miejską za 100zł i jakieś pieniądze zostawiam dla siebie, staram sie cokolwiek odłożyć nawet z tych 200-250zł które zostają na własne potrzeby.
Ale dla niej to dalej za mało. Dalej jest wypominanie, dalej są awantury, matka liczy, że będę oddawać prawie całą swoją pensję. Nie chcę być źle zrozumiana, bo jak najbardziej widzę potrzebę dorzucania się do domowego budżetu, ale jestem też młoda, chciałabym coś ze sobą zrobić, kursy, jakaś szkoła policealna, może wkrótce znów studia, ale nie mam nawet jak. Nawet przy znalezieniu drugiej pracy matka liczy, że będę dokladać 600-700zł co miesiąc. Chcialabym się usamodzielnić, przy większych dochodach pomysleć coś może o wynajmie mieszkania z chłopakiem, czymś co pozwoli mi się wyrwać z domu.
Nie potrafię znaleźć porozumienia z mamą, jesteśmy zupełnie z dwóch różnych światów, ja- wrażliwa, przepełniona empatią, uczuciowa i ona- kompletnie apatyczna, bardzo wulgarna, niewrażliwa na cudzą krzywdę. Od tygodnia mamy 'ciche dni'. Nie wytrzymałam w momencie kiedy zaczęło się wypominanie jedzenia. Ja się odcięłam, odzywam się kiedy muszę. Po prostu żyjemy obok siebie. Czuje się jakbym była potrzebna tylko do dawania pieniędzy. Jak są pieniądze to jest dobrze, gdy zaczyna brakować, pojawiają się wyzwiska i obrażanie.
To i tak nie wszystko co chciałabym z siebie wyrzucić, ale widzę już wielkość mojego posta i nie wiem nawet czy ktokolwiek go przeczyta. Jeśli jednak komus się to uda, to może się dowiem czy to moje myślenie jest złe i faktycznie powinnam dawać bardzo dużo czy po prostu z cierpliwością czekać, płacić te swoje rachunki i odkladać by móc rozpocząć samodzielne życie?