Witam
Nie wiedziałam w sumie gdzie umieść ten wątek bo nadawał się i do relacji rodzinnych i do ciąży, ale też i do ogólnego problemu...Chciałam się po prostu wyżalić bo już nie daje sobie rady ![]()
Zacznijmy od tego iż jestem w około 6 miesiącu ciąży...nikt w rodzinie jeszcze o tym nie wie... oprócz mnie i mojego chłopaka oraz mojej przyjaciółki, która niestety znajduje się w innym mieście. Jakoś nie odczułam że moja rodzina może ucieszyć się z nowego członka rodziny, już nie chodzi o to że pewno będą zaskoczeni, ale czy w ogóle go zaakceptują. Mieszkam w tym samym mieście co rodzina mojego ojca... Mój ojciec jednak mieszka we Wrocławiu ze swoją nową rodziną, już parę dobrych lat, matka mieszka za granicą z też swoją nową rodziną już z 2 lata i raczej nie myślą by wrócić do Polski, ponieważ kupili tam mieszkanie(w Danii, w Kopenhadze)oboje rodziców mają już swoje życie, swoje problemy, ja jak na razie czuję się jak pomiędzy młotem ,a kowadłem, jak nieudany "eksperyment" młodości moich rodziców, co prawda mama stara się mnie finansowo wspierać, rozmawia ze mną prawie codziennie przez facebook'a, ojciec za to przyjedzie raz na święta i tyle go widział. Ale to też nie to samo jak móc zawsze wrócić do miejsca gdzie wiesz że będziesz bezpieczny i będzie to twój dom. U mamy byłam parę razy, mieszka ona tam z moim ojczymem i dwoma moimi młodszymi siostrami, ale już też córkami ojczyma. Nie chciałabym nigdy znów zamieszkać z nimi pod jednym dachem, tak samo jak z ojcem, co jak co, ale dość nerwów się najadłam gdy urządzali w domu pole bitwy bo o coś się kłócili, nabawiłam się przez to choroby żołądka którą mam do dnia dzisiejszego w sytuacjach stresujących, czyli prawie 7 lat. Na rodzinę od strony matki też nie ma co liczyć, z dziadkiem utrzymuje kontakty ,ale babcia ostatnio wypięła się na całą rodzinę i wszyscy są dla niej pijakami i alfonsami, dziwkami i jeszcze nie wiadomo kim... w skrócie - ma już lekkie zaniki pamięci i to odbija się na jej zdrowiu psychicznym, staję się tak na prawdę niebezpieczna dla otoczenia, mi groziła do telefonu że jak bym się u nich pojawiła to mi nogi z dupy powyrywa ,ale wiem że mogłaby wprawić w ruch słoiki i zacząć nimi rzucać, nie raz tak robiła. Za to matka od strony ojca, moja babcia to, niestety, straszna plotkara... cała rodzina niby jest ok, sielanka, każdy się kocha i szanuje, ale czuję że w momencie gdy uciekłam do matki już nie jestem takim 100% członkiem tej rodziny, nawet przez to że zawsze gdy odbywały się jakieś zdarzenia typu, urodziny, wesela, zjazdy - ja zawsze byłam informowana o tym po fakcie, nigdy nie brali mnie na poważnie, a co dopiero jak teraz pokazałabym się w tym stanie... można powiedzieć że traktują mnie jak taką "czarną owce" w rodzinie, bo to ja jedyna w tej rodzinie jestem z rozbitego małżeństwa i nigdzie nie mam swojego miejsca, można nawet powiedzieć że się litują nad moim losem, a ja nie chce takiego traktowania mnie jak przygłupa, bo co jak co, ale gdy mieszkałam jeszcze z ojcem w kartach brakowało mi tylko jeszcze zespołu Downa, traktowali mnie jak niedorozwoja emocjonalnego przez to że zamknęłam się w sobie po rozstaniu rodziców notabene było ono o 3 w nocy i wszystko widziałam, które dziecko by tego nie przeżywało?
Moja matka nie wie o ciąży, mój ojciec też, im samym pod 40 urodziły się dzieciaki, od strony matki - mam dwie siostry, jedna 7 lat, druga 3 lata, od strony ojca - brat, 3 lata.
Ja za to mieszkam na wynajętym pokoju wraz z moim chłopakiem, na którym jak na razie nie do końca mogę polegać... Tutaj wchodzi kwestia z jego matką - matką debilką, egoistką i jakby ciochodajką - wierzcie mi, mam poważne powody by ją tak nazywać. W skrócie - Matka szuka sobie tylko bogatych facetów, gdy poznałam mojego chłopaka, jego matka akurat była z właścicielem kamienicy, który był nieźle kasiasty, załatwił jej studia i pracę oraz wszystko po opłacał i dawał w pracy 3 tysiące na rękę, sielanka nie? Matka mojego chłopaka w skrócie nazwijmy MMC - twierdzi że ona "do czegoś w życiu doszła i osiągnęła" i chwaliła się tym na lewo i prawo, gnębiąc przy tym własnego syna bo on taki nierób i w ogóle. Jego siostrę zaś zawsze faworyzowała bo miała z nią mniej problemów, które notabene sama tworzyła. Gdy właściciel kamienicy po paru latach ją olał i kazał się wyprowadzić ,znalazła sobie nowego... o 10 lat młodszego, przygłupiego debila który ma własną firmę budowlaną. I tak oto poziom debilizmu wzrósł, otóż widziałam facia 3 razy w życiu... 3 nie należał do najmilszych, otóż wparował typ wraz z matką o 22 do mieszkania i zaczął rzucać moim chłopakiem po pokoju jak marionetką, mi grożąc że jak Konrad się nie poprawi on przyjdzie z kumplami ,a jego kumple "nie patrzą co biją" więc mogą również poobijać mnie, również chciał wywalić mój laptop za okno bo "będzie tak ładne szybował", porobił dziury w suficie i ścianach, a matka mojego chłopaka stała obok oparta o ścianę i patrzyła się na to wszystko z kamienną twarzą co chwile "uspokajając" swoją małpę by się za bardzo nie rozkręcała. I teraz do dziś nie umiem tego zrozumieć.. jaka NORMALNA matka nasyła na swoje dziecko obcego, ledwo poznanego faceta by spuścił mu łomot bo matka "nie daje sobie rady z nim"? I to jest proszę państwa jedna z miliona takich sytuacji w których miałam "przyjemność" uczestniczyć. Nie interesuje się ona do dziś zbytnio swoimi dziećmi, to ja pomagam mojego chłopakowi, ja z nim wszędzie łażę, ja tak na prawdę go żywię, a on gdy wchodzimy na temat jego matki, milknie. A czemu? Nie wiem. Teraz jest hen km od niej, a dalej nic tym nie robi, a ona jak na razie robi z nim co tylko chce, nie przesyła mu kasy, odcinka ją kiedy jej się chce, ciągłe zakazy i nakazy, a chłopak nie ma co jeść, w co się ubrać, nie mówiąc o szkole i załatwianiu jakiś spraw urzędowych, kompletna olewka, ja za to wciąż dostaję po dupie od mojej matki za niego i siebie, po dupie od innych, za niego i za siebie, generalnie wszystko wisi na moich plecach, a jak na razie każdy ma to gdzieś że mnie to stresuję i po nocach nie śpię. Dopóki Konrad nie stawi się własnej matce, nie powie jej parę słów o jej zachowaniu, nie ma co liczyć by cokolwiek się zmieniło, on chce tylko urwać kontakt z matką, ale sam nie jest jak na razie w stanie się utrzymać, a ja nie śpię na kasie by wyżywić go, siebie i jeszcze dziecko w drodze, to są chyba jakieś kpiny, tym bardziej że co miesiąc mamy mniej do wydania na dwie osoby niż 250 zł... Ryczeć mi się chce, ale jak sobie dałam, tak teraz mam, myślałam że jak pomogę to samo wszystko się ułoży - myliłam się. Znów dostaje po dupie za to że mam miękkie serce... bez sensu... on ma to gdzieś, jego matka ma jeszcze bardziej to wszystko gdzieś, mnie się za wszystko dostaje, a jeszcze jestem w ciąży do tego wszystkiego - nic tylko umierać. Do matki nie mam zamiaru jechać i siedzieć im na głowie, zresztą zaczęłyby się wtedy awantury od strony ojczyma, a ja mam ich serdecznie dość, na ojca liczyć nie mogę, więc tak na prawdę zostaję z tym wszystkim sama... chyba że dom samotnej matki, mops... chłopak niby cieszy się z dziecka, ale nie robi NIC w kierunku by było nam lepiej i by zapewnić jakąś przyszłość temu dziecku, na razie to ja skaczę, ja wszystko załatwiam i robię, niestety do roboty za niego teraz nie pójdę bo nikt nie przyjmie ciężarnej do pracy...
Jak ja mam go przekonać by stawił się matce?
W ogóle nie mam pomysłu, wszystkie argumenty mi się pokończyły, a dalej tkwię w punkcie wyjścia...
Mam ochotę po prostu czasem skończyć z tym wszystkim... ze sobą też.