Cześć,
ostatnio ciągle myślę o swoim życiu. Skończyłam 2 stopień studiów- przyjaźnie jak to przyjaźnie , niektóre pozostały, niektóre nie. Zawiodłam się na jednej osobie bardzo. Chciałam zrobić coś dla siebie. Zaczęłam pracę w innym środowisku, inni ludzie, ale ta sama branża. Ale nie potrafię zapomnieć o tej jednej osobie - o przyjacielu, który wmawiał mi przez cały czas studiów, że musimy na sobie polegać itp. Ułożył sobie życie, znalazł kogoś i już od dwóch miesięcy się ze mną nie kontaktuje. Ja nie nalegam- chociaż mamy wspólny projekt do zrobienia ( jeśli nie zrobię nic się dla mnie takiego nie stanie). Czuję się taką zapchajdziurą dla niego. Kiedy był samotny zbliżył się do mnie, a teraz zapomniał. Nawet ani be ani me. Nawet na jedną wiadomość co słychać nie odpisze.. Czuję się skrzywdzona w pewien sposób przez człowieka, który sam mi powtarzał, jeszcze kilka miesięcy temu, że nasza przyjaźń i to co nas łączy musi być długie i nie możemy mieć przed sobą tajemnic i się okłamywać. Przychodził do mnie tylko wtedy kiedy miał problem i musiał iść po poradę albo chciał się wyżalić. A kiedy tylko zaczęło mu się układać, nawet nie chce ze mną spędzać czasu i z innymi znajomymi. Nie wiem czy on wraca do mnie tylko wtedy kiedy jego życie się wali, a sam myśli, że ja zawsze sobie radzę? W pewien sposób od końca studiów ( dwa miesiące temu) kiedy go ostatni raz widziałam- już się pozbierałam i chcę iść dalej. Zapisałam się na kurs weekendowy i na fitness. Zaczynam od jutra. Ale ciężko tak mi się ogarnąć i ruszyć naprzód... Nie czekam na niego, mam swoje życie i swoje sprawy, ale smutno mi, że teraz np osoby z którymi miałam mniejszy kontakt wcześniej chcą dzielić ze mną czas i pasje.. A on nie. Tak jakbym nie istniała. To mnie dobija
Ja nie jestem twarda. Może taka mu się zawsze wydawałam, bo go pocieszałam itp. A nie widział mojego doła, ani moich zmartwień- zawsze byłam tą optymistycznie nastawioną do świata. Żal mi tej kilkuletniej znajomości. Naprawdę dużo od siebie dałam. Ja znałam jego wcześniejsze dziewczyny - on moich chłopaków a teraz- wraz końcem studiów jakby czar prysł i nic nie ma. Tak jakby te 5 lat się nie liczyło zupełnie
Mam o to żal.Ja nie lubię palić mostów. I chyba pierwsza nie wyciągnę ręki. Bo kiedy wyciągałam on zawsze nie mógł, a kiedy on wyciągał - kilka godzin przed spotkaniem odmawiał. Więc samo przez się chyba to jest zrozumiałe... Ehh
PS nie chodzi mi o to, że się zakochałam czy coś, ale przywiązałam się do człowieka który był dla mnie naprawdę bliski przez te 5 lat. Znaliśmy się jak łyse konie. On mi doradzał w sprawach damsko męskich, ja mu doradzałam
Nie wiem co się stało. Czuję się tak jakbym straciła kogoś bliskiego. ( nie chłopaka, ale powiernika?, on zna mnie bardzo dobrze, ja go też
) To chyba jedyna osoba po moim starszym bracie z którą się tak emocjonalnie związałam
.... Czy ludzie tak odchodzą? Czy to jest normalne?