Cześć, jestem tu nowa, a postanowiłam się zarejestrować i opisać ten problem, bo nie umiem poradzić z nim sobie sama.. Mam 21 lat, z chłopakiem byłam 7 miesięcy. Tydzień temu po kłótni powiedział mi, że to koniec. Oczywiście się załamałam, płakałam, no ale od początku..
Od początku mieliśmy świadomość, że możemy do siebie nie pasować, ja nie chciałam się nastawiać na żaden związek z nim, no ale stało się inaczej. Zaczął mi wszystkim bardzo imponować, tak cholernie mi się podobał, że zaczęłam o niego walczyć. On wiecznie był negatywnie nastawiony, nie chciał tworzyć ze mną głębszej relacji, jednak w końcu przekonałam go. Zaczęliśmy się częściej spotykać, jeszcze więcej rozmawiać, i stało się, byliśmy razem. Nasz związek był różny, ale chyba najważniejszą rzeczą jaką powinnam napisać to to, że ciągle się kłóciliśmy, no niemalże codziennie. Jak wytrzymaliśmy tydzień bez kłótni, to po tym tygodniu nastąpiło takie apogeum, wszystko się skumulowało i wybuchnęliśmy oboje. O co były te kłótnie? O głupoty, totalne głupoty, które nawet aż wstyd przytaczać. Działo się tak, ponieważ on jest strasznie nerwową osobą, no i.. nie dopasowaliśmy się charakterami totalnie. Często jak się tak bardzo denerwował to używał argumentu, że ze mną zrywa. Ja wtedy poczułam zagrożenie i robiłam wszystko, żeby było dobrze. Byłam potulna, nigdy nie dominowałam, i mimo, że nie czułam się w pełni szanowana byłam przy nim szczęśliwa. Ale w końcu stało się. Zmęczyły go te kłótnie, jakieś moje fochy i postanowił to zakończyć. Jest bardzo uparty w tej decyzji. Przez ten tydzień tylko płakałam i analizowałam swoje błędy. Doszłam do wniosku, że wiele kłótni było po prostu przeze mnie. Zawsze zrzucałam to na jego nerwowość, a tak na prawde to ja byłam winna. To ja obrażałam się o głupoty, to ja specjalnie chciałam go wyprowadzić z równowagi ale bardzo, bardzo rzadko, bo nigdy nie lubiłam się z nim kłócić, więc na prawde sporadycznie robiłam to z premedytacją. Byłam taka bardzo niedojrzała, zachowywałam się jak w takim gówniarskim związku. To był mój pierwszy chłopak, no i.. kocham go nad życie. Z biegiem czasu jestem w stanie zauważyć co zrobiłam źle, i może na pstryknięcie palca nie da się zmienić, ale ja widzę u siebie duże postępy. Dlatego chciałam do niego wrócić. Przez ten tydzień również starałam się mocno, aby zmienił zdanie. Jednak im bardziej drążyłam temat, tym bardziej on zamykał się w przekonaniu, że zrobił dobrze i zdania nie zmieni.
Ja jestem teraz w stanie zrobić dla niego wszystko. Ale nie wiem jak mam go odzyskać. Widujemy się na uczelni, rozmawiamy ze sobą normalnie, bo stwierdził, że nie warto urywać ze sobą kontaktu. To tylko sprawia, że ja ciągle mam nadzieje, że możemy razem być. Tak bardzo brakuje mi jego bliskości, ciągle tylko przypominają mi się wszystkie rzeczy, które robiliśmy razem, nie potrafię przestać wspominać, do tego mieliśmy tyle planów na tą niedaleką przyszłość, a to wszystko tak nagle prysło.
Powiedział, że na daną chwilę kojarzę mu się tylko i wyłącznie z kłótniami. On wie, że były między nami dobre momenty, ale przeważały te złe. Dlatego teraz chce mu pokazać, że my wcale nie musimy się kłócić, że ja wiele zrozumiałam i możemy stworzyć na prawdę dobry związek na nowo. Uważacie, że on będzie mógł zakochać się we mnie drugi raz? Że będzie chciał jeszcze raz spróbować?