Witam,
Sprawa jest bardzo świeża bo z wczoraj. Nie potrafię sobie z nią poradzić, nie mam już czym płakać, nie mogę z nikim o tym narazie pogadać a potrzebuje jakiegoś spojrzenia na to wszystko zupełnie z boku....
Ja mam 28 lat, on jest 3 lata młodszy. Byliśmy ze sobą ponad 3 lata. Już po pół roku zamieszkaliśmy ze sobą. Było, jak mi się zawsze wydawało, na prawdę dobrze. Pracujemy w tym samym miejscu, mamy wspólne hobby, lubilismy ze sobą spędzać czas... właściwie to wszędzie bywaliśmy razem...
Problemem w tym związku byłam, co dopiero teraz widzę, jednak ja... mimo, że chyba nie zdawałam sobie z tego sprawy. Byłam o partnera strasznie zazdrosna i zaborcza, nie lubiłam kiedy rozmawiał z innymi dziewczynami, nie chciałam bez niego nigdzie wyjeżdżać i tego samego oczekiwałam od niego... że zawsze będzie mnie ze sobą zabierał, że skoro kocha to przecież ze mna powinien spędzać czas. Do tego kontrolowałam jego rozmowy, czytałam wiadomości.... a kiedy udało mi się znaleźć jakieś rozmowy z koleżankami (których ma sporo i lubi z nimi rozmawiać) robiłam awantury...
On znosił to cierpliwie, mówił tylko 'wyluzuj' a za chwilę zachowywał się jakby się nic nie stało. Ja myślałam, że nie przeszkadza mu to tak bardzo i dalej brnęłam w ten ślepy zaułek. Dalej wszędzie wyjeżdżał i wychodził tylko ze mną, 'nie wyrywał się', a ja dalej Go kontrolowałam, osaczałam i wymagałam by ciągle tylko przytulał i był 'mój'...
I tak trwało to dłuższy czas, w którym nigdy nie dał mi odczuć tak na prawdę, że robię źle, żebym się nad sobą zastnaowiła bo wkońcu kiedyś nie wytrzyma i stanie się to co stało się wczoraj.
Odszedł. Tak z dnia na dzień.... Jeszcze w poprzednią sobotę przytulał, mówił że kocha, kupił kwiaty na dzień kobiet..... Za tydzień już go nie było. Spakował wszystkie swoje rzeczy i wyszedł. Zostawił mnie samą, w pustych ścianach wspólnego mieszkania....
Powiedział, że się udusił, że nie może tak dalej, że potrzebuje żyć a nie tylko wegetować... Że ja też muszę się wziąć za siebie, ogarnąć, zająć sobą. Że kocha, ale już nie tak jak kiedyś, i przeprasza ale nie umie sobie z tym poradzić.....
Nie dociera to do mnie co się stało.... Dlaczego bez żadnego 'ostrzeżenia'? Dlaczego nie dał mi w żaden sposób dobitnie odczuć, że robię źle, że Go osaczam?
Teraz to widzę, wiem jaka byłam głupia i co straciłam.... Ale czy musiało dojść aż do takiej sytuacji?
Chodzę po kątach i płaczę... nic nie jem, czuję jak wszystko w moim życiu nagle runęło...
Co najlepiej zrobić w tej sytuacji ? Zawalczyć o niego? Tylko jak... A może jest już za późno....
Kocham Go bardzo mocno i nie chcę życia bez niego. Spróbowałabym się zmienić gdyby tylko uświadomił mnie wcześniej, dobitniej, że robię źle i że dalej tak nie wytrzyma, a nie po prostu wszystko zakończył z dnia na dzień.....