Moim skromnym zdaniem uderzenie dziecka przez rodzica to tak naprawdę jest jego własna porażka, wynika z nie radzenia sobie z własnymi emocjami i nieumiejętności rozmowy z dzieckiem. Oczywiście, że ono ma w swoim krótkim życiu regularne okresy buntu (z tymi trzeba sobie umiejętnie radzić, ale NIGDY biciem), jest to zupełnie zdrowa i naturalna reakcja wkraczającego w świat małego człowieka, który w tej swojej małej główce musi sobie jakoś to wszystko uporządkować i poukładać. W ten sposób określa granice własnego działania, ramy, w których wolno mu się poruszać, ale granicą nigdy nie powinien być klaps.
Nie powiem, nie jestem idealną matką (któż nią zresztą jest???), ale moje dziecko nigdy nie dostało lania, każdy sprzeciw, każda odmowa zawsze jest werbalnie uzasadniona, nie ma czegoś takiego jak ,,nie, bo nie". I tu muszę się szczerze przyznać, że był czas kiedy odnosiłam wrażenie, że poniosłam klęskę wychowawczą, kiedy to syn uparcie i zaciekle dyskutował o każdy drobiazg, za wszelką cenę i wszelkimi metodami (nie zawsze dla mnie do zaakceptowania) usiłował postawić na swoim, bywał nieznośny, chwilami arogancki. Ale przetrwaliśmy to. Nigdy nie zastosowałam zasady terroru, a w zamian cierpliwie tłumaczyłam (nie moralizując, ale rozmawiając z nim) na czym ten nasz świat. I dziś jestem z niego naprawdę dumna- jest fajnym chłopakiem z poczuciem własnej wartości, ale wrażliwym na krzywdę innych, wyrobił w sobie ambicje (kiedyś był strasznym leniuchem), ma silnie sprecyzowane zainteresowania (pozwalaliśmy mu spróbować wielu rzeczy i poszukać własnej drogi) i wydaje mi się, że to szczęśliwy, młody człowiek, który doskonale wie jak ważny jest dla nas. Dało się bez bicia? Dało!
I na koniec chciałabym jeszcze dodać, że przede wszystkim dziecku należy się szacunek i poszanowanie jego własnej osoby. Jeśli liczymy na wzajemność nie pozwalajmy sobie tu na żadne odstępstwa, nigdy i w żadnych okolicznościach.