Znalazłam się tu nie przez przypadek, bo przeżywam kryzys... od jakiegos czasu czytuje opisywane tu historie... wczoraj po raz pierwszy sie wypowiedziałam i nie ukrywam, że komentarz na tą odpowiedź dał mi motywację, żeby zacząć swój wątek... uwikłałam się w bardzo toksyczną dla siebie znajomość... i chociaz już wiem, że ten związek nie ma szans, a facet nie jest wart mojego czasu... nie umiem zacząć funkcjonować bez tego... gdzieś na serca dnie ciągle wierze w happy end... poniżam się zamiast zacząć życ...
ale od początku...
Mnie zdradził mąż, a 2 dni po tym jak to odkryłam dowiedziałam się, że jestem w ciązy... byłam zagubioną małą dziewczynką, czułam się strasznie bezbronna... bałam się, że zostane sama i nie dam sobie rady z dzieckiem... zostałam z nim... przez całą ciążę i ponad 8 miesięcy po porodzie, żyłam ze swiadomością innej kobiety obok... mój maż na zmiane okazywał skruchę, znikał i kłamał...
w końcu coś we mnie pękło... cos sie skonczyło... nienawidziłam tamtej dziewczyny... minął jakoś czas... Stanełam na nogi... każdego dnia stawałam się silniejsza... mocniejsza, bardziej samodzielna... obiecałam sobie, że moja córka nigdy, nigdy nie będzie się czuła tak jak ja...bezradna... że ją nauczę jak się kochać, być samej i nie nie bać się tego... mąż był obok, ale przestałam go kochac... przestałam z nim sypiac... był tylko ojcem mojego dziecka... i wtedy pojawiła się R... znaliśmy się od 5 lat i nagle coś zaiskrzyło... jakiż przewrotny bywa los... sama zdradziłam i to z żonatym facetem... zapomniałam już bol, jaki przyniosła mi tamta miłosc... Prawda jest taka, że nie igra się z ogniem... i choć to miała być tylko zabawa, nad którą miałam panować... zakochałam się... natychmiast... taka byłam wygłodniała... ... typowa historia jak inne... sielanka... delegacje, kolacyjki... szał ciał... namietność... ale puste weekendy, świeta, urlopu... bo wracał do zony... zreszta ja tez wracalam... do domu, do dziecka... Miedzy czasie on zmienil prace i nasza relacja ulegla pogorszeniu, bylo mniej okazji do spotkan...
Rok temu zona poprosila go o to, zeby sie wyprowadzil... powinnam byc szczesliwa, bo tego mi brakowalo... naszego miejsca na ziemi... mialam dosc wyjazdow... chcialam zyc razem na miejscu... w domu zaczelam mowic o rozwodzie... w domu wiedzieli, że kogos mam... maz robil mi awantury, bo juz zapomnial jak sam sie kiedys zachowal... ale jak konsekwentnie dazylam do bycia z R... Ale nie bylo tak prosto, bo on sie zalamal... teraz to wiem, choc wtedy tego nie zauwazałam, chcac na sile urządzic nam zycie... po paru miesiacach zaczelam zauwazac, że jest smutno miedzy nami... bez ognia... na urlop pojechal sam... i tak mijaly kolejne tygodnie, coraz mniej spotkan... coraz mniej telefonow... smsow... zeby pobyć razem pojechalismy do spa... i nagle zaczela dzwonic do niego zona... rano, w trakcie podrozy... jak juz bylismy na miejscu... odbieral natychmiast... a z pokoju mnie wyprosil... peklam... wykrzyczalam mu, że mam dosc takiego traktowania... ze to nie fer, bo tu jest ze mna... wtedy rzucilam go pierwszy raz... on po powrocie ze spa, pojechal do zony a jak dotarlo do niego, co sie stalo zaczal mnie przepraszac... zlamalam sie... zostalam.... ale bylo do bani, bo się okazalo ze ona ma depresje... (nie odzywala sie do niego przez ponad pol roku, on podejrzewal, ze ona kogos ma i nagle ona zaczela go potrzebowac)... powiedzial, ze nie moze sobie ze mna ukladac zycia, jak czuje i widzi, ze ona cierpi... kazdy weekend przed swietami spedzal z nia... chodzili na zakupy... godzinami rozmawiali... a ja gaslam... bylam coraz bardziej i bardziej sfrustowana... bo planowalismy wspolnego sylwestra... a to byl czas tuz przed... Ale ktoregos dnia zadzwonil i spytal, czy jedziemy... bo on chce... poczulam sie lepiej i czekalam jak male dziecko... znow byly oddzielne swieta... ja bez meza, on bez zony... ale tez nie bylismy nadal razem... i juz bylam spakowana (dosłownie), juz jechalam do niego, kiedy zadzwonil i powiedzial, ze ona chce jechac z nim... ze odwolala swoje plany... wtedy myslalam, że peklo mi serce... jak przyjechałam nie bylo go w domu, napisalam list, zabralam swoje rzeczy... klucz chcialam zostawic w skrzynce na listy... i wychodzac wpadlam na niego w drzwiach... zatrzymal mnie... plakal ze nie umie inaczej, ze musi tak postacic... blagal zebym dala mu czas i szanse... wrocilam do domu... to byl najgorszy sywlester w moim zyciu... choc pisal caly czas ze to juz ostatni raz, ze wszystko sie teraz zmieni... jak wrocil, pojechalam do niego... spytalam, jak teraz bedzie... nie odpowiedzial... znow plakal... spedzilismy razem kolejny weekend... jej nie bylo w miescie, wiec nie byl jej potrzebny... ale znow zadzwonila przy mnie, a on bez zwolki zamknąl sie w pokoju i zaczal z nia rozmawiac... w lozku sie oddalal, zresztą ja tez w tym wszystkim zaczełam udawac... to byl ostatni raz jak spedzilismy wspolny weekend... potem dwa razy probowalam, ale on jak w sylwestra, nagle to odwolywal, bo byl potrzebny jej... spedzal z nia wiecej czasu niz ze mna... depresja, bezesenne noce, zalamanie nerwowe pojawilo sie i u mnie... a na dodatek wszystkiego on balowal... codzienne zaliczal jakieś firmowe imprezy... pil, chodzil pozno spac... czulam sie jakby o mnie zapomnial... na tydzien przed walentynkami zapowiedzial mi, że musi pojechac do zony 13 i 14 bo ona ma jakis zabieg i on musi jej pomoc... mysle sobie, jest szlachetny... ale to dla mnie kojejny cios... jednak przezylam te samotne walentynki i nawet nie plakalam... napisal mi tylko smsa ze przesyla namietnego calusa i nic wiecej... potem okazalo sie, że to nie byl zabieg tylko powiekszenie biustu i on jeste jej potrzebny na dluzej... wrocil do domu... sypial tam... a ja chyba zaliczylam dno... i zaczelam sie od niego odbijac... bylam w kinie... przestalam plakac... w niedziele, jak wrocil od niej pojechalam zeby sie z nim ostatecznie pozegnac... zeby to skonczyc... znow plakal... znow mnie zmiekczyl... choc juz wykrztusil z siebie, że kocha mnie mniej i nie wie co bedzie jutro, ze on nie umie byc z kims, ze chyba nie umie byc ze mna tak, jak ja bym chciala... ze chce miec rodzine, dzieci, ze spieprzyl sobie zycie... ze do zony nie wraca... ale ze potrzebuje czasu... minal tydzien... pisal do mnie... czasem dzwonil... ale bylo dobrze bo on byl za granica... wczoraj wrocil i popedzil do niej... napisal tylko, ze tam pobedzie...a co bedzie pozniej, to nie wie... ja jestem sama... moja corcia i moz wyjechali... liczylam ze pobede z nim... znow sie nie udalo...
ale wczoraj wieczorem dzwonil, tylko że rozmowa się nam niekleiła, skonczylo się kłótnią... zaczął od tego, że dzwoni, bo mu się wydawało, że ja tego chce... no jakbym chciała, to bym zadzwoniła sama (chyba?)... ale faktycznie serduszko drgnęło radosnie jak zobaczyłam jego imię na telefonie... no ale o czym ja mam z nim rozmawiac??? o zonie i tym co razem robili????... absurd... i znów padły słowa, że on kocha mnie mniej... ale ze kocha... ze musi zakonczyc tamten związek, że sam z sobą musi się uporać... że chce pobyć sam... ze postara się to zrobić szybko i zebym absolutnie nie brała do siebie tego, co mówi i robi (????? ciekawe jak...) ... ale ze nie jest mi w stanie dać wiecej niż do tej pory.... co rozumiem jako spotkania od czasu do czasu, bez stabilizacji.... dzis oczywiscie znow napisał że pedzi do domu... a ja nie wiem, jak to się ma do bycia samemu...
jestem sfrustrowana... jakoś ciągle daję mu kolejne szanse... zupełnie nie rozumiem siebie... bo chce szybko stanac na nogi... nie płacze juz... wychodzę do ludzi... nie siedze w domu na kanapie... Anioły są łaskawe... jest piękna wiosna... w pracy szykuje się awans... tylko ta cholerna gorycz we mnie... ta idiotyczna tesknota za czyms czego nie znam, co mogłoby być piekne...i kojarzy mi się z nim... 2,5 roku to dużo, żeby nagle zacząc zyc inaczej... ciągle ukrywanie sprawiło, że odsunełam się od ludzi i teraz trudno jest nagle nawiązać nowe nici... zresztą nie ma czym się chwalić... zonaty mezczyzna z mezatką... raczej krytyki się spodziewam niż pomocy... to jemu sie wyżalałam... z nim rozmawiałam... był moim przyjacielem... to nie jest zły człowiek... tylko zagubiony... nie umiem go znienawidzić... i jakoś ta myśl mi przeszkadza, żeby przejść nad tym i wreszcie zacząć żyć... nie umiem się uśmiechać... co ja mam zrobic zeby przestac czekac na jego telefony, smsy... zeby przestac sie tak płaszczyc... zeby nie czuc, że walczac o siebie, trace cos waznego... ??? pomózcie....