Mam 50 lat i za sobą 30 lat pracy w zawodzie nauczyciela. Uwielbiam ten zawód.jestem nauczycielką ciągle poszukującą czegoś nowego, lepszego, ciekawszego... Lubię zmieniać szkolną rzeczywistość i nie tylko. Wciąż udoskonalam swoje mieszkanie, ogród. Dużo czytam, spaceruje a w wolnych chwilach podróżuję po nieznanych mi zakątkach kraju. Staram się być w ciągłym ruchu. Lubię ludzi, lubię przebywać wśród ludzi, rozmawiać, śmiać się, cieszyć życiem.
Mam męża ( też z ogromem pomysłów i chęcią realizowania ich), troje wspaniałych dzieci. Zdolnych młodych ludzi. Syn - najstarszy - na studiach doktoranckich, córka studentka ( stypendium naukowe) i najmłodszy syn - nowo upieczony licealista. Gimnazjum ukończył z nagrodą Burmistrza.
Kto to teraz czyta, myśli na pewno - ot baba, chwali się. Bo tak powinno być . Powinnam chwalić sie przed całym światem, że mi wspaniale.
Ale tak nie jest.
Jestem osobą , która atakowana przez ludzi, ucieka, chowa się w"mysiej dziurze" i nie potrafi obronić swojego zdania. Jestem słaba.
Miasto, do którego wprowadziłam się przed ponad 10 laty, to nie jest moje miejsce na ziemi. Szkoła, w której pracuję i w której lubię przebywać z dziećmi - nie jest moim miejscem. Koleżanki( jeśli mogę jej tak nazwać) nie zaakceptowały mnie i to jest moja ogromna przegrana. Poznały mnie, wyczuły moje słabe strony i koniec moich innowacji. Kasują moje pomysły, udają, że nie widzą co robię, udają, że słuchają co mówię. Nie jedno odrzucenie przeżyłam, nie jedną intrygę przeszłam. Czuję się ostatnia na liście pracowników tej szkoły.
A najgorsze jest to, że nie mam już siły walczyć. Dotychczas robiłam tak: Im bardziej czułam się samotna w szkole, tym więcej dawałam z siebie uczniom. W głowie pełno pomysłów, którymi dzieliłam się z uczniami. Na lekcjach zawsze wcisnęłam coś własnego (poza nudną pracą z podręcznikiem).
Wiem, że rodzice oceniają mnie bardzo wysoko, bardzo często słyszę bezpośrednio od nich wiele ciepłych , pobudzających do działania słów.
Za parę dni koniec wakacji i powrót do szkoły. Czuję, że nie poradzę sobie. starzeję się i siły psychicznej coraz mniej.
Pracy nie mogę zmienić bo to mała miejscowość o wielkim bezrobociu i innej nie znajdę. Pracować muszę bo mam dzieci uczące się, które niestety kosztują. wyżalić się nie mam komu w tym mieście bo nawet nikogo z rodziny tu nie mam. Mężowi??? Mężczyźni świat i relacje z ludźmi widzą inaczej, nie zrozumie moich rozterek. Jest mi z. nim dobrze ale nie chcę go wciągać w moje wewnętrzne rany.
Poradźcie mi, jak mam żyć. może wasze rady