Jestem, jestem.
Tak, ja wolę masturbację niż seks z moim mężem. Mimo wielu prób rozmów nie udało mi się sprawić, by jego akcja trwała dłużej niż minutę i aby wprowadził jakiekolwiek najmniejsze chociaż urozmaicenie do łóżka.
Wyszłam za niego bo go kochałam, i byłam pewna, że z czasem stanie się odważniejszy, bardziej spontaniczny i z fantazją, albo chociaż zajmie się swoim przedwczesnym wytryskiem. Cóż, myliłam się. Lekarz orzekł, że fizycznie wszystko jest w porządku, no ale SKORO PANI POTRZEBUJE....
Na jakiś czas miłość wystarcza. Można żyć z marnym seksem z partnerem, można to zastąpić samozapokajaniem się. Ale nie na dłuższą metę. Seks tworzy bliskość, jeśli go nie ma, to chyba nie ma siły, by partnerzy nie zaczęli się oddalać od siebie. Odchodzę od mojego męża po 15 latach małżeństwa, bo nic nas już nie łączy, wszystko wygasło, a mi się nie chce już starać. Jestem rozczarowana tym, że nigdy nie kiwnął palcem, spróbować coś naprawić - no bo po co, w końcu przecież z nim jest wszystko ok, to ja mam jakieś babskie fanaberie, że nie dojdę w 30 sek. Kochana nie chcę się wymądrzać i niczego Ci narzucać, ale pomyśl, czy nie przyjdzie taki moment, że zapragniesz bliskości prawdziwego, ciepłego ciała. Wydawało mi się, że seks nie jest aż tak istotny w związku, ale jednak jest. Nie wierzę w białe małżeństwa, i nie wierzę, że do końca życia wystarczy Ci wibrator. Ale może... życzę Ci jak najlepiej 