Wasza definicja miłości? A zakochania?
Jestem z chłopakiem, to mój pierwszy związek na poważnie, ale...
Od początku byłam na nie, żeby z nim być, ale potem diametralnie zmieniłam zdanie.
Nie czułam motylków ani stresu ani nic z tych rzeczy...
Jestem kłodą po prostu. On jak mnie całuje czy robimy coś więcej to serce mu wali jak młotem a mi nie. Oczywiście odwzajemniam pieszczoty itd.
Dosyć szybko powiedział, że mnie kocha. Ja wyznałam mu to dopiero niedawno i to nie byłam trzeźwa...Uwielbiam jego poczucie humoru, rozmowy pocałunki itd, ale nie ma iskrzenia. Teraz mi to nie przeszkadza, bo z racji mojego bardzo trudnego dzieciństwa jestem bardzo stała kobieta zarówno w przyjaźniach jak (i mam nadzieję) w związku.
Oczywiście również dbam o niego, martwię się czekam aż napiszę, czasami dzwonię. Ale ISKIERKA jest tylko z jego strony...
Chcę z nim być, bo jest fantastycznym facetem, ale...
czyżbym szukała dziury w całym?
Miałyście tak kiedyś może?