Piszę, bo chcę się wyżalić. Jestem młoda, w sumie dopiero zaczęłam układać sobie życie, od zawsze miałam plan na siebie i swoją przyszłość, i go realizowałam. Studiuję to, o czym marzyłam, ale nic nie przynosi mi satysfakcji. Mam wrażenie, że nigdy nie byłam z siebie dumna. Ciągle się karcę w myślach, że za słabo, że źle albo, że nie zasłużyłam. Innych umiem usprawiedliwiać, siebie nie.
Mam wrażenie, że nie jestem dopasowana do tych czasów, nie umiem się rozpychać łokciami i bardzo trudno mi poradzić sobie w sytuacjach, które tego wymagają.
Kiedy poznaję nowych ludzi, to na początku traktują mnie z dystansem, jak odmieńca, dopiero z czasem się do mnie przekonują i mówią miłe rzeczy, wspierają, twierdzą, że jestem indywidualistką. Jednak potem zaczynam czuć, że oni mną jakby pogardzają, że jestem dla nich ciężarem i wychwytuję każde niefortunne słowo, które powiedzą i rozpamiętuję. Nie mówię im o tym, bo nie potrafię być szczera i okazywanie im, że faktycznie to, co oni robią ( prawdopodobnie nieświadomie) mnie rani jest dla mnie niewyobrażalne. I zawsze jestem jak na doczepkę, jak ciężar. Chociaż wśród tych znajomych uchodzę za spokojną, ale optymistyczną dziewczynę. W gruncie rzeczy czy jestem z tymi moimi znajomymi czy nie, to czuję się sama. Ze wszystkim.
Ciągle mam wyrzuty sumienia. ( w związku ze studiami, domem, mamą, innymi ludźmi). Nie wiem, dlaczego, staram się postępować zgodnie z moimi zasadami.
Z entuzjazmu przechodzę w obojętność. Do tego ostatnio szybko tracę motywację.
Jednak najgorsza jest świadomość tego, że jestem sama, że nie radzę sobie ze swoimi myślami.