Kobiety, może niech moja historia będzie dla kogoś przestrogą...może któraś z Was, będzie potrafiła wyjaśnić mi to, co się stało....
W wieku 18 lat poznałam K. Zakochał się we we mnie, miłość do grobowej deski...we mnie to uczucie rodziło się dosyć długo-wydawało mi się, że z tak dobrym i mądrym człowiekiem chciałabym spędzić życie. Był to mój pierwszy "poważny" chłopak. I tak minęło nam sielsko-anielsko 5 lat, po których mi się oświadczył. Po kolejnym roku zamieszkaliśmy razem. On robił karierę, ja zdecydowałam się na pracę-kiepsko płatną, zupełnie niekompatybilną z moim wykształceniem i zainteresowaniami, ale - dostałam służbowe mieszkanie, tak więc mogliśmy odkładać pieniądze na to, żeby kupić sobie mieszkanie bez jakiegoś strasznego kredytu.
Tłumaczyłam sobie wtedy to tak, że moje niespełnienie na gruncie zawodowym i życiowym jest ofiarą złożoną na nasz związek i lepszą przyszłość. Przez kolejne 2 lata, od kiedy zamieszkaliśmy razem, chciałam być idealna i ogarniać wszystko, by on mógł dalej robić karierę i zarabiać na naszą przyszłość. Codzienne obowiązki przejęłam ja - sprzątałam, prałam, gotowałam, prasowałam i krochmaliłam koszule, żeby wyglądał olśniewająco, trzy razy dziennie wychodziłam z psem, codziennie masowałam jego całego, bo mówił, że go to odpręża po całym dniu, szorowałam mu pięty, obcinałam paznokcie, prasowałam majtki, robiłam maseczki, żeby dobrze się prezentował. Pies, którego adoptowałam ze schroniska cierpi na nadmierne gubienie sierści, więc codziennie godzinę zajmowało mi sprzątanie tej sierści ze wszystkiego, bo jego ta sierść denerwowała.
Oczywiście pracując na pełen etat w firmie.
W międzyczasie przeżyłam odejście mojego ojca - zostawił mamę, wyprowadził się do kochanki, koniec końców się rozwiedli. U mojej siostry wykryto w tym samym czasie guz w oczodole, który po wielu badaniach okazał się niezłośliwy, ale co przeżyłam-to moje.
Po tym wszystkim, zawalona obowiązkami, nie dałam rady...mój organizm nie wytrzymał..nie mogłam jeść, schudłam chyba 15 kilogramów i przypałętała się do mnie straszna nerwica i depresja.
Bałam się, że umieram, strach mnie paraliżował, straciłam węch, smak, ciągle mną telepało, czułam tylko lęk. Ukrywałam się pod biurkiem i bałam się spod niego wyjść. Nerwica lękowa to straszna choroba, nikomu jej nie życzę, wszystko mnie bolało (na tle nerwowym), wystąpiło u mnie coś na podobieństwo zespołu steru pourazowego, takiego, jak np. żołnierze mają po powrotach z misji.
Zbiegło się to w czasie z jego awansem, został najmłodszym dyrektorem (jest ode mnie 5 lat starzy, miał wtedy 31 lat). Na początku, przytłoczona swoją chorobą, nie zauważyłam niepokojących oznak, a może po prostu nie chciałam ich widzieć...oddalił się ode mnie, miał pretensje, że jestem dziwna, że nie mogę spać, a jak usnę, to budzę się z krzykiem zlana potem (bo on przecież musi się wyspać do pracy).
Trwało to jakiś czas, dzięki mojej najukochańszej Mamie, Jej pomocy, pomocy lekarzy, leków, jakoś się ustabilizowałam. Zbiegło się to w czasie z moim wyjazdem na konferencję na drugi koniec Polski.
Jako, że ja płaciłam rachunki za telefony, zwyczajowo zalogowałam się na jego konto, żeby pobrać fakturę. Pokazał mi się spis połączeń, w którym zaniepokoił mnie jeden numer, który powtarzał się od jakiś 2 miesięcy codziennie w nocy-wysłane sms-y. W ciągu tych nocy, kiedy umierałam ze strachu, a on mnie wysyłał do Mamy (mieszkam 100 metrów od Mamy, w bloku obok), kiedy upadłam idąc w piżamie na 20 mrozie, bo nogi mi odmawiały posłuszeństwa.
Zadzwoniłam pod ten numer - odezwała się kobieta. Byłam już na lekach, ale wtedy mnie zmroziło. Zadzwoniłam do niego. Powiedział, że...że już chyba nie będziemy razem (przypominam-po 8 latach związku, zaręczeni). I ja, wtedy, nie zważając na nic, w środku zimy, powiedziałam szefostwu, że muszę wrócić do domu-mając tylko portfel w ręku wybiegłam z hotelu, jakimś cudem udało mi się przedostać przez zasypane Zakopane, błagając kobietę o użyczenie mi taksówki, potem błagając ludzi by przepuścili mnie w kolejce na stacji, wróciłam do domu...
To był luty...dowiedziałam się wtedy, że to jest tylko koleżanka z pracy, że w nim się coś wypaliło i on nie wie, czego chce...błagałam, żeby nie odchodził, żebyśmy spróbowali to naprawić....
Kolejne miesiące to była huśtawka. Niby byliśmy razem, ale jego tak jakby nie było, ja cierpiałam coraz bardziej, byłam gotowa zrobić wszystko, by odzyskać jego miłość. kochałam...kochałam za bardzo. Poniżał mnie, olewał, mówił, że nie wie, czy jestem miłością jego życia, że chciałby zacząć od początku, że....bardzo mnie kocha, ale nie wie, czy chce ze mną być.
Jedna rzecz nie dawała mi spokoju-ta koleżanka z pracy. Niby nie pisał już sms-ów, ale wracał później z pracy, popłakiwał czasem i wyżywał się na mnie...wtedy nie wiedziałam jeszcze dlaczego...
W sierpniu wyjawił w końcu prawdę - zakochał się w tej kobiecie (starsza od niego 2 lata), ona też go bardzo kocha i chce z nim być, ona mu tak imponuje, bo jest ustawiona zawodowo, finansowo (pochodzi z bogatej rodziny), tańczy salsę, jest seksowna, piękna, mądra, mają tysiąc wspólnych tematów, piecze doskonałe ciasta i jest och i ach. Ale równocześnie on kocha mnie, i jak sobie tak myśli, to raczej jej będzie łatwiej pogodzić się z ich rozstaniem (bo oczywiście byli parą w ukryciu) bo on wie, jak ja go bardzo kocham....
Na moje pytanie, czy jej nie przeszkadzało to, że ma narzeczoną z która sypia, odpowiedział, że ona jest na tyle kulturalna, wspaniała i taktowna, żeby o mnie w ogóle nie pytać. Czyli że ja nie jestem wspaniała, kulturalna i taktowna, bo cierpię i mówię o tym, że boli mnie to, że mnie zdradza...
Ale-wybrał mnie. Spotkał się z nią po pracy po to, żeby się z nią rozstać. I niby się rozstał, ale później strasznie na mnie nawrzeszczał, że nie mam prawa o niej mówić źle, że to jego sprawa o czym ze sobą rozmawiali i mam się cyt. "odpie******"".
Myślałam, ze widocznie przezywa to rozstanie, ale przecież ja go tak kocham, przeżyję wszystko dla niego.....
Jak łatwo Wam się domyśleć, po miesiącu od tego wydarzenia, na wyjeździe na grzyby, nota bene ode mnie z pracy, oświadczył mi, że już mnie nie kocha, że kocha justynę, że nie chce być ze mną, że nie pasujemy do siebie, że odnalazł miłość swojego życia, że czuje do mnie wszystko poza miłością, bo prawdziwą miłość on czuje do tej kobiety, że ona tez go kocha nad życie, że mówił mi że mnie kocha, bo to chciałam słyszeć, a wcześniej mnie nie zostawił, bo przy mojej chorobie z zaburzeniami depresyjnymi bał się, że sobie coś zrobię i on będzie musiał żyć z wyrzutami sumienia. Płakałam, błagałam, żeby został....
Odszedł. A ja nie mogę zrozumieć...To znaczy mogę zrozumieć, ale serce nie chce zaakceptować.
Wyprowadził się do niej, podobno są szczęśliwi. Wyrzucił mnie jak znoszony łach. Wyrzucił bo nie umiałam tańczyć salsy? Bo nie umiałam piec ciast? Bo nie mam bogatych rodziców? Bo nie reprezentuje sobą żadnej wartości? Dlaczego?!!!!!
Poświęciłam dla niego wszystko. Widocznie wszystko co miałam to i tak było za mało, żeby mu wystarczyło. Czasem mi się wydaje, że ona po prostu zasłużyła bardziej na jego miłość.
Tylko nie potrafię zrozumieć, jak ona, lat 33, mogła mówić o tak wielkiej miłości, skoro widywali się czasem po pracy, nie spędzili ze sobą ani jednego dnia? Ja musiałam przeżyć z nim kilka lat, żeby poczuć to, co poczułam-prawdziwą miłość, na dobre i na złe.
To wszystko co napisałam jest chaotyczne, ale we mnie, w środku, jest chaos. Dlaczego oszukiwał mnie przez tyle miesięcy? Dlaczego nie zasłużyłam na jego miłość? DLACZEGO?!