Cześć, nie spodziewałam się że tu napiszę, ale chyba mnie to przerosło, a nie chcę zadręczać znajomych swoim życiem osobistym, w realu jestem dość skryta i nie przychodzi mi to łatwo. Zresztą przyjaciółka i tak nie ma pojęcia, jak to ugryźć, a ja tym bardziej, więc zdecydowałam się szukać ratunku w sieci, zanim coś bardziej się popsuje.
Jesteśmy sobie ja i mój facet, staż związku około roku, wielka miłość, poważne plany, po drodze milion przeciwności, które z lepszym czy gorszym skutkiem udało nam się rozwiązać. Nie będę opisywać, bo i tak nikt by mi nie uwierzył, ale nasza relacja to takie nagromadzenie dramatycznych wydarzeń, ekstremalnych rozwiązań i niesamowitych przypadków, że byłby z tego materiał na niezłą telenowelę. To właściwie mój pierwszy "dorosły" związek, mimo że dawno nie jestem małolatą. Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, co pewnie rzutuje na sytuację. Od jakiegoś czasu mamy kryzys. Owszem, kochamy się oboje, chcemy jak najlepiej, chcemy z tego wyjść, ale mam wrażenie, że utknęliśmy w martwym punkcie.
On zrobił i poświęcił dla mnie ogromnie dużo przez cały czas trwania naszego związku. Ja początkowo nie musiałam nic dla niego robić, odwdzięczałam się jakimiś sympatycznymi drobiazgami, bo nie było niczego, w czym mogłabym mu pomóc. Nie musiałam niczego poświęcać. Sytuacja się zmieniła, ma sporo problemów (praca, firma, finanse), jest zmęczony i zajechany psychicznie, a ja nie umiem się w tym odnaleźć i najwyraźniej nie umiem go wesprzeć. Wiem, moja wina, przyzwyczaiłam się, że jest łatwo, lekko i przyjemnie.
Po raz pierwszy jestem w relacji z dość mocno dominującym facetem - nie, nikt mną nie steruje, nikt nie wywiera na mnie presji, po prostu był zawsze mocno aktywny, o swoich sprawach decydował sam. Jest poważniejszy i bardziej ogarnięty niż ja, ja jestem ostatnią ofiarą życiową (nie wiem co we mnie widzi, serio), dlatego nie podważałam jego decyzji, rzadko sugerowałam mu inne rozwiązania, wierząc, że będzie wiedział lepiej niż ja. Nie kontrolowałam jego działań, nie pchałam go za bardzo do przodu, żeby nie poczuł presji, nie chciałam wpieprzać mu się w niektóre aspekty życia, mylnie sądząc, że tego nie potrzebuje.
I okazało się, że on właśnie tego potrzebuje. Dałam ciała na całej linii.
Wydawało mi się, że wspieram go wystarczająco, jeśli jestem obok i jestem taką poduszką do wysłuchania, wtulenia się i odreagowania stresu, sorry za metaforę, nie znalazłam lepszej. No mówię, nie mam doświadczenia w poważnych relacjach, bałam się wychodzić z czymś więcej. Wczoraj w końcu mieliśmy okazję porozmawiać na spokojnie (mamy ostatnio mało czasu dla siebie), męczyłam go od dawna, ze coś jest nie tak, bałam się że odejdzie - i wreszcie mi powiedział, o co chodzi. Że mnie kocha, że nigdzie się nie wybiera, ale potrzebuje aktywnej, silnej kobiety, która będzie w jakiś sposób kontrolować jego działania, która będzie podsuwać mu rozwiązania kiedy mu ich zabraknie, która będzie go motywować i tonować, kiedy on za bardzo się rozpędzi. Żuchwa mi opadła. Raz, że myślałam, że on tego nie chce, że lubi działać samodzielnie. Dwa, że to inne od wszystkiego, co znam. U niego w rodzinie panował taki model szyi kręcącej głową rodziny, wyniósł ten wzorzec z domu, jego mama była taką szarą eminencją. U mnie w domu cała rodzina działała w pojedynkę, mnie samej nikt w niczym nie wyręczał. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że aktualnie nie mam pracy, nie mogę znaleźć, mimo całkiem niezłego cv nie budzę zainteresowania pracodawców. Szukam intensywnie, z początku tylko wysyłałam aplikacje, później zaczęłam roznosić osobiście i nic, dopiero niedawno zaczęto zapraszać mnie na rozmowy. Efekt na razie żaden. Zawaliłam już przez to parę ważnych spraw. Czuję się bezradna, nie wiem co jeszcze mogę zrobić, żeby mnie gdzieś przyjęto. Nie chcę być dla niego ciężarem. Mam strasznego doła i czuję narastający strach.
Problem polega chyba na tym, że przywykłam, że on decyduje za siebie. Wiem, że jego sprawy dotyczą nas obojga, ale nigdy nie zapraszał mnie do udziału, musiałam go ciągnąć za język, żeby wiedzieć, na jakim etapie jest aktualnie. Chciałam bardziej uczestniczyć w jego życiu, ale przekonana, że się kompletnie do tego nie nadaję, nie włączałam się w nie. Bałam się, że ściągnę go w dół. A teraz on ma mnóstwo problemów i poczucie, że nie może na mnie liczyć. Czuję się tak cholernie winna, że aż mnie to zżera. Z głupiego niezrozumienia wyrósł wielomiesięczny problem.
Co zabawne, zawsze byłam tą, która wszystkich wspiera i podtyka rozwiązania pod nos, aż do przesady, a w relacji z nim kompletnie wyłączyłam tę zdolność. Uwierzyłam, że facet jest super samodzielny, i zrobiłam mu krzywdę.
Mam parę rozwiązań, które chciałabym z nim zrealizować, żeby mu pomóc. Spróbuję go przycisnąć na dniach, boję się, że to wypadnie nienaturalnie i że on pomyśli, że robię to na siłę, ale trudno, skoro sam się do tej pory nie zabrał, to czas najwyższy, poza tym dopiero teraz mam możliwości. Cieszę się, że chociaż mogę, wcześniej myślałam, że on tego nie chce. No i kocham go, kocham strasznie, jest mi tak cholernie wstyd, że nie dawałam mu tego, czego potrzebował, że czuł się samotny i olany. To jest naprawdę rewelacyjny człowiek, nie zasługuje na to. Boję się, że tego nie naprawię, że tych moich starań nie będzie widać, że mi nie wyjdzie. Nie wiem, od czego zacząć, poza tymi paroma formalnościami, za które musimy się zabrać na dniach. Ciągnąć go za rękę do urzędów? Zmuszać do siedzenia z nosem w papierach, jak jest wykończony i zasypia na siedząco? Boję się, że w końcu go stracę. Nie wybaczyłabym sobie tego.