Dzień dobry wszystkim, przeglądam to forum już od pewnego czasu, a teraz odważyłam się sama napisać. Nie mam żadnego poważnego problemu jak zdrada itp, pewnie wiele osób ma podobne rozterki, jednak ja nie mogę sobie z nimi poradzić. Wolę opisać to dość szczegółowo żeby mieć właściwy obraz sytuacji, bardzo wdzięczna, jeśli ktokolwiek to przeczyta i obiektywnie oceni :)
Od ponad roku jestem z chłopakiem, który mieszka za granicą i jest ode mnie 5 lat młodszy. Nie zrobił na mnie dobrego pierwszego wrażenia, mimo tego dobrze się przy nim poczułam, mogłam być całkowicie sobą, wiedziałam od razu że mogę mu zaufać, ma serce na dłoni, i nigdy jeszcze tak dobrze nie czułam się przy nikim (mimo że wcześniej byłam przez 4,5 roku z chłopakiem, który był pierwszą moją prawdziwą miłością). On zakochał się od pierwszego wejrzenia, przy drugim spotkaniu wyznawał mi miłość. Mimo tego że się prawie nie znaliśmy, dzieliła nas odległość i różnica wieku, bez większego zastanowienia w to weszłam, jak teraz na to patrzę, może też żeby "uciec" od byłego, który w tamtym czasie mocno się narzucał i chciał do mnie wrócić (on zakończył nasz związek rok wcześniej, przez jego depresję i różne problemy przestało mu zależeć na wszystkim i na mnie, więc uznałam, że dobrze się stało). Nowy chłopak okazał się bardzo wrażliwy i emocjonalny (za bardzo - moim zdaniem to też jakieś zaburzenie osobowości) i przy tym straszliwie zaborczy. Ja, która musi mieć dość dużo wolności i własnej przestrzeni, stałam sie niewolnicą telefonu, ciagłego informowania gdzie jestem i co robię (miałam nawet wyrzuty sumienia jak nie napisałam, że poszłam do sklepu), do tego teksty typu "wolisz wyjść ze znajomymi niż pogadać ze mną?" albo małe szantaże "ja dla Ciebie bym to zrobił (np zrezygnował z wyjścia, chociaż wcale o to nie proszę), to Ty dla mnie nie możesz?" oraz awantury że np. nie odpisałam przez 40 minut, a każdy kolega był z miejsca podejrzany. Do tego narzucił takie tempo, że nawet się nie zorientowałam, z dnia na dzień zostaliśmy parą i to wszystko się zaczęło, on od razu się bardzo mocno zaangażował i dużo ode mnie wymagał. Poza tym osaczał mnie swoją miłością i uwagą, i chciał tego samego ode mnie, do tego jakies romantyczne gesty, wysyłanie serduszek i inne duperele jako dowody tego że mi zależy, ja taka zupełnie nie jestem, więc i tu były zgrzyty.
Przez kilka miesięcy miałam cierpliwość na tłumaczenia, że źle się czuję, gdy ogranicza mi wolność, za bardzo mnie osacza i wywiera na mnie presję, bo zawsze gdy się pokłóciliśmy, on od razu chciał wszystko wyjaśniać i nie dawał mi spokoju, (potrafił wydzwaniać nawet całą noc) nawet gdy o to prosiłam. Na początku sie cieszyłam, że mogę z nim od razu wyjaśnić każdy problem, jest przy tym przeciwieństwem mojego byłego chłopaka, ale potem to stało sie za bardzo męczące. I dość mocno męczyłam się w tym związku, ale wciąż miałam chęć, żeby to wszystko ułożyć, teraz się zastanawiam, czy to na pewno była chęć, a może po prostu jestem za mało asertywna i godziłam się na to?
Nie zakochałam się tak szybko jak on, ani tak jak ja w moim byłym, od początku miałam przeczucie że to może nie być "to", ale też dużo rzeczy mnie w nim pociągało. Jak się widywaliśmy to było super, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, świetnie się ze sobą czuliśmy, jednak jak któreś z nas odjeżdżało do domu, to on płakał, a ja nie tęskniłam... Może dlatego, że i tak mieliśmy ogromnie dużo kontaktu na codzień, albo dlatego, że tłumaczyłam to sobie rozsądkiem, że jest odległość i tak musi być, albo może jednak nie kochałam go nigdy..? Przez parę pierwszych miesięcy byłam zauroczona, ale jak zaczęliśmy sie poznawać, to może po prostu przyzwyczaiłam się do niego, a nie zakochałam. Czy to możliwe?
Było parę momentów zwrotnych, kiedy zaczęłam tracić chęci i zauważyłam wiele różnic międy nami, pomijając odległość i wiek, totalnie inne charaktery, brak wspólnych zainteresowań, inne wizje przyszłości, inne style myślenia, różne środowiska, ja z wykształconej, oczytanej rodziny, on wręcz przeciwnie. On uważa, że to zaleta, dzięki temu można poznawać inne "światy", ja jednak wcale za bardzo nie chcę pokazywać mu mojego świata, jeśli do niego nie należy, on za to trochę na siłę próbuje go poznać, co mnie drażni. Do tego jesteśmy w zupełnie innych momentach życia, on zaczął nowe studia u siebie, ja skończyłam i zastanawiam się, jak zacząć realizować marzenia. Uczepiłam się tych różnic jako powód, dla którego ten związek mi nie pasuje, mimo tego, że w końcu chłopak sie naprawdę zmienił! Nie jest już taki zaborczy, nie pisze tyle i nie wymaga tego ode mnie, potrafił naprawdę dużo zmienić w swoim zachowaniu i myśleniu. Wiem, że jak nikt inny na świecie stara sie mnie zrozumieć i poznać mój charakter, zeby dopasować się do mnie, chce mnie wspierać w każdym momencie życia, tylko obawiam się że to wsparcie nie będzie konkretne.
On wie o moich wątpliwościach, jest jednak bardzo zakochany i twierdzi, że jak się kogoś kocha, to wszystko się uda, chciał się przeprowadzać dla mnie do Polski, ja się przestraszyłam zobowiązania i powiedziałam nie. Od 3 miesięcy sytuacja między nami jest niepewna i zaczyna się robić coraz bardziej napięta, co zrozumiałe, on wymaga ode mnie decyzji, czy chcę z nim być i walczyć o to. Ja się nie mogę zdecydować, nie chcę go zranić rozstaniem bo to dobry chłopak, ale wiem że ranię go i tak tym niezdecydowaniem. Czy mogłam sobie wmówić, ze te różnice między nami są problemem? Czy może za dużo wymagam, czy to normalne, że okoliczności takie jak nasze mogą być powodem tego, że czuję się w tym źle? Czy to może dlatego, że na początku straciłam na to dużo sił? Czy może jednak nigdy go nie kochałam, tylko wydawało mi się, że tak jest...? Czy on naprawdę się mógł tak zmienić (nadal trudno jest o chwilę dla siebie bez kontaktu, tym bardziej jak jest jakiś problem między nami, ale i tak jest duża poprawa), czy ta zaborczość kiedyś z niego wylezie?
Do tego znów były chłopak sie odzywa i strasznie narzuca. Gdy się rozstawaliśmy był w kiepskim stanie psychicznym i w momencie życia kiedy nie wiedział co dalej, tak jak ja teraz. Teraz mniej więcej wyszedł z depresji, ma bardzo dobrą pracę, ułożone życie, jest na miejscu, i kocha mnie wciąż... I dodatkowo mąci mi w głowie, mimo że mnie teraz męczy, to nie potrafię przestać odpowiadać i zranić go znowu.
Przepraszam za długiego posta, będę wdzięczna jeśli ktoś to przeczyta i obiektywnie oceni, wiem że można powiedzieć, że nie wiem czego chcę i żebym się zdecydowała bo wszystkich ranię, ale pogubiłam się w tym już kompletnie, boję się podjąć nieprzemyślaną decyzję która może się okazać tą złą...