Cóż, muszę się gdzie wygadać i chyba dostać dobry opieprz ;-)
A czuję się cholernie samotna, zresztą na własne życzenie - tak tak głupota moja jest wielka. Ale wiedzieć to jedno, a czuć to drugie. Zatem oto moja opowieść.
Ten post, jest moją próbą zrozumienia samej. Liczę też, że może znajdzie się ktoś kogo słowa postawią mnie do pionu i zrobię co należy? Tylko co to jest? Co to jest...?
Najgorsze że nie umiem się z tego wszystkiego wyplątać i brnę dalej. Ale od początku.
Od ładnych kilkunastu lat jestem w związku z facetem - Adamem. Zaczęło się banalnie. Adam jest dużo starszy ode mnie. Gdy go poznałam był żonaty. Ale rozwiódł się po paru latach z żoną - zresztą był tym chlubnym wyjątkiem który kiedy mówił, że z jego żoną nic go nie łączy, że do tej pory po prostu nie miał dobrego powodu do rozwodu - to nie kłamał.
Rzeczywiście nic ich nie łączyło, poza synem, z którym spotykał się i spotyka bardzo często. Teraz to wiem.
Ale my nigdy nie wzięliśmy ślubu, chociaż oświadczał mi się 3 razy (3 pierścionki ;-)). Nie wiem dlaczego.
Mieszkamy razem od tylu lat, że chyba nam się już nie chciało. Ale szczerze mówiąc mi to nigdy nie przeszkadzało.
Nie pragnęłam ślubu. Było mi z Adamem tak dobrze i fajnie. Oczywiście po paru latach związek nie był już tak namiętny i szalony jak na początku, ale był szczęśliwy.
W naszym związku bywało różnie, raz lepiej raz gorzej, ale jestem pewna, że kocha mnie jak wariat, nie zdradza i zawsze chce pomóc we wszystkim. Czy ja go kocham? ... Czuję, że tak, ale pewnie nie, skoro zrobiłam to co zrobiłam.
Dodam też, że pracuję w innym mieście niż mieszkam z Adamem - mamy wspólny fajny dom, samochód, psy i koty.
Dzieci nie mamy - ale to już zupełnie inna historia. A może ciągle ta sama?
Cóż zaszłam na samym początku znajomości z Adamem w ciążę, ale ją usunęłam. Jeżeli dziś zapytacie dlaczego - nie wiem.
Wtedy wydawało się to jedynym rozsądnym rozwiązaniem - ciąża, z nowo poznanym gościem, zresztą dużo starszym ode mnie i wtedy żonatym? Nie sądziłam, że wyjdzie z tego coś poważnego.
Ot romans, który miał się zakończyć zaraz po tym jak mi powiedział, że ma żonę i syna.
Nie wiem może zabieg został źle przeprowadzony, może to ze mną jest coś nie tak? Chyba nie chcę wiedzieć.
W każdym razie, od tego czasu nie zaszłam już w ciążę, a nigdy specjalnie się nie zabezpieczaliśmy.
Dziś czuję z tego powodu ogromny ból. Ale to inna historia.
I nagle rok temu wszystko się pochrzaniło. I to nie przez Adama - przeze mnie. Poznałam innego Tomka.
Sądziłam że to będzie niewinny flirt (nawet nie romans), bez żadnych konsekwencji - kilka razy się spotkamy, powymieniamy maile, SMSy, pójdziemy potańczyć.
Tomek mieszka w mieście w którym pracuję i jestem w nim co najmniej 4 dni w tygodniu.
Ale stało się inaczej: początkowo parę, chat-ów, sympatycznych takich o niczym z podtekstami. Miłe. Parę SMSów i maili - nic nie znaczących. A potem .... Nie wiem co się stało.
Wielki wybuch, eksplozja. Zakochałam się jak wariatka. Nigdy czegoś takiego nie czułam. Motyle w brzuchu, uśmiech na tworzy, głowa w chmurach. Normalnie 15- latka. Najszczęśliwsze chwile to momenty kiedy leżymy przytuleni i nic nie mówimy. Dosłownie chłonę je.
On jest dla mnie jak narkotyk - im mam go więcej tym bardziej potrzebuję. Jego dotyk doprowadza mnie do szaleństwa, jego uśmiech do orgazmu, jego oczy do krainy szczęścia.
Nie umiem powiedzieć dlaczego. Ani specjalnie przystojny, ani specjalnie mądry,....
W końcu zamieszkaliśmy razem. A potem (9 miesięcy później) wzięliśmy cichy ślub ..... I teraz w jednym mieście ma jednego faceta, w drugim męża. Ale wierzcie mi to jest najgorsze co mnie spotkało, okropne i wpędza mnie w depresję.
Najgorsze z tego wszystkiego, ze na początku czułam Tomka miłość do mnie, wpadałam w nią jak w czarną dziurę, która wciągała mnie głębiej i głębiej.
A teraz .... teraz mam wrażenie, że po prostu jest mu ze mną wygodnie: jestem fajna laska, wyluzowana, nigdy się nie czepiam, lubię poszaleć od czasu do czasu,....
Do tego 3 tygodnie temu uderzył mnie - to nie był klaps, to była nienawiść - czysta nienawiść. Zaczął mnie dusić, aż straciłam przytomność i upadłam. To było na ulicy w nocy. Jakiś facet podbiegł do mnie i zaczął cucić i pytać co się stał. Tomek dopiero wtedy się "obudził". Zaczął płakać przepraszać, a potem uciekł jak ostatni tchórz. Wróciłam do domu. On też. Rano wybuchła awantura. Zapytałam się dlaczego? Na początku nic nie mówił. W końcu powiedziałam mu że sobie na to nie zasłużyłam. Że jeżeli mnie nienawidzi i chce odejść wystarczy powiedzieć. Odejdę. Czuję się jakbym miała syndrom sztokholmski .....prawie chciałam go po tym przeprosić. Na szczęście jakaś część mojego mózgu jeszcze istnieje (malutka co prawda, ale jednak) i tego nie zrobiłam.
I wtedy zaczął przepraszać, płakał, .... Powiedział, że zrozumie jak będę chciała odejść czy odpocząć od niego. W końcu wyjechałam na 4 dni i co - zrobił mi o to awanturę. A ja w tym czasie 4 dni ryczałam w poduszkę w hotelu. Ryczałam z bólu i bezsilności. Jak wróciła było cudownie, ale po tygodniu wg niego już wszystko było OK.
Kłócimy się też często - w zasadzie o nic - ale to tak naprawdę nie kłótnie to walki (na szczęście nie fizyczne, ta była tylko raz).
Nie potrafię sobie z tym poradzić. Rozum podpowiada ( i serce też troszeczkę ), zostaw tego idiotę Tomka, uciekaj jak najszybciej i wracaj do Adama.
Ale gdy dostanę całusa (tak, zwykłego całusa) i Tomek przytuli mnie - wszystko odchodzi w niepamięć. Jest tylko on i liczy się tylko ta chwila. Chłonę ją jak gąbka wodę...
Wielokrotnie próbowałam dokonać wyboru: powiedzieć Adamowi (który głupi nie jest i domyśla się) o Tomku i odejść. lub na odwrót: uciec od Tomka i wrócić do Adama.
Ale każda decyzja którą próbowałam podjąć kończy się fiaskiem. Po prostu nie mogę odejść - BO NIE UMIEM - ani od jednego ani od drugiego. I to doprowadza mnie do rozpaczy szaleństwa i depresji.
Nie do końca rozumiem co się ze mną dzieje. Zawsze byłam dosyć rozsądna. Powinnam po prostu odejść od Tomka i już.
Wydaje się - nic prostszego, chcieć to móc - ale ja nie umiem.
Gdy próbowałam odejść od Tomka (kilka razy) to dosłownie dostałam napadu panicznego lęku i histerii.
Żołądek skręcał się z bólu, a serce waliło chyba z prędkością światła (aż je czułam), a moja świadomość dosłownie zanikała (raz straciłam przytomność). Naprawdę przestraszyłam się tym co się ze mną dzieje.
Próbując Adami powiedzieć, że odchodzę - nie mogłam przez godzinę wydusić z siebie ani słowa, a serce waliło jak młot. Na końcu rozryczałam się jak idiotka, a on mnie przytulił i powiedział, że będzie wszystko dobrze. I głaskał po głowie.
Do tego, coraz częściej wolałabym się po prostu więcej nie obudzić, nie chce mi się nic. Opuściłam się w pracy, zaczynam zaniedbywać siebie (nigdy tego nie robiłam).
Budzę się w nocy z płaczem. Ostatnio stałam w oknie i chciałam z niego wyskoczyć. Czuję się jak ostatni śmieć. Dlaczego to uczucie tak mnie niszczy?
Zaniedbuję przyjaciół. Zresztą w zasadzie straciłam moją jedyną prawdziwą przyjaciółkę, która stwierdziła, że jestem patentowaną idiotką,
z którą nie ma ochoty się zadawać (oczywiście po tym jak jej powiedziałam o Tomku). Ona strasznie lubi Adama - i nic z tych rzeczy, to jest tylko sympatia koleżeńska.
Anka ma męża którego bardzo kocha i fajną rodzinę - której jej zazdroszczę (wielokrotnie jej o tym mówiłam).
Jak czytam to co napisałam, to mam wrażenie że nie piszę o sobie tylko o jakiejś kosmitce kretynce.
Co robić, jak mam sobie z tym wszystkim poradzić? Czy muszę upaść na samo dno, aby móc się z tego podnieść.
Co zrobić aby wrócić do pionu? Jak się pozbierać. Jestem kompletnie rozbita. Dni w których ostatnio nie ryczę, można policzyć na palcach u jednej ręki.