Witam serdecznie,
Piszę tu - choć nigdy tego wcześniej nie robiłem na takich forach - gdyż moja ukochana Żona kilka dni temu oznajmiła mi, że to koniec.
9 lat związku, 2 lata małżeństwa (bez dzieci).
Po 32 lata.
Mówi, że dojrzewała do tej decyzji kilka miesięcy i ja Jej wierzę. Moja obojętność na ważne sprawy, na komunikację w związku, na dostrzeganie Jej....
Ale od początku.
Nie byliśmy złym małżeństwem....
Wspólnie planowaliśmy przyszłe wakacje, mamy podobne poczucie humoru, lubimy te same filmy, podróże z plecakami, wycieczki rowerowe.
Nie jestem psychologiem ale niezgodność charakterów raczej nie wchodzi w rachubę.
Nie byliśmy złym małżeństwem....
... tylko nie do końca idealnym: z mojej strony zabrakło bliskości - nie umiałem jej okazać!
Mam z tym mega problem: emanowanie emocjami i ich uzewnętrznianie jest dla mnie trudne, nawet do tego stopnia, że radość innych osób mnie potrafi drażnić. Czasem radość mojej Żony....
Chcę to naprawić - on następnego tygodnia idę na konsultacje z psychologiem. Wcześniej sama myśl o tym powodowała we mnie jakieś odrzucenie (ja? do psychologa? pff).
Żona to dostrzegała - sama chodzi na terapię - i kilka razy namawiała mnie na wizytę w poradni ale ja byłem chyba zbyt dumny aby przyznać się, że coś jest nie tak. Nie widziałem tego.
A ja uciekałem od problemów w siedzenie przed komputerem (chociaż równie dobrze mogłem pić), który pozwalał mi na "radzenie sobie" z życiem. Ułuda.
Nie umiałem rozmawiać o swoich problemach z Żoną, oddalało to nas i rozumiem teraz, że poczuła się odepchnięta - miała do tego pełne prawo.
Moje relacje z rodziną są podobne, z każdym rokiem coraz mniej rozmawiamy.
Nie byliśmy złym małżeństwem....
... były wcześniej na ten temat rozmowy, awantury, groźby - za każdym razem starałem się jak mogłem ją zadowolić i poprawić - problem w tym, że leczyłem skutki nie przyczynę problemów.
Nie umiałem tego w dłuższej mierze naprawić. Koło się zamykało. Wracało stare. Jak miało nie wrócić jak ciągle umykało mi moje źródło problemów.
To nie są wymówki, wina za całą sytuacje jest całkowicie moja. O miłość trzeba dbać i mimo wszystko powinienem to dostrzegać.
Obecnie....
jesteśmy już po kilku trudnych rozmowach, Ona chciała się wyprowadzić, zaczęła mówić rozwodzie. Chyba nie widzi sensu walczyć o coś, co jak twierdzi, w niej wygasło.
Jest osobą ambitną i ma dużą samodyscyplinę. Cieszę się że udało mi się ją przynajmniej namówić na separację. Zgodziła się chociaż niczego to chyba nie zmienia.
Czy kogoś ma? Zakładam że nie. Nie pytam - szanuję ją na tyle, że wierzę, iż już by mi powiedziała.
Jestem dorosły, jak pisałem - 32 lata, wiem że jestem w stanie sobie życie ułożyć od nowa, liczę się z tym, że może będę musiał.
Bardzo tego rozstania nie chcę, wiem że będzie miała gorzej finansowo, boli to tym bardziej...
Przeze mnie... :( Ból się nasila :(
Ostatnie dni bardzo mnie zmieniły - w jedną pieprz$$$ną huśtawkę emocji.
Wziąłem się za rzeczy, które wcześniej zawiesiłem i nie robię tego "na pokaz", chcę sobie udowodnić, że mogę być lepszy.
I jest mi z tym lepiej. Pozwala mi to nie myśleć chodź przez chwilę o smutku.
Chodź pokusa jest - ani razu nie usiadłem do komputera (gry wideo) przestałem uciekać, pierwszy raz w życiu, od własnych emocji. Boje się, że nawet jedna godzina zmieni się w dwie, trzy.
Od tygodnia jestem "czysty" :)
Często przychodzi smutek. Bywa różnie. Wczoraj pierwszy raz w życiu utraciłem ochotę aby dalej żyć, uwierzcie mi, że to było bardzo realne uczucie.
.... potem było głośne "dosyć!" Nie tędy droga. WTF!? nigdy takich myśli nie miałem....
Jestem wrakiem.
W ciągu 7 dni schudłem 3 kg. Organizm się buntuje przed jedzeniem, wczoraj ogromny sukces - zjadłem kalafiora. Wciskam w siebie witaminy i minerały. Pije soki.
Jedna kanapka per dzień to norma.
Nadal tak bardzo Ją kocham. Nigdy jej nie skrzywdziłem fizycznie, przez myśl mi nie przyszła zdrada.
Jestem po prostu osobą, która o wiele za późno zrozumiała wpływ swoich ukrytych problemów na związek i szczęście drugiej osoby.
Myślę, że Ona w to wierzy. Wierzy w moje deklaracje zmian, chęć pracy nad sobą.
Nie wierzy jednak w to, że mnie kocha jak dawniej.
Ale do meritum:
Chciałbym Was zapytać - od strony kobiecej psychiki lub Waszych doświadczeń - czy uważacie, że w takiej sytuacji możliwe jest pokochanie drugi raz tej samej osoby?
Szczerze.
Ja zamierzam dalej o ten związek walczyć. Będę walczył i zabiegał o Jej miłość aż nie zostanie we mnie grama uczuć.
Jeśli dojdzie do separacji (jeszcze wszystko się waży) okres rozłąki chciałbym wykorzystać aby zacząć od zera na niezobowiązujące spotkania raz na jakiś czas na piwko, sushi (uwielbia sushi).
Jestem także świadom tego że jak się kocha prawdziwie to trzeba czasem pozwolić odejść i cały "misternie ułożony plan" pójdzie do kosza.
PS:
Na koniec dodam, że 4 lata temu Ona odeszła, była wtedy trochę inną osobą wiec jak mi oznajmiła że odchodzi to w głębi duszy cieszyłem się z tego.
A potem mi wróciło - po kilku miesiącach zatęskniłem, zadzwoniłem i się zaczęliśmy spotykać. Twierdziła, że nie przestała mnie kochać. Czekała.
Może to właśnie ona kiedyś zatęskni i jej się odmieni, będę czekał.