Chłop to chłop. Ma być silny, twardy i zaradny. Żaden z nich nie krępuje się usiąść w kawiarnianym ogródku czy na plaży w kąpielówkach/szortach, z ogromnym brzuchem na wierzchu, nieogolony i rozczochrany. Nie mają oporów, by pochłaniać ogromnego hamburgera z hektolitrami sosu, nie zastanawiają się, czy ich skarpetki pasują kolorystycznie do spodni i nie rozglądają się panicznie dookoła, co ludzie powiedzą na to czy tamto.
A my, kobiety, co robimy? Wstajemy, spędzamy godzinę w łazience, nakładamy na twarz tapetę, maskujemy, co się da, analizujemy, przymierzamy, odrzucamy, wygładzamy fałdki, wyciskamy pryszcze, a w głowie huczy nam: "Boże, jak ja wyglądam, jaka ja jestem BRZYDKA!!!"
Dlaczego właściwie chcemy być ładne? Dlaczego definiujemy swoje człowieczeństwo poprzez dobry - lub nie - wygląd? Dlaczego z podobną paniką nie myślimy np.: "O Boże, jaka jestem beznadziejna, znam tylko jeden język obcy!" albo: "Nie zwiedziłam świata, nie zarabiam nawet 2000 zł, nie przeczytałam tylu książek, nie umiem zmienić koła w samochodzie..."? Dlaczego jesteśmy tak próżne i zarozumiałe, że uważamy, iż na plaży/basenie wszyscy gapią się właśnie na nas (i komentują nasze fałdki/pryszcze/rozstępy)? Dlaczego potrafimy doprowadzić organizm i psychikę do ruiny (anoreksja), dlaczego odmawiamy sobie pysznych potraw, bo musimy być szczupłe? Dlaczego kobieta po odjęciu piersi załamuje się, bo "straciła swą kobiecość", zamiast cieszyć się, że pokonała śmiertelną chorobę i MOŻE ŻYĆ?
Podyskutujmy. Aha - zdaję sobie sprawę, że dopuściłam się na potrzeby tego wątku zbytniej generalizacji, więc wszystkie Panie, które zechcą zakrzyknąć, że "one się nie malują/nie zwracają uwagi na kolor skarpetek" proszę o zaniechanie ![]()