Witajcie.
Chciałbym opisać swój problem akurat na tym forum, bo mam pewność, że w większości odpowiedzą mi na ów pytania kobiety.
Otóż jestem 20 letnim chłopakiem, mieszkającym w większym mieście. W związku jestem z dziewczyną w moim wieku od 10 miesięcy. (Postaram się jak najbardziej skrócić historię)
Sytuacja jest taka, że moja dziewczyna od kilku miesięcy, kiedy poznaliśmy się bliżej, albo to ona mnie poznała bliżej (bo jestem bardzo szczery i po prostu jeżeli na kimś mi zależy, oddaję tej osobie cały swój świat...) przestała się interesować. W sensie nie pytała gdzie, co i jak, nie pisała, nie dzwoniła, bo jak twierdziła "Nie chciała mi przeszkadzać.". Do tego doszło, że stała się strasznie kamienną osoba względem mnie. Do innych ludzi, nawet swoich znajomych się uśmiechała, chętnie z nimi rozmawiała itp, a przy mnie się jakby zamykała. Ale dobra, sporo z nią starałem się rozmawiać (co jest STRASZNIE trudne dla niej), próbowałem się dowiedzieć i większość rzeczy, takich jak upewnienie, czy jej zależy, czy coś jej dolega, leży na sercu itp musiałem wręcz siłą wyciągać. Na początku naszej znajomości ona kiedyś pisnęła, że chciałaby studiować w innym mieście, spory kawałek od miejsca zamieszkania. Tak też się stało... Tyle, że to było strasznie znienacka, bo o jej wyjeździe (złożeniu papierów) dowiedziałem się tego samego dnia, kiedy ona już je wysłała... Jestem bardzo wrażliwy (nie uważam się za p**ę grochową, ale miłość jest moim słabym punktem) i to zatajenie (czy jak to nazwać) informacji o jej zdecydowanej chęci wyjazdu na ów studia mnie dotknęło. Minęło trochę czasu i można powiedzieć, że pogodziłem się z tym faktem, powiedziałem sobie, że okej, skoro to są jej marzenia, nie będę w żaden sposób jej ograniczał. Przez kolejne kilka miesięcy było w porządku, czasami nie, jak to w związkach, ale to zawsze "ale" miałem ja. Zawsze to ja się czepiałem, że ona mnie nie informuje co robi (nawet po czasie), że przy mnie się nie cieszy, nie jest zadowolona, aż w pewnych momentach dochodziło do mojej takiej desperacji, że zaczynałem wątpić czy ona mnie jeszcze chce (Niestety, mnie nie wystarczy kochać się z tą osobą fizycznie, żeby do tego doszło w moim przypadku, ja muszę czuć, że to jest właściwa osoba.). Także bywało różnie. Ostatnie dni przed jej wyjazdem nie były cudowne. Był spór między nami, czy w ogóle to ma dalej sens, bo zebrało mi się do całości kilka jej słów. Zacytuję: "Nic mnie tutaj nie trzyma.", "Męczysz mnie swoimi pytaniami.", "Chyba coś się wypaliło.". Było mi źle, a ona kompletnie nie pokazywała, że coś jej ciąży w tej kwestii... Ale do sedna.
W końcu przyszedł ten czas. Wyjazd się powiódł, ciężko mi było się z nią rozstać, ale cóż, nie można myśleć jedynie o swoich potrzebach. Jestem z nią w kontakcie, piszemy, rozmawiamy (niestety bardziej z mojej inicjatywy trzymamy ten kontakt...) i wydaje mi się, że rozmawiając ze mną, a będąc tam jest bardziej radosna, szczęśliwa. Nie minęło dużo czasu, bo zaledwie kilkanaście dni, ale czuć, że jest jej tam dobrze. Nawet po samym tonie głosu, myślę, że rozumiecie o co chodzi. Cieszę się z tego, ale od czasu, kiedy rozpoczęły się nasze sprzeczki o jej podejście do mojej osoby mam piekielne wrażenie, tak mi podpowiada intuicja, że ona ze mną jest, bo jest. Bo po prostu...
Może to bardzo chaotyczne, co napisałem, ale z przyjemnością sprostuję wszystko, jeżeli tylko zadacie pytanie/pytania. Ciężko jest mi zebrać myśli do jednej całości. I wiem, że nie jestem idealny, więc również poproszę o krytykę na mój temat, chętnie przeczytam co sądzicie również na mój temat.
Pozdrawiam i liczę na jakieś odpowiedzi.
CYE