Tak się zastanawiam.No ok, mnie nie było fajnie,problemy itd, ale przynajmniej burza emocji
Ale patrzę na małżeństwa choćby w moim wieku, czy z już sporym stażem.I cóż się dzieje?Wieje nudą, pretensjami o byle co, właściwie są razem, a zupełnie osobno.Dzieci odchowane, są z rodzicami albo nie, co ich łączy, co ich dzieli? A młodsze małżeństwa, chyba też nie za wesoło.Ciągła pogoń za kasą, pracą, małe dzieci,potrzebujące non stop opieki, rozwożone po babciach, przedszkolach,niańkach.A potem wieczór, facet jeszcze jakoś tam działa, a kobita dopiero skończyła gotować obiad na następny dzień,bardzo pragnie męża, ale jest tak skonana,że niemal zasypia.Obłęd w ciapki.Co wy na to?
Podobne tematy
Moim zdaniem pytanie powinno brzmieć, czy małżeństwo w dzisiejszych czasach i w naszych warunkach to nieporozumienie?Ja uważam, że w dzisiejszych czasach w małżeństwie nie da się ocalić tego co w nim najważniejsze, czasu na intymność i radości z bycia razem.
Tak się zastanawiam.No ok, mnie nie było fajnie,problemy itd, ale przynajmniej burza emocji
Ale patrzę na małżeństwa choćby w moim wieku, czy z już sporym stażem.I cóż się dzieje?Wieje nudą, pretensjami o byle co, właściwie są razem, a zupełnie osobno.Dzieci odchowane, są z rodzicami albo nie, co ich łączy, co ich dzieli? A młodsze małżeństwa, chyba też nie za wesoło.Ciągła pogoń za kasą, pracą, małe dzieci,potrzebujące non stop opieki, rozwożone po babciach, przedszkolach,niańkach.A potem wieczór, facet jeszcze jakoś tam działa, a kobita dopiero skończyła gotować obiad na następny dzień,bardzo pragnie męża, ale jest tak skonana,że niemal zasypia.Obłęd w ciapki.Co wy na to?
A ja myślę, że to bardzo trafione.
Ale kwestia jest to bardziej wychowania, niż dzisiejszych czasów.
Ze wszystkim trzeba zdążyć, wszystko na JUŻ, a facet po pracy faktycznie, TAAAAKI zmęczony...
Co do starszych stażem małżeństw się nie wypowiem, bo... nie moja działka....
Ale młodsi....
Kasa, kasa, kasa, czas, kasa, kasa, kasa, czas.....
Nie ma czasu, bo musi kasę robić, nie ma czasu, bo kasę robi,nie ma kasy, bo nie ma czasu,nie ma czasu,bo nie ma kasy, a trzeba.....
Chore...
Niezaradność. Przede wszystkim.
Ciekawy temat, ciekawy...
Uważam podobnie jak Pyskata.
Kwestia wychowania RACZEJ. Ewentualnie tzw. upadek dotychczasowych wartości.
Zwyczajnie 2 znudzonych sobą ludzi. BO kto sobie zadaje trud by przeciwdziałać tej nudzie? - NIECH ON/ONA...
Znaczy KIEDYŚ było inaczej?
Może ludzie MIELI większe problemy i bardziej walczyli o przetrwanie niż o zabicie nudy?
Wszak jeszcze 100 lat temu różowo nie było... Brak antybiotyków, wiele dzieci nie przeżywało do dorosłości, nieustanne wojny, "przednówek" i "dzielenie zapałki na 4"... Dziękowano za każdy przeżyty dzień. "Chłop" szedł do wojska, latami go nie było a małżeństwo trwało (Babcia, której 19 letni brat zmarł na gruźlicę mi opowiadała).
Jakoś życie nie było takie płaskie i jednowymiarowe jak teraz
gdy tylko kasa i "czyje górą" się liczy... dziwne czasy.
Bawi mnie jak ludzie piszą, że w dzisiejszych czasach to taki upadek obyczajów, wartości i tego i owego. Na upadek wartości i rozwydrzenie młodych to już starożytni narzekali. Ludzie się dużo nie zmienili od tysięcy lat, poczytajcie sobie opisy związków z literatury sprzed kilku wieków. Związek z innym człowiekiem nigdy nie jest wieczną bajką i życie się zawsze do niego zakrada ze swoimi problemami.
Być może w dzisiejszych czasach, zwłaszcza w większych miastach, kobieta i meżczyzna już nie potrzebują siebie tak mocno.
Jest wiele możliwości równie emocjonalnego spędzenie czasu, samemu lub w towarzystwie.
Wreszcie nawet sprzęt AGD sprawia, że można samemu zadbać o rzeczy które do tej pory wymagały pomocy partnera.
Ale kwestia jest to bardziej wychowania, niż dzisiejszych czasów.
Ze wszystkim trzeba zdążyć, wszystko na JUŻ, a facet po pracy faktycznie, TAAAAKI zmęczony...
Co do starszych stażem małżeństw się nie wypowiem, bo... nie moja działka....
Ale młodsi....
Kasa, kasa, kasa, czas, kasa, kasa, kasa, czas.....
Nie ma czasu, bo musi kasę robić, nie ma czasu, bo kasę robi,nie ma kasy, bo nie ma czasu,nie ma czasu,bo nie ma kasy, a trzeba.....
Chore...
Niezaradność. Przede wszystkim.
No rzeczywiście ,dinozaury były tak cholernie zaradne że mamy dziś w kraju taki dobrobyt, że trzeba gonić za pieniędzmi z wywieszonym ozorem na chleb...
Czy się stało, czy leżało to się należało i to była właśnie NIEZARADNOŚĆ która owocuje po dziś dzień tym, że żeby młodzi mogli się dziś usamodzielnić muszą gonić za kasą w pocie czoła, która to często gęsto jest nie wymierna do wykonywanych czynności/pracy..
Pyskata napisał/a:Ale kwestia jest to bardziej wychowania, niż dzisiejszych czasów.
Ze wszystkim trzeba zdążyć, wszystko na JUŻ, a facet po pracy faktycznie, TAAAAKI zmęczony...
Co do starszych stażem małżeństw się nie wypowiem, bo... nie moja działka....
Ale młodsi....
Kasa, kasa, kasa, czas, kasa, kasa, kasa, czas.....
Nie ma czasu, bo musi kasę robić, nie ma czasu, bo kasę robi,nie ma kasy, bo nie ma czasu,nie ma czasu,bo nie ma kasy, a trzeba.....
Chore...
Niezaradność. Przede wszystkim.No rzeczywiście ,dinozaury były tak cholernie zaradne że mamy dziś w kraju taki dobrobyt, że trzeba gonić za pieniędzmi z wywieszonym ozorem na chleb...
Czy się stało, czy leżało to się należało i to była właśnie NIEZARADNOŚĆ która owocuje po dziś dzień tym, że żeby młodzi mogli się dziś usamodzielnić muszą gonić za kasą w pocie czoła, która to często gęsto jest nie wymierna do wykonywanych czynności/pracy..
Dinozaury niezaradne?? Uśmiałam się ![]()
Kwintesencja jest w stwierdzeniu TU i TERAZ, a nie w erze dinozaurów.
Tak a'propo, dinozaury, tak samo jak inne żyjące dziko zwierzęta, nauczyć się tylko musiały polować, aby przeżyć, bieg za zdobyczą nie był wymierny co do ich możliwości, ot, instynkt.
Chcesz to do człowieka i dzisiejszych czasów porównać??
Porównaj copywritera do górnika...
Znajdziesz analogię??
Chyba tylko chęć przetrwania.
Porównaj też osobę mającą pięcioro dzieci do wychowania i osobę, żyjącą w związku "bez zobowiązań" (bezdzietną, czyli że...)
Ależ tu dinozaury mogłyby się wypowiedzieć....
On chyba użył słowa "dinozaur" przenośnie...
Moim zdaniem takie generalizowanie jest bez sensu, bo każde małżeństwo jest inne. Zatem pytanie zawarte w tytule można rozpatrywać tylko w odniesieniu do konkretnego małżeństwa.
dziś właśnie o tym myślałam na przykładzie
1. dziadków 53 lata po ślubie, z opowiadań wiem że byli małżeństwem gdzie dzieci nigdy nie słyszeli u nich kłótni ani różnicy zdań teraz kłócą się ciagle! o byle co, dosłownie co 10minut...
2. rodzice ponad 20lat razem, nigdy nie byli super zgodni jak pamietam ale umieli się razem śmiać, bawić się teraz kłótnie aż nie miło.
co do jednego i drugiego przykładu dla mnie każde osobno jest miłą osobą bardzo ich kocham ale razem...masakra!
i jedno do głowy mi przychodzi jak tak na nich patrze, im wszystkim brakuje CIERPLIWOSCI! chyba tu jest całe sedno sprawy
Wiesz, po 20+ latach z kimś miłość już nie jest taka świeża a za to czyjeś wady trzeba znosić codziennie. Szczerze nie znam pary z długim stażem, która by nie miała tego typu problemów, co nie znaczy, że sie nie kochają (chociaż też nie zawsze - czasem to już jest tylko przyzwyczajenie).
Bawi mnie jak ludzie piszą, że w dzisiejszych czasach to taki upadek obyczajów, wartości i tego i owego. Na upadek wartości i rozwydrzenie młodych to już starożytni narzekali. Ludzie się dużo nie zmienili od tysięcy lat, poczytajcie sobie opisy związków z literatury sprzed kilku wieków. ....
"Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla kup mi luby..."
Krokodyle są wporzo. ![]()
..No rzeczywiście ,dinozaury były tak cholernie zaradne że mamy dziś w kraju taki dobrobyt, że trzeba gonić za pieniędzmi z wywieszonym ozorem na chleb...
.....
To jest właśnie niezaradność. Nie zrzucaj odpowiedzialności za nią. Nie wszyscy gnają z wywieszonym ozorem.
Bawi mnie jak ludzie piszą, że w dzisiejszych czasach to taki upadek obyczajów, wartości i tego i owego. Na upadek wartości i rozwydrzenie młodych to już starożytni narzekali. Ludzie się dużo nie zmienili od tysięcy lat...
CZYLI małżeństwo OD ZAWSZE było nieporozumieniem?
I nie WIDAĆ żadnych różnic w trakcie upływu wieków i lat?
Sięgając po literaturę mam wrażenie, że TO wówczas opisywane BYŁO, jak na tamte czasy niecodzienne i stąd jako odmienność opisywane, nie jako powszedniość.
Cóż - jedni widzą (choćby LICZBĘ i łatwość rozwodów, zmiany partnerów jak rękawiczki), inni NIE widzą... nie ma obowiązku "widzieć"...
A propos - ponoć tylko krowa na łące się nie zmienia (a nie ludzie) ![]()
krokodyl666 napisał/a:Bawi mnie jak ludzie piszą, że w dzisiejszych czasach to taki upadek obyczajów, wartości i tego i owego. Na upadek wartości i rozwydrzenie młodych to już starożytni narzekali. Ludzie się dużo nie zmienili od tysięcy lat...
CZYLI małżeństwo OD ZAWSZE było nieporozumieniem?
I nie WIDAĆ żadnych różnic w trakcie upływu wieków i lat?
...
Może nie nieporozumieniem, ale kompromisem/koniecznością podyktowanym warunkami przetrwania (gatunku). Inercja tradycjonalizmu sprawia, że modele prehistoryczne słabo pasują do obecnych warunków, stąd nie ma uniwersalnego i dobrego modelu. Kazdy, kto chce taki model znaleźć dla sebie, jest skazany na samodzielne poszukiwania i eksperymenty. Na to jednak życie nieco krótkim jest.
Anhedonia napisał/a:krokodyl666 napisał/a:Bawi mnie jak ludzie piszą, że w dzisiejszych czasach to taki upadek obyczajów, wartości i tego i owego. Na upadek wartości i rozwydrzenie młodych to już starożytni narzekali. Ludzie się dużo nie zmienili od tysięcy lat...
CZYLI małżeństwo OD ZAWSZE było nieporozumieniem?
I nie WIDAĆ żadnych różnic w trakcie upływu wieków i lat?
...Może nie nieporozumieniem, ale kompromisem/koniecznością podyktowanym warunkami przetrwania (gatunku). Inercja tradycjonalizmu sprawia, że modele prehistoryczne słabo pasują do obecnych warunków, stąd nie ma uniwersalnego i dobrego modelu. Kazdy, kto chce taki model znaleźć dla sebie, jest skazany na samodzielne poszukiwania i eksperymenty. Na to jednak życie nieco krótkim jest.
No i bingo N4VV, mam odpowiedź.I o to chyba chodzi.Ale jeśli odrzucić małżeństwo, to co - wolny związek?Bez zobowiązań?A dzieci?Jak je wychować, kiedy każda ze stron będzie wolna jak ptak?Oj, chyba zaczynam filozofować ![]()
...
No i bingo N4VV, mam odpowiedź.I o to chyba chodzi.Ale jeśli odrzucić małżeństwo, to co - wolny związek?Bez zobowiązań?A dzieci?Jak je wychować, kiedy każda ze stron będzie wolna jak ptak?Oj, chyba zaczynam filozofować
Filozofuj, filozofuj... właśnie TA dziedzina towarzyszy nam od zarania świadomej ludzkości. Myślenie jest dobre ![]()
N4VV, przyłączam się do prośby autorki wątku - też jestem ciekawa twego zdania co do potomstwa.
Napiszesz nam JAK optymalnie można próbować tego dokonać? Bo ja w tej dziedzinie mam niejakie wahania i się nieco "zacinam" ![]()
Dobrze posłuchać kogoś, kto ma przemyślenia ZAMIAST tylko samego, a nic nie wnoszącego, plucia jadem...
Nie mam zielonego pojęcia. To była tylko taka poranna teza. Jesli przyjąć ją za prawdziwą, oznaczało by to poznanie przyczyny, a to może być początkiem wykreowania modelu. Jednak myślę, że już niejeden mądrzejszy odemnie próbował. ![]()
Ostatnio popularny zrobił się model seryjnej monogamii. Myślę, że on bardziej pasuje do rzeczywistości.
Związek dwojga ludzi mieszkających pod jednym dachem zmienia się jak i oni.
Ja nigdy nie rozumiałam stwierdzenia, że o małżeństwo należy dbać codziennie- do tej pory jest to dla mnie pojęcie abstrakcyjne, bo ja jestem jak stereotypowy facet: Zgodziliśmy się żyć razem, wybraliśmy siebie to zaklepane
Jednak ostatnio mój mąż wyraził żal, że mało ze sobą w ciągu ostatnich 2 tygodni rozmawiamy- zdziwiło mnie to, ale OK; przeznaczyliśmy na to czas i związek jakby.... zakwitł na nowo. A pomyślałby kto, że tydzień czy dwa nie mają znaczenia dla rośliny domowej ![]()
ja mysle ze jest wiele racji w tym co piszesz dlatego z mezem na nasze malzenstwo mamy troszke inny plan, tzn. bez wyscigu szczurow i pracy ponad sily (umowmy sie ze za dwie zwykle pensje ok. 2000zl da sie spokojnie wyzyc, placimy tez 1000zl kredytu na mieszkanie, z 2 razy w miesiacu zestauracja i kino i to nam wystarczy), obiad nie zawsze ugotowany, posprzatane tez nie zawsze, od kurzu na polce jeszcze nikt nie umarl, a co najwazniejsze nie planujemy dzieci bo to kompletnie pochlania czas i pieniadze, nie chcemy byc 40-letnimi zmeczonymi zyciem ludzmi z nastoletnim dzieckiem. Wiele w malzenstwie dzieje sie na zasadzie "jak sobie poscielesz tak sie wyspisz". Kazdy decydujac sie w malzenstwie czy na kredyt czy na dziecko czy na absorbujaca prace wie na co sie pisze i ze laczy sie to z poswieceniem i zmeczeniem, nie rozumiem ludzi ktorzy potem maja jakies wyrzuty do calego swiata.
krokodyl666 napisał/a:Bawi mnie jak ludzie piszą, że w dzisiejszych czasach to taki upadek obyczajów, wartości i tego i owego. Na upadek wartości i rozwydrzenie młodych to już starożytni narzekali. Ludzie się dużo nie zmienili od tysięcy lat...
CZYLI małżeństwo OD ZAWSZE było nieporozumieniem?
I nie WIDAĆ żadnych różnic w trakcie upływu wieków i lat?
Sięgając po literaturę mam wrażenie, że TO wówczas opisywane BYŁO, jak na tamte czasy niecodzienne i stąd jako odmienność opisywane, nie jako powszedniość.
Cóż - jedni widzą (choćby LICZBĘ i łatwość rozwodów, zmiany partnerów jak rękawiczki), inni NIE widzą... nie ma obowiązku "widzieć"...
A propos - ponoć tylko krowa na łące się nie zmienia (a nie ludzie)
W dawnych czasach nie było rozwodów, bo ich fizycznie nie było w prawie. Małżeństwo było w teorii do grobowej deski. Teraz jak się orientujesz, że źle trafiłaś to bierzesz rozwód. albo się w ogóle nie hajtasz i żyjesz w wolnym związku, żeby uniknąc takich problemów. Kiedys musiałaś się męczyć do śmierci Twojej albo małzonka. I jedyne co mogłas to go zdradzać i mieć nadzieję, że to nie wyjdzie na jaw.
Ależ rozwody były
I jest o nich w Starym testamencie też napisane
Tylko w praktyce wyglądało to tak, że to facet wykopywał z domu żonę jeśli "zupa była za słona".
Przez długi czas nie było, chociaż można było "uniewaznić małżeństwo", chociaż na to trzeba było mieć kasę i plecy.
Może tak:
Małżeństwo zawierało by się na okreslony czas.
Kategorie:
I. 10 lat.
II. 5 lat.
III. 3 lata.
Małżeństwo nie przedłużało by się z automatu, ale z automatu (bez konieczności decyzji sądu) istniał by obowiązek alimentacyjny (w rozsądnej wysokości) dla tego z rodziców, które nie zajmuje się bezpośrednio potomstwem.
To są mrzonki lekko skacowanego dziś nietryba, więc nie bierzcie poważnie. Sam widzę ułomności pomysłu. Zastanawiam się jednak, jaki wpływ miała by zakorzeniona świadomość nietrwałości małżeństwa na zdolność do rozstań i emocje towarzyszące rozstaniu.
Niedawno rozmawiałam z pewnym Belgiem, lat coś 30-kilka, zdziwiony, że mam 30 lat i JESZCZE jestem ze swoim mężem. Stwierdził, że w Belgii małżeństwo trwa dopóki trzeba wspólnie wychować dzieci. Gdy już podrosną, każdy idzie w swoją stronę.
On chyba użył słowa "dinozaur" przenośnie...
Dżizas, no to poległam ![]()
Przepraszam Paweł, moje tory myślenia nie zawsze w logicznym kierunku idą ![]()
Małżeństwo nie przedłużało by się z automatu
Czyli trzeba by pewno bulić za przedłużenie licencji ![]()
Zastanawiam się jednak, jaki wpływ miała by zakorzeniona świadomość nietrwałości małżeństwa na zdolność do rozstań i emocje towarzyszące rozstaniu.
Interesujące zagadnienie.
Bo z jednej strony mogłoby to powodować, że lata małżeństwa płynęły by bez zbędnej spiny, gdyby każdy wiedział, co go czeka.
Z drugiej strony, czy ta terminowość nie zabiłaby chęci walki o coś, co na pewnym etapie trochę się popsuje.
No i chyba najbardziej mogłyby ucierpieć dzieci, które żyłyby w świadomości, że projekt małżeństwo kończy się z jakąś konkretną datą.
W sumie małżeństwo jest terminowe- do rozwodu ![]()
Hmmm... tak, jakby mnie ktoś podsłuchał...
Zastanawiałem się kiedyś, ile mniej byłoby problemów, awantur, kompromisów, gdyby małżeństwo zawierane byłoby na 5 lat. Partnerzy nie byliby już tacy pewni, że maja smycz do tzw. końca i mniej głupot by wyprawiali. Ale po tym okresie 5 lat, oboje musieliby wyrazić zgodę na kolejny okres. Z automatu nie byłoby moim zdaniem dobrze, brakowałoby "bodźców" do pracy nad sobą. Wiadomo, jak jest - większość z nas, przed ślubem gra - po ślubie aktorstwo się kończy i nastaje niekończący się okres "poznawania" się partnerów, czemu często towarzyszy niedowierzanie, szok itp., że "z kimś takim" człowiek zdecydował się na wspólną drogę przez życie...
Kwestia potomstwa, to skomplikowana sprawa.
30 2013-10-02 17:06:47 Ostatnio edytowany przez Catwoman (2013-10-02 17:07:12)
Ale po co? Nikt nikogo siłą nie skazuje na całe życie u boku jednej osoby. Jest rozwód.
Chyba, że sama już świadomość na wstępnie jest tak przytłaczająca ![]()
niektórzy strasznie demonizują małżeństwo
niektórzy strasznie demonizują małżeństwo
Oj tam, oj tam
Bez przesady
Opcja całego życia razem zastanawia i czasami przeraża. Kwestia ciągłego podkładania do związku, aby ogień w nim palił się jak najdłużej. Wtedy powinno być dobrze.![]()
Małżeństwo to nie praca. Nie wyobrażam sobie podpisywać umowę i lojalkę na 5, 10 czy 15 lat.
Jestem z kimś to jestem, nie chce z kimś być to nie jestem.
Nie czekam, aż limit mi się wyczerpie... ![]()
W dzisiejszych czasach rodzina schodzi na dalszy plan- ludzie chcą sie rozwijać, późno planują dzieci a potem problem bo nie ma ich wogóle, do tego ciągle zapracowani...
Ale to są ludzie, którzy nie żyją swoim życiem, tylko patrzą na innych.
7pit_er napisał/a:niektórzy strasznie demonizują małżeństwo
Oj tam, oj tam
Bez przesady
Właśnie
skrajności ZAWSZE szkodliwe ![]()
Nie ma potrzeby demonizować ani małżeństwa (jeszcze długo będą na tę imprezę chętni) ani seksu bez miłości (analogicznie).
NIC, co nie krzywdzi innej osoby nie jest zakazane (czyżby to wolność była?) Nawet ponoć alkohol jest dla ludzi. Tyle, że jak i uprzednio wymienione - MĄDRZE "użytkować" to wszystko należy ![]()
Jeśli już cokolwiek demonizować to BRAK wyobraźni (ups, nie chciałam/pomyliłam się
) i brak odpowiedzialności ![]()