Drogie Forumowiczki, zwracam sie do Was o porade.
Na poczatku sie przedstawie. Nazywam sie Anastazja, mam 18 lat, chlopak z ktorym sie spotykam ma lat 23. Jestesmy oboje bardzo mlodzi. Ja dopiero teraz zaczelam odkrywac siebie.
Spotykam sie z tym chlopakiem od okolo 6 miesiecy. Na poczatku traktowalam nasza relacje jako kolezenska, myslalam ze on tez. I przez to spotykalam sie z innym chlopakiem, z ktorym sie rozstalam, co do tej pory sprawia, ze w moich oczach pojawiaja sie lzy. Rozstalisy sie, poniewaz przestalam angazowac sie w ten zwiazek. Nie mialam wlasnego mozgu (zaluje, ale dzidki tej sytucji zobaczylam jaki wplyw maja na mnie inni ludzie, ktorzy niekoniecznie wiedza co dla mnie dobre) i posluchalam rodzine, ze to nie chlopak dla mnie, odpowiednim jest ten drugi - mily, rozmowny, wzbudzajacy sympatie u moich rodzicow. Przeciwienatwo tamtego. Flejowaty, lekko nierozgarniety, niepewny siebie, spokojny - moze uznali, ze taki ktos mnie nie skrzywdzi, gdyz jest taki zwykly i przecietnej urody.
Lubie go, spedzamy ze soba mnostwo czasu, co przez pewien okres sprawialo, ze czulam sie osaczona z kazdej strony. Przychodzil bez zapowiedzi, wyciagal z domu, pisal, ciagle byl i jest. Robi wszystko co mu powiem, nie sprzeciwia sie. Placi za mnie mimo moich protestow.
Jest on naprawde wspanialym facetem. Wierzy w sredniowieczne idealy, posluguje sie starymi poradnikami o uwodzeniu. Jego pasja jest rekonstdukcja historyczna.
Mozemy rozmawiac na wiele tematow. Czyta ksiazki, jest inteligentny, z poczucim humoru.
Dla mnie by zrobil wszystko...jak nigdy nikt...
Kiedys powiedzialam mu, ze go nie kocham, ze nie chce z nim byc, a on na to ze on mnie kocha, ze to co bylo kiedys to niewazna przeszlosc. I tak wciaz jestesmy razem.
On mowi, ze kocha, a ja nie jestem w stanie mu tego samego powiedziec, teraz nie wiem juz sama co czuje...
Owszem, jest mi z nim dobrze przebywac, rozmawiac, organizowac wspolnie wyjazdy.
Ale jednak brakuje mi tego bezwarunkowego szczescia. Usmiechu na twarzy na propozycje spotkania. Nigdy tego nie bylo...
Nie przytulamy sie zbyt czesto,prawde mowiac to tylko wdedy kiedy sie kochamy... Do pocalunkow przekonywalam sie przez dwa mjesiace...teraz juz sa mi obojetne. I tak nie calujemy sie czesto. Nie pragne tego szczegolnie.
Ja wiem, ze pol roku to bardzo krotko, dla mnie jednak dlugo... bo jak niszcze to dwa zycia i jak krzywdze to nie siebie tylko jego. Nie chce tego. Dlatego powiedzialam mu co czuje, a on to przyjal i nie odszedl, a wielu by odeszlo...
On jest tak dobry i kochajacy, a ja nie wiem juz co czuje. Polubilam spedzanie z nim czasu, przyzwyczailam sie ze jest i ktos mnie kocha. A przez to czuje sie niewartosciowo. Czuje ze powinnam go kochac, ze razem moglibysmy stworzyc cos pieknego i trwajacego lata. Tylko ja nie wiem czy zdolam go jeszcze pokochac miloscia prawdziwa. Nie chcialabym by moj zwiazek opieral sie na przyzwyczajeniu i przywiazaniu... Moze ja boje sie go pokochac? On mysli bardzo powaznie na temat naszego zwiazku, chce zamieszkac ze mna na studiach, przeprowadzic sie ze mna.
Jak mam otworzyc oczy? Co powinnam zrobic by przestac sie bac bycia z nim lub odejscia? Co jest we mnie nie tak? Moze to nie ten wlsciwy chlopak? Nie chce zabierac mu zycia, chce by byl szczesliwy...a wydaje mi sie ze daje mu namiastke szczescia, gdyz nie kocham go tak mocno jak on mnie...wciaz mysle ze moze jednak milosc przyjdzie?
Rozum podpowiada zostan, a serce nie wie co robic, bo i tak nie ma sily przebicia.