Witam, mam na imię Natalia i od ponad 8 lat jestem w stałym związku. Od roku mieszkamy razem. W czerwcu zaręczyliśmy się, a obecnie jesteśmy na etapie starania się o kredyt na budowę mieszkania. Wszystko brzmi pięknie, gdyby nie fakt że ja każdego dnia zastanawiam się co ja jeszcze robie z tym człowiekiem. Mój partner jest bardzo humorzastym i nerwowym człowiekiem. Uwielbiam go, kiedy ma dobry humor, ale to niestety zdarza się co raz rzadziej. Co raz częściej chodzi nadąsany, obrażony i wściekły na cały świat, a wtedy jest dla mnie bardzo chamski i niemiły. Od kilku miesięcy, on pracuje w innym mieście i tylko na weekedny przyjeżdża do domu. Miałam nadzieje, że dzięki temu zatęsknimy za sobą i oboje nie będziemy mogli się doczekać weekendu, kiedy znow się zobaczymy. Niestety, jest zupełnie inaczej. Czasem nie zdąży przekroczyć progu domu, a już się kłócimy i to na prawdę w większości przypadków nie jest moja wina. Wiem, że każdy zawsze póbuje zwalić winę na drugą osobę, ale w tym przypadku jest tak jak pisze. Ja mam dość życia w ciągłym stresie, dość mam kłotni, chciałabym być w normalnym spokojnym związku. Wypróbowałam już tysiące sposobów, na jego zachowania, ale żaden nie przyniósł zamierzonego efektu. Dziś identyczna sytuacja. Miałam dziś wolny dzień i bardzo milo go spędziłam. Cieszyłam się że przyjedzie, mieliśmy fajne plany na weekend. Niestety już na samym wejściu zaczął się na mnie wściekać o byle gówna - o to "gdzie są kluczyki od garażu" " że nie ma nic na kolacje" mimo iż dzowniąc do mnie dzisiaj mówił żebym nic nie robiła bo wróci późno i zje coś po drodze itp. W mgnieniu oka, mój humor z dobrego spadł na "kurwa, niech on już wraca tam skąd przyjechał" Przy tym wszystkim on na prawde jest bardzo niemiły dla mnie wręcz chamski, a ja niczym nie zasłużyłam sobie na takie zachowanie. Czy ja na prawde nie zasługujem na normalne tratowanie. Kocham go, ale zaczynam go coraz bardziej nie lubic. Z jednej strony chciałabym być z nim i z nim spędzić resztę życia, ale z drugiej strony jest mi strasznie źle. Czuje że utknęłam w miejscu. Z jednej strony wiem, że powinnam odejść ,ten facet nie jest mnie wart, ja zasługuję na kogoś lepszego. Z drugiej strony wiem, że nie mam na to siły. Jestem bardzo wrażliwą osobą, łatwo też wszystko wybaczam i zapominam co niestety bardzo utrudnia całą sprawę. Minie godzina, dwie jemu przechodzi zły humor, wtedy przychodzi do mnie probuje się przutulić załagodzić sytuacje, a ja szybko wybaczam.
Jezu jak ja nienawdzię siebie za tą niemoc, każdego dnia patrze w lustro i patrze na siebe ze złością że nie robie nic ze swoim zżyciem. Czuje że je przegram i gdy będę mieć 30-40 kilka lat (obecnie mam 26)zacznę ząłowac że niczego nie zrobiłam.
Przepraszam, za to użalanie się nad sobą ale potrzebowałam wyzucic to z siebie. Niestety nie mam nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać.
Mój narzeczony właśnie siedzi obok mnie i znów ma tysiące pretensji do mnie, a ja marzę tylko o tym żeby zniknąć !!!