Ehhh...Kiedy ktoś zobaczy ten długaśny tekst, zapewne pomyśli, że za dużo do czytania i nie warto poświęcać tyle czasu i zamknie stronę z moim wątkiem...Proszę, nie róbcie tego....Wątek jest taki długi, ponieważ starałam się niczego nie zatajać i przekazać jak najwięcej informacji istotnych dla sprawiedliwego ocenienia sprawy. Zdanie jednej właściwej, mądrej osoby może zmienić całe moje życie!
Bardzo dużo kosztowało mnie zamieszczenie tego posta, proszę o uszanowanie tego, nie wyzywanie mnie. Oczywiście każdą mądrą krytykę przyjmę z wdzięcznością, zdaję sobie sprawę,że narobiłam w życiu głupot.
Nie wiem od czego zacząć. Może od ogólnych danych dotyczących mojej sytuacji.
Poznałam mojego obecnego narzeczonego jeszcze w szkole średniej, mieliśmy wtedy po 16 lat. To był mój pierwszy chłopak, wcześniej jakieś drobne doświadczenia damsko - męskie typu nieśmiałe buzi, dotknięcie ręki itp.
Nigdy nie miałam szczególnego powodzenia, zapewne nie z powodu wyglądu (bardzo długie ciemne włosy, duże niebieskie oczy, ładne proporcje ciała, długie nogi) czy braków w charakterze (wrażliwa, troskliwa, inteligentna - to opis jaki przyjaciele kazali mi zamieścić) ale raczej z powodu bardzo dużej nieśmiałości - rzadko wychodzę do ludzi, mam kompleksy dotyczące swojej wagi - 4 kg nadwagi - nie jest to dużo, ale dla mnie to prawdziwa zmora (prawdopodobnie z powodu wychowania - rodzice zawsze mnie krytykowali i doszukiwali się moich słabych stron i choć osoby postronne często mówią, że jestem przepiękna ja wciąż uważam się za osobę najwyżej przeciętną - zakompleksienie, które wyniosłam z domu rodzinnego prześladuje mnie w wielu aspektach życia).
Z tego powodu w wieku 16 lat nie szukałam chłopaka, którego pokocham od pierwszego wejrzenia, na którym będzie mi zależeć, a raczej takiego, na widok którego moje serce nie będzie biło jak oszalałe - myślałam, że tak jest łatwiej, że nie zostanę zraniona - jakże głupia byłam. I tak poznałam obecnego narzeczonego.
W okresie 19 - 22 lat (ja i obecny narzeczony jesteśmy w tym samym wieku - obecnie 25) mój narzeczony (wtedy jeszcze chłopak) zranił mnie wielokrotnie. Nie były to jakieś wielkie przewinienia (kłamstwa odnośnie wychodzenia samemu na imprezy, raz pocałował jakąś dziewczynę w klubie, kłamstwa odnośnie korzystania z pornografii) ale mnie bardzo dotknęły i wytrącały z równowagi na wiele miesięcy, ponieważ niestety jestem cholernie wrażliwą osobą. W tamtym okresie zrywałam z nim średnio co dwa tygodnie - zapewniał mnie że dla mnie wszystko się zmieni, wszystko zrobi, wystawał całe noce pod moim domem, kupował kwiaty, zabierał na wycieczki, zapisał się nawet na psychoterapię żeby już nigdy mnie nie zranić.
Faktycznie odniosło to bardzo duże rezultaty, ja doceniłam jego poświęcenie - w końcu facetowi nie jest tak łatwo opisywać u obcej babki (psychoterapeutki) swoje emocje i przeżycia. Przestałam grozić zerwaniem. Wtedy wszystko się ułożyło. To znaczy ułożyło się pod takim względem, że już mi żadnej krzywdy nie robi, nie kłamie itp. Ale ja przez cały czas trwania naszego związku (już prawie 10 lat) lat, od samego początku zadaję sobie pytanie czy go kocham. Na początku kiedy zrywałam i mówiłam że go nie kocham on zawsze zdołał mnie jakoś ubłagać, przekonać czymś, że będzie lepiej. Tylko, że wtedy było co naprawiać - on był nie w porządku, teraz nie mamy żadnych głębszych problemów, poza tym, ze ja czuję że go nie kocham, ale jednocześnie nie wyobrażam sobie życia bez niego:/
Teraz jesteśmy już na etapie rozmawiania o ślubie, a do mnie coraz natarczywiej dociera fakt, że go nie kocham. Jest mi go bardzo szkoda, ponieważ utrzymywał mnie przez ostatnie 2 lata (bardzo zależało mi na ukończeniu studiów, a nie mogłam zostać w rodzinnym domu z powodu patologicznej atmosfery) - nie chodzi mi o pieniądze, ale o fakt, że jest skłonny dużo dla mnie poświęcić, o czym świadczy też ta wspomniana wyżej psychoterapia. Chodzi o to, że chemii między nami nie było nigdy (przynajmniej z mojej strony, mam bardzo duży temperament, ale na niego nie mam ochoty - mimo to współżyję z nim czasem, żeby nie robić mu przykrości).
Mamy też inne charaktery (ja jestem uczuciowa, wrażliwa, trochę być może bujam w chmurach ale wiem co dla mnie w życiu najważniejsze - żeby być dobrym człowiekiem, mieć swój honor, starać sie robić to, co sprawia mi przyjemność: rozwijać się, chłonąć książki, filmy, świat, własną psychikę, dzieci są dla mnie naj naj naj najważniejsze w życiu - mimo, że jeszcze ich nie mam - bo nie chcę spaprać im życia, a mój partner jest bardziej przyziemny, kalkuluje, planuje, pieniądze najważniejsze, nie jest jakąś nieuczuciową hieną ale jednak przeszkadza mi to:(
mimo wszystko jest mi z nim dobrze tj, wygodnie, znajomo, bezpiecznie, ale nie czuję szczęścia. Mogłabym wymienić bardziej szczegółwo jego cechy charakteru, które mi się nie podobają (nadmierne skupienie na pieniądzach, brak spontaniczności, arogancja, zarozumialstwo) ale nie wiem czy to z ich powodu nie chcę z nim być. W gruncie rzeczy jest dobrym człowiekiem. Wydaje mi się, że gdybym czuła do niego "miłość" wiele nie do końca mi odpowiadających cech partnera mogłabym znieść, ale wydaje mi się że właśnie brak miłości, sprawia że nie jestem w stanie dostrzegać jego zalet.
Czytałam wiele wątków podobnych do mojego i widziałam wiele zacietrzewionych odpowiedzi odnośnie takiego "poszukiwania szczęścia", że "egoistka, że rozpieszczona, że poprzewracało się w głowie". Wydaje mi się, że takie rady pochodzą od osób, które same są nie do końca szczęśliwe w związkach ale mimo to w nich trwają - z różnych powodów i same wpierają innym ten model życia. Ja bardziej skłaniam się ku myśleniu, że życie jest tylko jedno i od nas zależy jak je wykorzystamy (co nie znaczy oczywiście, że powinniśmy skakać z kwiatka na kwiatek kiedy tylko skończy się w związku okres fajerwerków). Ja po prostu nie chcę obudzić się w wieku 70 lat z myślą, że nigdy nie zaznałam prawdziwej miłości, bo nie miałam odwagi, nie chcę żeby moje przyszłe dzieci podświadomie czuły, że może mama nie kocha tatusia albo, że rodzice się nie do końca dogadują, że są nieszczęśliwym małżeństwem. Przecież dzieci widzą, czy rodzice uśmiechają się do siebie przez większość czasu czy coś tam do siebie odburkują pod nosem.
Tak więc pytam co o tym myślicie? Czy powinnam z nim zerwać ostatecznie? Czy cieszyć się, że teraz jest ok i zapomnieć o układaniu życia na nowo? A jeśli zerwę z narzeczonym i będzie jeszcze gorzej? Zauważyłam, ze w dzisiejszych czasach faceci robią się coraz głupsi, bardziej płytcy i niestali w uczuciach, boję się tego, że los się na mnie zemści i ktoś kogo pokocham zostawi mnie z czasem:( Możecie zadawać miliony pytań, na każde chętnie i szczerze odpowiem. Doradźcie coś, bo umieram rozmyślając o tym wszystkim, przepłakałam już tak wiele dni:(((