Poltora roku temu poznalam faceta, znalalm sie z nim krotko, kilka miesiecy, dodatkowo mieszkalismy w innych miastach. Od samego poczatku bardzo mi sie spodobal i to ja sie o niego staralam. Po kilku tygodniach on odwzajemnil moje zainteresowanie, bylam w 7 niebie. Bylo cudownie przez 2 miesiace. Pozniej zaczely wychodzic male klamstwa z jego strony. Na poczatku nie chcialam robic z tego afery i przymykalam oko... Tych drobnych klamstw bylo coraz wiecej, w zasadzie to nawet nie byly klamstwa to bylo przytakiwanie na moje stwierdzenia, ktore dotyczyly jego osoby, a ktore, jak sie pozniej okazalo nie byly prawdziwe. W koncu zakonczylam znajomosc, bo uslyszalam przez tel jak zamawia sobie "dwojke". Spytalam o to zaczal krecic, ze to dla niego, pozniej, ze nie dla niego... Byl wowczas w odwiedzinach u mnie.... Mial zostac kilka dni, ale pierwszego wieczoru wyplynela ta sprawa z tel, atmosfera byla srednia, z oczywistych wzgledow. Llezac z nim w lozku, myslalam, ze wobec jego zlej woli musze sie z tego wycofac... Nastepnego dnia, kiedy bylam w pracy napisal mi sms, ze dostal pilne wezwanie w pracy. Nie uwierzylam, choc teoretycznie jest to bardzo mozliwe, ale zamiast zadzwonic napisal sms w tej sprawie... To bylo nienaturalne. Mialam odczucie jakby chcial ode mnie uciec... Zalala mnie fala zlosci... W odpowiedzi napisalam mu sms, ze mu nie wierze i juz nie chce kontynuowac tej znajomosci i nie chce go juz dzis widziec, wiec niech zabierze swoje rzeczy zanim wroce do domu... Od tamtego czasu nie mamy kontaktu. Nie wiem dlaczego ale ta sprawa nie daje mi spokoju... Czasem mysle, ze moze zle zrobilam. Facet jest zamkniety w sobie, wszystko trzeba obcegami, taki jest. Sa gorsze wady niz sklonnosc do drobnych klamstewek. Krotko sie znalismy, moze mial watpliwosci... Nie wiem...Z drugiej strony mysle sobie, ze przeciez mial zla wole, niczego nie probowal mi wyjasnic... Odnoszac sie do tej sytuacji z telefonem zachowywal sie (ja tak to zachowanie odebrałam) tak jakby chcial tylko bym sie od niego odczepila. Ja jestem dumna, poczulam sie odrzucona i zlekcewazona i odpuscilam...Teraz sie z kims spotykam a ciagle mysle o tym drobnym w koncu epizodzie sprzed roku. Nie umiem sie zaangazowac. Najbardziej nie daje mi spokoju to czy aby na pewno mialam racje... Czasem mysle by do niego napisac i zapytac jak bylo naprawde, chcialabym osiagnac pokoj i isc dalej... Nie chce sie ogladac za siebie a od roku ciagle to robie. Czy myslicie, ze jak sie dowiem jak bylo (zakladam, ze kogos poznal wtedy, kto okazal sie wazniejszy ode mnie - stad ten hotel i nieco sie odsunal ode mnie wowczas) to mi to pomoze?
Aha i jeszcze jedno, usłyszałam o "dwójce". Emocje opadły i juz nie wiem nawet czy to odnosiło sie do hotelu... moze to dotyczyło np. biletu na druga klase w pociagu... Odezwac sie do niego i sie przekonac/dowiedziec, czy nie ma sensu i czekac az czas zrobi swoje?
Podobne tematy
Ten koleś to krętacz i łgarz. A skłonność do małych kłamstewek i wypierania się w żywe oczy często wiąże się z taką samą skłonnością do kłamstw bardziej poważnych - jesli on się rzeczywiście tak zachowywał to moim zdaniem lepiej, że go rzuciałaś od razu. Konfrontacja w teorii mogłaby uspokoić Twoje obawy i wątpliwości, ale w praktyce jesli facet to łgarz to się w zywe oczy wszystkiego wyprze i absolutnie nie przyzna do niczego złego. Nie ma sensu, zrobisz sobie tylko większy mętlik w głowie, poza tym po co masz go jeszcze teraz oglądać, jak masz kogoś. Nie dziwię się, że jesteś podejrzliwa, po związku z nieuczciwą osoba zawsze pozostaje lęk czy to sie nie powtórzy, ale jesli Twój obecny taki nie jest to po jakims czasie mu zaufasz.
Moim zdaniem dobrze jest słuchac intulicji i jesli masz po bardzo krótkim czasie poważne zastrzeżenia co do drugiej osoby to lepiej zakończyć związek niż pakowac sie w syf.