Lwica_ napisał/a:Mówisz, że zawsze tak było... także nie możesz mieć do niego pretensji o to, jaki jest, skoro nic się nie zmieniło.
No właśnie, takiego sobie wybrałam, więc tak teraz mam. Wszystko poszło za szybko, byłam głupia, zaślepiona miłością, wydawało mi się, że to w końcu TEN - i faktycznie, to TEN pod wszystkimi względami, oprócz seksu. Poznaliśmy się w maju ubiegłego roku, a już we wrześniu był ślub - i nie, nie z powodu ciąży.
Mam porównanie z innymi mężczyznami, z którymi byłam przedtem. Pamiętam, że jeden z nich był autentycznie zachwycony, kiedy mnie rozbierał i zabierał się za pieszczenie mnie tam językiem, potrafił robić to dłuuuugo. Kiedyś w złości i kłótni powiedziałam mojemu mężowi o tym, uznał, że to tamten był poje*** i nienormalny, i że przez to teraz zachciewa mi się Bóg wie czego...
Żaden z moich poprzednich nie nadawał się na partnera życiowego, takiego, w którym mogłabym mieć oparcie na co dzień w takich zwyczajnych sprawach. Byli to mężczyźni dobrzy w łóżku, ale najczęściej sieroty życiowe, często bez pracy albo prowadzący jakieś szemrane interesy. Kiedy więc poznałam mojego męża, pracowitego, uczciwego, myślałam, że to jest właśnie ten facet.
Według niego wciąż tylko o tym mówię, bez przerwy poruszam temat seksu. On nie lubi o tym rozmawiać, "bo nie". Do psychologa/seksuologa nie pójdzie, bo uważa, że taki po prostu już jest i nic na to nie poradzi.
Gdy próbuję coś zainicjować, często słyszę: "Myślałem, że nic dzisiaj nie będzie i pójdziemy normalnie spać". Z kolei gdy już coś "wyproszę", to potrafi powiedzieć po wszystkim: "No, to teraz wystarczy na tydzień".
Woli, gdy jest ciemno, chce też, żebym za każdym razem (kiedy oczywiście uda mi się go do czegoś namówić) zakładała seksowną koszulkę, pończochy i szpilki. Nie mam nic przeciwko, sama często robiłam mu niespodzianki i kupowałam coś seksownego, ale chciałabym, żeby czasem zapragnął po prostu MNIE, swojej żony, a nie przebranej.... dziwki, bo tak się nieraz czuję.
Kiedy już robię mu loda i potem się kochamy, nie chce mnie całować w usta (WTF?! Brzydzi się sam siebie?)
Kiedy nie mam orgazmu (a przez rok czasu miałam go może z 5 razy), to oczywiście jest tylko moja wina. Potrafi powiedzieć wtedy: "Iść do łazienki, żebyś mogła sobie strzepać?" albo "Chcesz sobie dokończyć sama?"
Dwa miesiące temu miałam taką sytuację, że dokuczały mi silne zawroty głowy, raz trafiłam na izbę przyjęć do szpitala. Porobiłam komplet badań, krew, mocz, serce, neurolog. Wniosek: zdrowa. Psycholog, którego mamy w pracy stwierdził, że to na 100% nerwica. Nie chciałam rozmawiać z nim o tym, co się dzieje w moim małżeństwie.
Rozwieść się? Skoro nie minął nawet rok? I co, szukać od nowa? Trafić z deszczu pod rynnę, na kogoś, z kim będę miała fajny seks, ale reszta będzie do niczego? Znaleźć kochanka? Zaspokajać się sama, jak dotąd? Tylko jak wtedy przezwyciężyć to uczucie doła i kompletnej beznadziei, które przychodzi już po fakcie, gdy zostaję sama ze sobą, a nie w ramionach ukochanego mężczyzny?
Kompletnie nie wiem, co mam robić.