....zawsze jak coś mnie nurtowało brałam komputer wpisywałam tzw sprawę i czytałam, często pomagało...dzisiaj jestem na takim etapie , że sama pisze bo myślę,że zaraz zwarjuje....ZDRADA...na sama myśl mam ciarki. zacznę od tego, że miałam kiedyś męża zdradził ,wybrał młodszą...znaliśmy się łącznie 12 lat to było prawie pół mojego życia, nie mieliśmy dzieci odszedł ot tak i tyle a ja 3 lata zbierałam się do kupy...było ciężko ...obiecałam sobie,że nigdy do tego nie dopuszczę nigdy więcej...chciałam być sama taki mój wybór...ALE zakochałam się moje życie przewróciło się do góry nogami. wyszłam drugi raz za mąż wydawało mi się że pana Boga za nogi złapałam mój mąż ten obecny był zupełnie inny niż pierwszy, mieliśmy naprawdę fajne życie.nie brakowało nam niczego. urodziła nam się piękna córka nasza wymarzona. o dziecko staraliśmy się 1,5 roku, były niepowodzenia wszystko przechodziliśmy razem, wspieraliśmy się. miałam wszystko córeczkę, fajnego przystojnego męża, piękny dom, niezły samochód, firma się rozwijała...choć nie często się modle dziękowałam Bogu ,że teraz żyje..przeprowadziłam się do miasta mojego męża wiec znajomych mieliśmy jego... szczególnie zżyliśmy się z jedna para , było fajnie rodzinnie, wspólne wyjazdy, itd. oni maja dwójkę dzieci, my córeczkę.lubiłam ich. ją tez ,wydawało mi się ze nadajemy na wspólnych falach i zaczeło mi coś nie pasować...obserwowałam bo coś nie grało....mój fajny mąż zaczoł mnie traktować inaczej a za bardzo adorować naszą koleżankę...w październiku znalazłam pierwsze sms oboje się przyznali przeprosili ona szalała pisała jak to jestem dla niej jak siostra, że on napisał że nie wiedziała jak się zachować że nie chciała mnie ranić...po dzikiej awanturze jaka zrobiłam mężowi przyznał się przeprosił.zamydlili mi oczy uwierzyłam był spokój....przecież wierzyłam że mam super życie a to było chwilowe potknięcie, przecież mi to się nie zdarzy w życiu już nie!!!i tak się uspokoiłam, spotykaliśmy się dalej ze znajomymi....koło stycznia mój mąż się zmienił w stosunku co do mnie był cudowny.np obudził się któregoś wtorku rano i powiedział dziewczyny pakujcie się wyjeżdżamy albo traktował mnie jak księżniczkę.....dzisiaj wiem ze w tym okresie ich związek nabrał rozpędu i wtedy jeszcze mój mąż miał wyrzuty sumienia....miedzy nami powoli zaczeło być dziwnie...około kwietnia bummm......nie był tam gdzie miał być, był z nią oboje mnie okłamali.zrobiłam dziką awanturę jemu i jej przez telefon...przyszła do mnie do domu z pretensjami, że bez postawienie ją oskarżam.dosłownie jak psa wyrzuciłam ja z domu.poinformowałam jej męża - koniec naszej wspólnej znajomosci. zrozpaczona rozdygotana poinformowałam rodziców i teściów.szalałam z rozpaczy. zaprzeczał, nazywał idiotka ale jednocześnie traktował jak kogoś obcego...9 dni to trwało..wkońcu zaczeliśmy rozmawiać...mąż koleżanki mnie wyśmiał chociaż podałam mu dowody na dłoni.daty miejsca itd.każdy wierzy w to co mu jest wygodne... mój mąż obiecał poprawę zrobiliśmy grubą kreskę i zaczeliśmy wszystko od nowa...ciężko było i bardzo różnie....ok miesiąca spokoju a potem...nie miałam dowodów ale wiedziałam ze ona jest czułam jej oddech na plecach...widziałm to po nim...zaprzeczał...ale dziwne wyjścia, spóźnienia no i oczywiście nie rozstawał się z telefonem.groziłam, ostrzegałam, prosiłam, płakałam, byłam spokojna, byłam francą, byłam idealna....próbowałam wszystkiego. nikomu już nic nie mówiłam...rodziców nie chciałam denerwować przechodziłam to sama.a on czasami myślę specjalnie przedstawiał mnie w złym świetle żeby się usprawiedliwić.jedyne fajne chwile to chwile z córka...ojcem jest idealnym!!!a między nami nijako raczej zle...przyjełam nowa taktykę zamykania oczu...nie sprawdzałam, byłam miła....i przyszedł ten wieczór- wyszedł na piwo z kolegami.wrócił bardzo późno kompletnie pijany.bardzo miły dla mnie położy się spać...a ja co?oczywiście telefon...był chyba zbyt pijany żeby pamietać o wykasowaniu ich wspólnej korespondencji.a tam mój wymarzony mąż pisze do naszej koleżanki ze kocha ja najbardziej na świecie a ona mu ze tak bardzo tęskniłam kochanie...kocham cie.była też oczywiście zazdrosna on ja uspokajał , wyznawali sobie miłość...ja czytałam i przecierałam oczy.zrozumiałam ze to nie jakiś romans on się zakochał.wszystko stało sie jasne.ponownie poinformowałam męża koleżanki tym razem podszedł do tego inaczej. nie wytrzymałam napisałam do niej. odpowiedz mnie zaskoczyła była zadowolona ze się wydało, chciała żeby się wydało...wyprowadziłam się do mamy potem wróciłam, znów się wyprowadziłam, wróciłam.cyrk. miotałam się okropnie.w miedzy czasie znalazłam jej włosy w łazience.była w moim domu pod moja nieobecność i to na pewno nie na kawie...zostałam pozbawiona godności, miłości, domu wszystkiego....koleżanka zazdrościła mi życia , myślała ze wezmę torebkę, córkę pod pache i pójde a ona zajmie moje miejsce.potwierdza to jej zachowanie wobec mnie, sms do mnie i jeszcze słuchy o jej rozwodzie które dotarły do mnie od zupełnie postronnej osoby która nie zna sprawy...powiedziałam dość ! i wtedy mój cudowny mąż, idealny jak się zdawało a gówniarz jak wyszło - się wystraszył.zrobił szczerą spowiedź jak tego wysłuchałam to omal się nie przewróciłam, wyspowiadał się mi i mężowi koleżanki...jezu cyrk był niestej ziemi...bolało i boli tak ze jak o tym pomyśle to odczuwam ból fizyczny.i miałam dwa wyjscia zostac lub odejsc.zostałam. sama sie zastanawiałam czy tak napawdę zostałam dla nas czy po to zeby udowadnic sobie i jej że wybrał mnie.dziecinne wiem...ale wrócicł , mój dawny maż, kochajacy czuły, małymi krokami choć nie bez lez szliśmy do przodu..umarło cos we mnie ale ustalilismy nowe zasady i widziałam że sie starał.dostawał sygnały na telefon i puste sms.wiedziałam ze to ona, nie reagaował, był spokojny...ja sie denerwaowałam ale odbierałam to jako jej akty desperacji...do dzisiaj.musiał wyjsc wieczoram, faktycznie miał sprawe ważna.miał byc w domu o 22. wrócicł 23.10, pijany od niej.wiem sprawdziłam.a ona pracuje do 23.i to koniec tego tasiemca.po co napisałam bo mi ulżyło bo komu mam powiedzieć jaka jestem kretynka.może ktoś to przeczyta i bedzie mu leżej. nie bede z nia walczyc bo przegrałam ale tak naprawde to pregrał on nasza rodzine , mnie i córeczke.zakochać mozna sie zawsze i o to nie można miec pretensji ale w życiu trzeba postępowac tak zeby rano moc spojrzec sobie w twarz.ja mimo ze upodlona i upokorzona jestem do granic ludzkich chyba możliwości patrzec sobie w oczy moge a oni...coż nie zbuduje sie szcześliwego związku na kłamstwie i kurestwie. on juz wybrał a ja mam córke i ze wszystkich sil nie pozwole zeby jej swiat tak wygladal. boli jak cholera ale nie uwierze juz nawet w jego dzien dobry...chyba przyciagam takich mężczyzn ale dosc..to koniec
Podobne tematy
Hmmm - jedyne czego Ci zazdroszczę to to, że się przyznał. Mój do tej pory twierdzi, że nie ma i nie było żadnego romansu. Cholernie to wszystko przykre!
Z dzieckiem na pewno jest ciężej niż bez, jednak ostatecznie ja widzę tylko jedno rozwiązanie tej sytuacji: rozwód. Oszukiwał, dałaś szansę i niestety nie pomogło ![]()