Nie da się być szczerym aż do bólu. Rozumiem to i sama nie jestem - czasami można urazić tym drugą osobę. Niekiedy pojawiają się myśli z których również nie trzeba się spowiadać. Ale co myślicie o istotnych kłamstwach w związku? Przeglądając forum, czytając psychologiczne poradniki, trafiam ciągle na koszmarne przypadki, gdzie ludzie kłamią, zdradzają a później wracają do siebie i od nowa dzieje się to samo. Dlaczego kobieta, która została zdradzona lub oszukana w inny sposób ostatecznie chce wybaczać? Bo kocha? A kochając też sama robi takie rzeczy? Bo moim zdaniem, i pewnie nie tylko moim ale większości zdrowych ludzi, tak się nie objawia miłość do drugiej osoby.
Moja historia jest hm..ironiczna. Poznałam kiedyś chłopaka na czacie. Wiem, nie był to dobry pomysł żeby tam wchodzić. Ale trudno, stało się. Byłam po ciężkim rozstaniu, nie chciałam wpakować się w coś co z góry czułam, że skończy się katastrofą. Chłopak mimo że miał inteligencję, pochodził z patologicznej rodziny. Sam był strasznie zaniedbanym człowiekiem, rozgardiasz życiowy, ale przez to wydawał mi się właśnie tak dziwnie szczery i prawdziwy. Mówił o wszystkim prosto z mostu w sposób naturalny. Nie weszłam w to jednak, gdyż wyczułam jego zagubienie i niedojrzałość emocjonalną. Wydał mi się strasznym szczeniakiem i kobieciarzem. Mimo, że był moją bratnią duszą i czułam się z nim tak jakby cały kosmos dążył do tego spotkania i zjednoczenia. Kiedy jednak szybko się wycofałam, on poczuł się strasznie urażony, wyżywał się na mnie, nie lubił mnie a ja tak bardzo cierpiałam w poczuciu winy, że nie mam już odwagi ładować się w coś co jest wielkie i piękne ale jasno widzę, że skończy się bardzo tragicznie. Mieszkaliśmy w różnych miastach. Niedługo po tym on zszedł się ze swoją patologiczną byłą dziewczyną a później miał problemy sądowe, które zakończyły się katastrofą. To jego rodzina tak go urządziła, był w tym wszystkim jakby kozłem ofiarnym (dom dziecka wcześniej, alkoholicy) Nie chcę zdradzać szczegółów, nikomu to nie jest potrzebne.
Ja znalazłam sobie chłopaka, który był normalny, kochający, dbający. Z kimś takim chciałam ułożyć sobie życie. Jednak weszłam w to przekonując samą siebie, wymuszając na sobie zmianę myślenia tak by już w życiu nie popełniać błędów. Ale nie układało się dobrze, gdyż mieliśmy kompletnie różne temperamenty. Obydwoje byliśmy sfrustrowani. On starał się to przeskoczyć, ja widząc jego determinację również ale to nie miało szans przetrwać całe życie. Brakowało mi bratniej duszy, czasami myślałam o tym chłopaku, którego spotkałam wcześniej. Zdarzało się, że tęskniłam za rozmową z nim ale wiedziałam, że dobrze zrobiłam, i uchroniłam się od złego. Po roku czasu i nieobecności w internecie odezwał się ponownie. Tak po koleżeńsku. Wiedziałam, że nic dobrego to nie wróży. Próbowałam się odciąć ale to było silniejsze. Mój chłopak wiedział, że czasami rozmawiam z tamtym człowiekiem. Ja jednak nie dawałam mi powodów do niepokoju. Po kilku miesiącach sama jednak byłam strasznie sfrustrowana, że nie potrafię czuć się tak dobrze przy własnym chłopaku jak przy tamtym, którego poznałam wcześniej. Mój związek się rozpadł. Związek tego pierwszego z patologiczną dziewczyną również, nawet wcześniej. Ja się najpierw odizolowałam zupełnie od wszystkich. On natomiast wpadł w wir romansów, szaleństw. Kiedy wróciłam do świata żywych opowiadał mi o swoich podbojach. Wiedziałam, że koloryzuje. Traktował mnie jak koleżankę ale mimo wszystko ja czułam się podrywana w sensie bardzo dużej więzi emocjonalnej i żartów. W końcu narastało we mnie to uczucie, nie mogłam sobie z nim poradzić. On przespał się z jedną, po tym jak druga zaczęła się z nim bawić w kotka i myszkę. Miał straszny uraz do kobiet, trzymał je mimo wszystko emocjonalnie na dystans. Znajomy poradził mi, że nigdy się nie uwolnię jeśli nie dam temu szansy. Mnie odstręczały te jego romanse, nie chciałam się w to ładować. Ale gdy się spotkaliśmy, przyjechał do mnie w odwiedziny, doszło samoistnie do tego co miało się stać rok wcześniej. I on cały czas mówił, że ucina w takim razie romanse. Weszliśmy w związek. Wiele pracy i wiary wymagało to ode mnie. Po jakimś czasie przeprowadziłam się do jego miasta (i tak chciałam zmian więc dobrze się złożyło, akurat tego nie żałuję). Mimo mojej ogromnej miłości, on potrafił dać mi w kość swoją niedojrzałością emocjonalną, rozprawiając od samego początku i o tych dziewczynach i o tym jak wiele znosił zdrad i kłamstw od byłej. Myślałam, że to w końcu się skończy. Jednak odcisnęło swoje piętno na mnie. Też nie jestem niezwykle normalna i zdrowa, mam swoje wady, słabości. Nie chciałam by miał jakikolwiek kontakt z patologią z przeszłości, zarówno domem, z którego sam chciał się wyprowadzić, jak i tymi dziewczynami. W tej ostatniej kwestii mimo moich starań nie potrafiłam być na tyle silna by cokolwiek znosić. Miał uciąć kontakty i tyle, mieliśmy zacząć nowe życie. Po pół roku okazało się, że potrafi kłamać i zatajać pewne sprawy związane z byłymi romansami. Był to dla mnie cios niesamowity, jakby cała moja nadzieja na normalny związek z nim właśnie runęła. Wcześniej wierzyłam w to co mówi. Po tym, przestałam ufać. Popadałam w depresję i paranoje. Mimo wszystko sprawa tak jak ją przedstawił nie była na tyle trudna by się z tego powodu rozstawać. Poza tym, docieraliśmy się i dogadywaliśmy bardzo dobrze. Sytuacja życiowa postawiła przed nami wybór, trzeba było zmienić mieszkanie i stąd zrodziła się opcja zamieszkania razem. Bałam się z uwagi na dość szybką decyzję ale nie chciałam się cofać. Byliśmy coraz bliżej. Poszukaliśmy mieszkania. Czułam jednak napięcie w powietrzu. Tak jakby intuicja podpowiadała, że coś jest nie tak. Pewnego razu przez przypadek pomylił telefony zabierając mój do pracy. Czułam, że to jest moment kiedy mogę się czegoś dowiedzieć. Okazało się, że z tą dziewczyną z która się przespał (nawiasem mówiąc mężatka z dzieckiem) wypisywał dwuznaczne amoralne smsy jeszcze na początku jak byliśmy razem. Druga (cięła się i miała swoje jazdy) ciągle namawiała go na spotkanie. A z koleżanką pod nie ważne jakim pseudonimem z która się niby kumplował mimo że byłam przeciwna (dzwoniła do niego 5 razy dziennie mając chłopaka) zdarzało mu się mnie obgadywać, nawet w intymnych sprawach. Myślałam, że tego nie przeżyję. Jak można się pomylić tak co do drugiej osoby? Gdy wmawia ci co innego, udając osobę dojrzałą, a w rzeczywistości zachowuje się jak szczeniak, piętnastolatek?! Jak można tak umiejętnie kłamać w żywe oczy? Chciałam odejść. Był kryzys między nami niesamowity. Mnie już też zaczęło odbijać, miałam ataki złości, agresji, napady płaczu. Dopiero co zamieszkaliśmy, a tu takie rzeczy się dowiaduję. Że jestem z kimś innym niż mi się prezentował. On zrobił tak bym została. Postarał się bardzo bym dała mu drugą szansę. Powiedziałam, że teraz musi mi już powiedzieć całą prawdę. Zarzekał się, że powiedział. Jednak dręczyło mnie przez jakiś czas to że było tyle zbieżności pomiędzy tą jego koleżanką z pseudonimem a byłą dziewczyną. Tak jakby to była jedna i ta sama osoba. On jednak od początku mówił jak nienawidzi byłej, i że piekło zamarznie jeśli on się do niej kiedykolwiek odezwie. Szedł w zaparte, sfingował dowód, że to dwa podobne acz różne numery telefonów i dwie różne osoby. Chciałam wierzyć, wiec uwierzyłam. A po cichu nadal jednak szukałam dowodu, że kłamie. Zresztą wiedział, że mu nie ufam. Nie mogłam znieść myśli, że żyję z tak zakłamanym człowiekiem. Nie jestem w stanie opisać szczegółów tych sytuacji ale okłamywał mnie raz za razem by przykryć wcześniejsze kłamstwo. Napadał na mnie mówiąc że teraz jest szczery a ja nadal mam problem, że właśnie dlatego nie warto być szczerym! W końcu przypadkiem odkryłam rozmowę z gadu gadu sprzed kilku miesięcy jak szukaliśmy razem mieszkania. Pseudonim tej jego koleżanki okazał się być pseudonimem dla byłej dziewczyny. Poznałam ją po zdjęciu. Zaczął się lament, płacz, szantaż emocjonalny. A ja zamarłam jak bryła lodu. Po najgorszej nocy w moim życiu, wyprowadziłam się następnego dnia. Twierdzi nadal, że nie doszło do zdrady. To co robił zwalał na karb jego sentymentów i empatii. Ha! A ile miał jej dla kogoś kto go kochał, nie zdradzał nigdy, nie okłamywał, pomógł w życiu jak tylko mógł i chciał spędzić z nim całe życie? Ile miał jej dla mnie? Nie mogłam na niego patrzeć. Znienawidziłam go. Wszystko wydało mi się jednym wielkim oszustwem od samego początku. Teraz widzę ile szkód wyrządził mi ten związek. Miałam potencjał, teraz czuję że długo nie będę potrafiła zaufać, dojść do siebie zanim poczuję się tak zdrowa jak przed nim. Owszem, zawsze miałam problem z zazdrością i zaufaniem ale jeśli ktoś naprawdę jest wobec mnie fair i daje z siebie wszystko, ja to widzę i wtedy sama śmieje się ze swoich obaw. A teraz.. co dalej? Próbuję zrozumieć siebie. Szukam, czytam.. a on jak siedział kiedyś tak wrócił i teraz do czatu. Żałosne.