Cześć!
Byłem bardzo sceptyczny czy poszukać porady w internecie, ale może Wy wpadniecie na jakiś pomysł.
Historia w skrócie jak większość: jedna osoba chce czegoś, więcej, później już nie, później druga osoba czegoś chce i tutaj należałoby to zapętlić.
A teraz już w szczegółach, dość długich. Wybaczcie za słowotok, chcę nakreślić sytuację jak najbardziej szczegółowo.
Poznaliśmy się z panią X 2 lata temu. Moment poznania jak my to nazywamy był idealnym przykładem 'dobrego miejsca, dobrego czasu'. Co do sekund.
A już dodając, że kilkadziesiąt minut przed tym jak ją poznałem dowiedziałem się, że wakacje spędzę w naszym rodzinnym mieście, a nie jak planowałem na innym kontynencie z zupełne inną (na szczęście niedoszłą) dziewczyną to już w ogóle. Z poznaną panią X nadawaliśmy na tych samych falach, kontakt był codzienny. Ona była wtedy wolna, ja niczego nie szukałem bo siedziała mi w głowie moja niedoszła kobieta. Raz czy dwa były aluzje od X że nasza znajomość mogłaby potoczyć się po innych torach. Na samym początku. Ale ja nie chciałem niczego więcej na ten czas. Powodów było kilka, największym był fakt, że zaczynałem studia na drugim końcu Polski, a w związki na odległość nie wierzę i wiedziałem, że to nie ma prawa bytu, podobne zdanie o takich związkach miała X. No to ciągnęliśmy znajomość, doświadczenie mi mówiło, że stąpamy po kruchym lodzie z tą całą przyszłą przyjaźnią damsko-męską. Przez dwa tygodnie się nie widzieliśmy i cholera zacząłem do niej tęsknić. Nie pamiętam żeby w życiu mi brakowało po tak krótkim czasie czyjegoś widoku, obecności, uśmiechu. Czy na tamten czas się zauroczyłem? Pewnie tak. Na pewno się nie zakochałem, bo dla mnie jest dość duża przepaść między tymi słowami. Ale o tym później. Jako, że nasza znajomość była dość krótka, nie było nic do stracenia, więc po moim powrocie stwierdziłem, że jej powiem, że chciałbym zaryzykować mimo wszystko, ale ona już nie chciała. No cóż, powiedzmy, że zniosłem to dość dobrze. Nasze stosunki się trochę ochłodziły, głównie ja chciałem nabrać do tego dystansu. Ale kontakt był, z każdym tygodniem większy i tak w sumie ja się ze wszystkim pogodziłem, staram się patrzeć realistycznie na świat i nie przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu.
Zaczęły się studia, tym razem ona zaczęła tęsknić. Czy mi jej brakowało? Oczywiście, ale nie miałem nawet czasu ani chęci nad tym rozmyślać. Nie było możliwości się spotkać, chociaż na telefonach siedzieliśmy dość często. Nomen omen czułem się jak w jakimś pokręconym pseudo związku na odległość patrząc na czas, który sobie poświęcaliśmy codziennie mimo miliona innych obowiązków. Od tamtego momentu do dnia dzisiejszego skracając opowieść: były momenty gdy z nas dwojga ona była z kimś w związku. Czy byłem zazdrosny? Pewnie byłem, ale nie było to nic szaleńczego, że chciałem umrzeć. Sam nie wiem czy to była zazdrość o przyjaciółkę czy potencjalną kandydatkę na dziewczynę. Były momenty gdy ja byłem w związku, a ona nie. Ale przez większość czasu albo byliśmy oboje wolni albo po prostu z kimś się spotykaliśmy na początkowych etapach znajomości wspólnie sobie dopingując. Spotykaliśmy się raz na miesiąc, dwa. Albo ona przyjeżdżała do mnie, albo ja do niej. Ot takie zwykłe(niezwykłe?) spotkania po 12 albo i więcej godzin. Czasami kilka dni... aby nadrobić zaległości. Niektóre po alkoholu, czasami aż tak, że pewne momenty potrafiły się urwać, ale do niczego intymnego nie zaszło - X mimo tego, że nie jest osobą wierzącą, ma pogląd na seks "tylko po długim czasie związku albo w ogóle". I tak to trwa do dzisiaj. Zauważyłem, że mamy takie okresy wahania w znajomości: czasami jest to rozmowa raz na kilka dni, a czasami znowu dziwny twór typu "związek na odległość czyli rozmawiamy kilka godzin dziennie prze telefon" Wszystko jest po staremu z jednym wyjątkiem: będziemy w jednym mieście przez najbliższy rok albo i dłużej. I ja coraz częściej łapię się na tym, że myślę o niej częściej niż zwykle. Jest moją bratnią duszą, wiec to oczywiste, że zajmuje ważne miejsce w moim życiu. Ale czasami mam wrażenie, że mimo tego, że nie mam problemów z pójściem na randkę z jakąś dziewczyną, to X jest moim pierwszym wyborem i na pewno mnie to blokuje aby się zaangażować w związek z inną kobietą. Kilka razy słyszałem od kobiet, z którymi byłem w związku słowo "kocham cię". Ja nigdy nie potrafiłem odpowiedzieć, ani przed poznaniem pani X, ani po tego słowa. Mam jakąś cholerną blokadę, ani razu nie czułem że to jest "to", przynajmniej jeszcze nie,więc nie chciałem okłamywać byłych kobiet. I wiecie co? I ostatnio sobie uświadomiłem, że gdybym miał komukolwiek powiedzieć, że kogoś kocham to byłaby to X. Bo to ona jest dla mnie najważniejszą osobą w moim życiu czy tego chcę czy nie, to jej pierwszej chce o czymś co się u mnie wydarzyło i przeżyłem z nią więcej niż ze wszystkimi ex razem. Co mnie blokuje? To, że jej stosunek do mnie nie uległ zmianie tak nagle jak mój do niej. Ja się po prostu okłamywałem od jakiegoś czasu. Zapewne skończy się na poważnej rozmowie, ale ja jej tak naprawdę nie chcę odbyć, bo znam jej rezultat. Nikogo nie powinno się stawiać pod ścianą w takiej sytuacji. Wiem, że jestem dla niej ważny, ale nie potrafię powiedzieć w jakim stopniu. A z drugiej strony zawsze grałem z kobietami w otwarte karty, więc nie mam pojęcia jak dać jej subtelnie do zrozumienia, że chcę czegoś więcej. Uprzedzając pytania: tak, podoba mi się jako kobieta. Ale na początku znajomości nie było żadnej szalonej chemii, a po dwóch latach raczej nagle się nie pojawi. Na pewno pociąga mnie i psychicznie i fizycznie, bo jest atrakcyjną kobietą. Czy ma wady, które jakoś podświadomie zniechęcałyby mnie do związku z nią? Każdy ma wady, to jest oczywiste. Ale ja chcę ją taką jaką jest z całym asortymentem zalet i wad, które znam na wskroś.
Jakieś przemyślenia/porady? ![]()