Witajcie,
jestem mężatką od 10 lat, mam dwóch cudownych synów (10 i 6 lat). Po tych 10 latach razem mój mąż zaproponował mi separację, żeby sprawdzić, czy nie umiemy bez siebie żyć. Wyrządziliśmy sobie nawzajem dużo złego, ale zawsze go kochałam. Wczoraj się dowiedziałam, że się nie umiemy dogadać i on widzi takie wyjście z sytuacji.
Jakoś ani się zająknął o swoich synach, bo On nie daje rady, On nie ma siły, On mi nie ufa. ON.
Ma rację, że mi nie ufa, bo po 7 latach życia z pijącym i samouwielbiającym się facetem poddałam się i... (jak w kiepskiej telenoweli) obok pojawił się ktoś, kto potrafił mówić i patrzeć na mnie tak, jakbym była królewną. Flirtowałam z nim, nie przespaliśmy się ze sobą, bo zabrakło mi odwagi. Mąż się o wszystkim dowiedział i... się zaczęło. Najpierw picie i awantury całymi nocami, potem dostałam w twarz i słuchałam: "Ja na to nie zasłużyłem", JA. A gdzie byłam ja przez te 7 lat? Płakałam w kącie, gdy mój mąż pił i było mu dobrze, że zakompleksiona żona wypłakiwała się w poduszkę.
Dziś jesteśmy po trzech latach próbowania, czy nam się uda. Wiele rzeczy się poprawiło, ale...co z tego. Dowiedziałam się, że on popija częściej, bo ja jestem zła i przestałam się starać.
Może faktycznie separacja jest wyjściem z sytuacji, bo ja dłużej nie dam sobie wmawiać, że się nie staram.
I teraz to, co najbardziej boli. Ani słowa o tym, że dzieci będą cierpiały, bo go kochają. NIC.
Mam żal do siebie, bo chciałam, żeby dzieci miały fajniejsze dzieciństwo niż ja (mój ojciec też pił, zdradzał mamę, byli w separacji i wrócili do siebie po paru latach).Nie udało mi się ich uchronić przed cierpieniem.
kocham Go, chcę z Nim być, ale... nie zrezygnuję z siebie. Dzieci i ja mamy być najważniejsi, nie piwo i wóda.