Nemezys napisał/a:Sundari ja wprawdzie w kole naukowym byłam tylko rok, nie udzielałam się zbytnio. Ale jeśli chodzi o naukę, to orłem nie byłam, ale robiłam co trzeba było. Czyli uczyłam się na egzaminy, oddawałam prace w terminie i przykładałam się do tego co robię.
Ty jako ambitna studentka, członkini koła naukowego skończyłaś szkołę tak samo jak Twoi koledzy z roku, którzy być może nie znali nawet połowy wykładowców i obronili się w II terminie... i o tym właśnie wątek...
No, tak. Też mi o to chodziło. Tylko zwróciłam uwagę na to, że studenci, którzy są członkami Koła są naprawdę wartościowi, to są ci "prawdziwi mgr". Przykładanie się do pracy też jest tego oznaką, jednak Koło pozwala naprawdę rozwinąć skrzydła, poszerza horyzonty, pozwala poznać to czego się uczymy w praktyce (tak było u mnie).
Popatrzcie co znalazłam przeglądając net:
"[...]Tak było w przypadku Roberta, absolwenta studiów dziennych na wydziale Automatyki i Robotyki Politechniki Poznańskiej. Pomimo bardzo dobrych wyników w nauce, potwierdzonych wysoką średnią ze wszystkich lat studiów oraz bardzo wysoko ocenioną pracą dyplomową, Robert miał poważne trudności ze znalezieniem pracy. Na niewiele zdały się dwa miesiące praktyk przebytych jeszcze na studiach i trzymiesięczny staż w zakładzie produkcyjnym międzynarodowej korporacji. Po przebrnięciu przez cztery etapy procesu rekrutacyjnego w jednej z firm usłyszał, że posiadane przez niego doświadczenie jest zbyt małe. "Zdobyłem go tyle, na ile dałem radę pracować w trakcie studiów. Niestety nie pracowałem na pełen etat pojawiając się na uczelni tylko na egzaminy, aby z trudem je zaliczyć - i to prawdopodobnie był mój błąd" mówi Robert."
Przykre
I okazuje się, że Ci "słabsi", uczący się wedle zasady 3Z, będący na uczelni tylko na egzaminach i ćwiczeniach, zdający egzaminy na pytaniach "z zeszłego roku" są lepiej odbierani przez pracodawcę. Wychodzi, że liczy się papierek bez pokrycia oraz doświadczenie zawodowe. Bez sensu to wszystko. Po co w takim razie te studia?
Rozumiem to "właściwe" podejście. W idealnym świecie pewnie też chciałabym ogarniać wszystko: studia dzienne, pracę w zawodzie w pełnym wymiarze godzin, uczestnictwo w KN etc., by wyjść z uczelni z papierkami inż. i mgr oraz w pełni przygotowana do pracy zarobkowej i rozwijania zawrotnej kariery. Ale kiedy spać, poszukiwać mieszkania, wyjść za mąż, urodzić dzieci, zająć się rodziną, posprzątać, wyspać się? Słyszałam historię chłopaka, który na studiach odbył praktykę w GPW w Warszawie. Wymyślił jakiś program i Giełda pilnowała go aż do ukończenia przez niego studiów. Po ukończeniu studiów dostał od razu angaż. Powiedzmy sobie jednak, że takich ludzi jest garstka. A reszta musi jakoś sobie radzić i mogą być również produktywni - może nie wybitni, ale produktywni. Na wolnym rynku oczywiście każda kariera powinna wyglądać, jak kariera tego chłopaka, ale niestety nasze pokolenie nie ma doradców, nasi rodzice są pokoleniem PRL'u - dla nich ważny był konkretny fach w ręku, w jednej firmie pracowali po 30 lat, nasi nauczyciele nie potrafią doradzać, prowadzić. W szkołach nie ma doradztwa zawodowego. Nie odbywają się żadne testy predyspozycji zawodowych w konsekwencji ze szkół średnich wychodzą ludzie, którzy nie wiedzą nawet w czym mogliby być dobrzy.
Ludzie mylą studia ze szkołami zawodowymi. Nie biorą przy tym pod uwagę, że uczelnie kształcą w teorii, a mniej w praktyce. Takie czasy. I jeszcze te słowa krytyki odnoszące się do doktorantów, którzy to "pchają się na uczelnię". Niby co mamy robić? W końcu jesteśmy wykształceni do badań naukowych - prace inż., mgr są przecież pracami naukowymi, z którymi większość sobie nie radzi samodzielnie i ci ludzie powinni pomyśleć o technikach, zawodówkach. Natomiast Ci którzy radzą sobie z pracą naukową nie powinni być dyskryminowani i nie powinni wysłuchać jacy to są przebiegli i "boją się prawdziwej pracy". Jest więcej studentów więc logiczne, że i doktorantów przybywa. Nie rozumiem tego co się dzieje. Logiczne, że każdy młody człowiek, który nie wie co ma dalej robić ze sobą idzie tam gdzie reszta, a więc na studia - mimo, że nie ma zupełnie predyspozycji do tego.
Przepraszam, że dodałam element doktoratu, ale w pewien sposób też to się łączy z tematem wątku. Mój tok myślenia odnosi się raczej do kierunków technicznych, bo z humanistami mam niewielki kontakt. Choć np. menedżerami też nie powinna być przynajmniej połowa ludzi z którymi miałam kontakt - nie nadają się do tego, ale studia menedżerskie są w cenie i jest na nie popyt.