Witam wszystkich na Netkobiety,
Chciałabym zasięgnąć Waszej porady, uzyskać jakąś pomoc z Waszej strony.
Mój problem, z którym nie mogę sobie poradzić jest określony w jednym krótkim, ale za to jak bolesnym zdaniu w temacie.
Moja historia pewnie jest podobna do wielu innych dodanych tutaj na forum, jednak myślę, że dla każdego jest to osobista tragedia i potrzebuje rad bezpośrednio skierowanych do siebie.
Miałam poukładane życie, wspaniałego faceta obok siebie, wszystko było idealnie, prawie jak w filmie, to on o mnie zabiegał, starał się, widział we mnie cały swój świat. W pewnym stopniu był to związek na odległość, bo studiowaliśmy w różnych miastach, ale to nam nie przeszkadzało, bo każdy wolniejszy weekend, święta, wakacje spędzaliśmy razem, razem kładliśmy się spać i razem się budziliśmy. Trwało to 4 lata, był to związek, który ogromnie wszystkich zaangażował, mam tutaj na myśli rodzinę. Nasi rodzice się znali, przebywaliśmy często na wspólnych kolacjach, imprezach - jak prawdziwa rodzina, był traktowany przez moich rodziców jako syn i na odwrót. Po 4 latach zaczęło się coś psuć, posprzeczaliśmy się o byle głupotę (nawet nie pamiętam o co), nie odzywaliśmy się parę dni ani słowem, aż nie wytrzymałam i to ja wyciągnęłam rękę, wtedy on oznajmił mi, że ma dość tych kłótni, ciągłych pretensji, żali itp (szok)... zażądał "separacji" aż do wakacji, nie zgodziłam się na to, dzwoniłam, żeby wyjaśnić ale nie chciał mnie słuchać, unikał mnie jak mówiłam, że przyjadę porozmawiać.. i w końcu w święta zadzwonił do mnie i ze mną zerwał. Tak, przez telefon, po 4 latach związku. To co się ze mną dzieje od tamtego czasu to jest tragedia, jestem na tabletkach uspokajających, nie mogę sobie poradzić z niczym, z funkcjonowaniem w dalszym życiu, wszystko mi go przypomina, wszytko miałam poukładane pod niego, nawet kierunek studiów... Nie rozumiem jak człowiek po takim zaangażowaniu po 4 latach zrywa przez telefon i przez ten czas nie odezwie się ani słowem, nie zainteresuje się tym w jakim jestem stanie... Czy można w ciągu paru dni aż tak kogoś znienawidzić ? Jest to bardzo trudne dla mnie, dla moich bliskich, wiem, że dla jego rodziców i najbliższej rodziny też to jest szok i są za mną... Zaczynam podejrzewać, że może kogoś poznał, jednak zaprzeczył mi i swoim rodzicom. Może byłam naiwna i mnie oszukiwał od paru miesięcy i tylko czekał na pretekst do kłótni i rozstania. Czasami mam ogromny żal do niego o to co zrobił, przypominają mi się te gorsze chwile, ale przeważają wspomnienia nad tym co było dobre, nie umiem sobie z tym poradzić. Myślę, że będę musiała skorzystać z pomocy psychologa, nie wiem kiedy minie mi ta rozpacz, żal i ból. Jestem dość młodą osobą bo mam zaledwie 21 lat ( on 3 lata starszy ), jednak w każdym wieku można przeżyć tragedię. Boli mnie to, że pozostał ze mnie wrak człowieka, a on zapewne normalnie funkcjonuje, cieszy się życiem. Poradzicie mi co mam robić dalej? Jak żyć? Jak pozbierać się po takim upokorzeniu, upadku? Dodam, że pomysł by pojechać i porozmawiać odpada, nie będzie chciał. Postanowiłam, że na weekend majowy pojadę, porozmawiam, będę stanowcza by mnie nie zbył, powiem mu co mi wyrządził, ale z drugiej strony boję się, że będę po tej rozmowie w jeszcze gorszym stanie.
Dziękuję bardzo za wszystkie odpowiedzi, pomoc, mam nadzieje że ktoś zechce mnie "wysłuchać" i pomóc.