Cześć,
znalazłam to forum i postanowiłam napisać, bo mam dziś wyjątkowo parszywy nastrój i w dodatku cały czas leci na łeb na szyję.
Powód chyba dość popularny na tym forum - nie mogę pogodzić się z decyzją mojego męża dotyczącą rozwodu. Jesteśmy małżeństwem 10,5 roku. 2 lata temu mąż po jednej z kłótni wyprowadził się z domu. Zamieszkał z rodzicami - tuż obok nas. Od tego czasu do teraz wiele rzeczy działo się jednak "po staremu", zwłaszcza zajmowanie się wspólnym dzieckiem, życie towarzyskie (do pewnego stopnia), wspólny budżet domowy, itp. Wiele znajomych i osób z rodziny w ogóle nie wiedziało, co jest grane.
Przez te 2 lata dążyłam do tego, aby mąż wrócił. Z perspektywy czasu myślę jednak, że dążyłam "za bardzo" (zwłaszcza w niektórych sytuacjach prosiłam się jak pies o życzliwe spojrzenie i wyrozumiałość). Bez skutku. Mój mąż wykorzystywał to do grania raz dobrego ("oboje zawiniliśmy) a raz złego policjanta ("to przez ciebie odszedłem, byłaś taka okropna dla mnie). W każdym razie mimo że za każdym razem, kiedy czułam się z tym podle i obiecywałam sobie, że już więcej nie będę się dawać tak poniżać, w przypływie tęsknoty i jego "okienka" dobrego humoru, zaczynałam od nowa.
Teraz, po 2 latach bycia "pod opieką" mamusi, odżył, wzmocnił się i rozpoczyna swoją krucjatę, której celem jest uzyskanie rozwodu.
Dzisiaj przesłał mi swój cały misternie poukładany plan podziału opieki nad dzieckiem, podziału majątku, itp.
W dodatku poinformował mnie, że zacznie mówić o naszej sytuacji wszystkim dookoła. Już zaczął, wykorzustując świeta do tego, aby przy okazji życzeń poinformować nawet moją dalszą rodzinę o tym, jak jest "naprawdę". NIe uprzedził ani nie dał szansy, abym w swoim kregu załatwiła tę sprawę po swojemu. Została mu jeszcze pani w szkole naszego dziecka i pozostali, którzy jeszcze nie wiedzą. Jest przy tym tak zdeterminowany i nakręcony, że opowiedziałby o tym każdemu, kto potencjalnie wydałby mu się interesującym "słuchaczem". Co i jak opowiada nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.
W każdym razie załamałam się. Przeszywa mnie niesamowite poczucie smutku i samotności. Do tego okropny wstyd. NIe rozumiem dlaczego, ale ten wstyd jest czymś tak dojmującym, paraliżującym i stygmatyzującym, że ciężko mi się z tego pozbierać.
Zanegowałam też przez to siebie - jako kobietę, matkę, pracownika, koleżankę itp. Czuję, że z każdą godziną podniesienie się z kanapy lub wykonanie jakielkolwiek czynności staje się coraz mniej możliwe. Nie mam siły zajmować się synem (9 l), choć wiem, że mój mąż chętnie wykorzysta to w sądzie.
Boję się. boję się przyszłości, boję się desperacji, braku pieniędzy, zamknięcia się w domu.
Nie mam pomysłu, co dalej. Nie mam siły, żeby zawalczyć o siebie i dziecko.
Nie umiem, nie potrafię, nie chcę. Kurdę, jest tak okropnie bez sensu dookoła..