W sierpniu ślub. Tak myślałam cały czas od jakieś ponad pół roku, odkąd się zaręczyliśmy. Dzisiaj i od kilku tygodni wcale nie jestem już tego taka pewna. Jak to bywa w romansidłach pojawił się ktoś trzeci. Nie, nie spadł jak grom z jasnego nieba i nie było to uczucie od pierwszego wejrzenia. Znamy się od blisko 3 lat. Na początku nie za bardzo zwracaliśmy na siebie uwagę, później jakoś tak całkiem przypadkiem złapaliśmy kontakt, a to wracaliśmy razem po zajęciach (studiujemy razem), a to wspólny obiad razem ze znajomymi, jakaś impreza, domówka, nasiadówka... Co raz lepiej się poznawaliśmy, zauważyłam że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Zaprzyjaźniliśmy się. Naprawdę byłam wtedy przekonana, że to przyjaźń. Oczywiście widziałam, że to jest bardzo atrakcyjny facet, ale jakoś wtedy to nie robiło na mnie wrażenia. Byłam szczęśliwa z moim chłopakiem, teraz już narzeczonym. Od jakiegoś czasu zaczęłam się spotykać z "tym drugim". Po prostu pewnego dnia spytał, czy może dzisiaj wpaść z winem. Ponieważ był to czas kiedy mój związek (na odległość) z powodu zaręczyn przeżywał prawdziwy rozkwit i byłam zupełnie spokojna o jego przyszłość, odpowiedziałam że nie ma problemu. Rzeczywiście spotkaliśmy się, było naprawdę świetnie, przegadaliśmy całą noc w relacjach zupełnie koleżeńskich. Co jakiś czas spotykaliśmy się na takie przegadane noce. Z czasem zaczęliśmy się przytulać, całować. Nigdy nie przypuszczałam, że facet może być tak czuły i delikatny jak on. Z czasem zaczęłam o nim co raz więcej myśleć, zaczęło mi zależeć żeby mu się podobać. Z czasem spotykając się z narzeczonym myślałam o tamtym, kochając się z narzeczonym myślałam o tamtym. Mimo wszystko wmawiałam sobie- sama teraz nie pamiętam dlaczego- że to nic wielkiego, przecież ja się nie zakochuję tak bez pamięci. W sumie ukrywanie uczuć przed samą sobą szło mi całkiem nieźle, zwłaszcza że on nie sprawiał wrażenia że odwzajemnia tego co ja czuję- poza spotkaniami, "oficjalnie" pozostawaliśmy na stopie koleżeńsko-przyjacielskiej. Tuż po Sylwestrze jednak stało się tak, że porozmawialiśmy o tym co jest między nami. Powiedział, że od początku mu się spodobałam, a to że "jakoś złapaliśmy kontakt" to nie przypadek tak chciał, tylko on. Powiedział że się zakochał. Wtedy coś we mnie pękło, jak zapora na rzece. Poczułam jakby spełniało się moje marzenie. Okazało się to jednak krótkotrwałe szczęście bo dodał, że nie chce proponować mi związku bo mam zbyt dużo do stracenia (małżeństwo, dom, rodzina...), a boi się że nie będzie w stanie zapewnić mi tego samego. Dodał, że jest mu ciężko z tą decyzją, ale na dłuższą metę jest to jedyna słuszna.
Wiem, że narzeczonemu bardzo na mnie zależy, wiem że kocha mnie jak chyba jeszcze nigdy nikt, wiem że nie ma najmniejszych wątpliwości co do naszego ślubu. Po prostu to wiem, daje mi to do zrozumienia na każdym kroku. Oczywiście, że nasz związek nie jest perfekcyjny- takich przecież nie ma. Mamy problemy, wady, nie jesteśmy idealni. Tylko że do tej pory (czyli jakieś 4-5 lat) jakoś sobie z tym radziłam, starałam się widzieć dobre strony, myśleć "jakoś to będzie", ale zaczynam już nie mieć siły na to.
Przeraża mnie myśl, że wkrótce przestanę się widywać z "tym drugim" (nie chcę tu pisać dokładnie o powodach, ale tak się stanie jeśli wyjdę w sierpniu za mąż), ale wiem że zrywając zaręczyny zranię narzeczonego tak jak tylko najbardziej można na świecie.
Nie wiem w sumie czego oczekuję pisząc Wam o tym. Chyba niekoniecznie porady. Po prostu- co myślicie o tej sytuacji?