Jestem na świeżo po rozstaniu, czuję się jakby przejechał mnie czołg, ogromny i ciężki... ale zanim: Ważne: Proszę o szczere wypowiedzi, ale nie chcę abyście mnie oceniali, bo wiem jaka ta ocena będzie. Jeśli chcecie drwić z mojej głupoty - też nie o to mi chodzi - naprawdę jest mi ciężko, szukam po prostu pomocy a nie oceny... Z góry Wam dziękuję....
Mam 35 lat. Od 16 lat żyłam z jednym mężczyzną, moim mężem i ojcem mojego ukochanego syna. Od dawna już było "byle jak", żadnych pozytywnych emocji, sex raz na 4 miesiące, zupełnie różne zainteresowania i pasje. Oboje jesteśmy dobrze wykształceni, ale nie umieliśmy rozmawiać ze sobą. Jedynym łączącym nas ogniwem jest nasz nastoletni syn. Jednak nie małżeństwo jest tematem tego wątku...
W zeszłym roku zalogowałam się na portalu społecznościowym. Nudziałam się w domu, syn na wakacjach, raz, dwa, trzy i byłam "online".
Odezwał się do mnie pierwszy, poprosił o więcej zdjęć. Napisałam mu, że nie wystawiam się na "sprzedaż" ani "wynajem", więc nie będzie fotek z plaży o zachodzie słońca. Ale on podjął rękawice i tak się zaczeło....
Pisaliśmy ze sobą przez miesiąc. Wpadliśmy w jakiś trans, to znaczy mnie to wciągnęło a jego? Nie wiem, może miał już wprawę heh! Wysłaliśmy do siebie ok 30.000 wiadomości, każda z tych wiadomości to kilkanaście zdań. Wydawało mi się, że (uwaga, to zabrzmi strasznie infantylnie, wiem, ale napiszę) znalazłam swoją drugą połówkę (tak bardzo mnie zaćmiło heh)... Ten sam zawód, podobne przekonania polityczne, Ci sami ulubieni autorzy, te same cele w życiu, podobne straty... Zakochałam się w jego erudycji, inteligencji, bystrości umysłu. Od wielu lat tak się nie czułam. Zaczęłam patrzeć w lustro częściej - co się stanie jeśli się spotkamy? Czy mu się spodobam? Wtedy było mi wszystko jedno co się dalej stanie ale wiedziałam, że MUSZĘ go poznać! Dotknąć, sprawdzić, czy jest prawdziwy. Poczuć jego zapach. Pragnęłam go i nie poznawałam siebie at all!
Po miesiącu postanowiliśmy się spotkać. Odliczałam dni a potem godziny. Cudowny, mądry, doświadczony, piękny. A ja? Wydawało mi się, że będę przy nim sierotką marysią! Spędziłam dzień u kosmetyczki, kupiłam nowe ciuchy, buty...
Dochodziła godzina "ZERO" - ja piękna, młodsza duchem i ciałem, podążałam na spotkanie...
Nie rozczarowałam się. On też nie. Od tego dnia nie mogliśmy się rozstać. Jeśli mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić niebo - własnie w nim byłam. Nie wrazałam na noce do domu, nie oddzwaniałam do męża. Syn był całe wakacje poza domem a ja ze swoim kochankiem spędzaliśmy każdą wolną minutę razem. Kochankowi nie powiedziałam, ze mam męża. Do dziś nie wiem dlaczego tak postąpiłam. Ale wrócimy do tego później.
Brak miłości męża, rutyna i (nie będę ściemniać) brak sexu - to wszystko doprowadziło do podjęcia decyzji o wyprowadzce z domu. Zresztą tylko tak mogłam być z nim. Postanowiłam spróbować, tak bardzo chciałam być szczęśliwa, w końcu szcześliwa jako kobieta.
Zamieszkałam sama. Powiedziałam mężowi, że nie możemy być razem, że potrzebuję czasu i przez jakiś czas muszę być sama. Syn zostal z tatą. Przychodziłam do syna codziennie, zresztą tam jest też mój dom.
Mój ukochany był prawie codziennie, chodziliśmy na sport, gotowaliśmy, było nam razem naprawdę dobrze (tak mi się wydawało...). Zapomniałam napisać, że na początku znajomości powiedział mi, że niczego nie może mi obiecać, niczego przewidzieć. Żadnych deklaracji, ale zaakceptowałam to. Chciałam to budować a nie zabezpieczać się słowami. Jednak codzinnie myślałam, że on ze mnie po prostu zrezygnuje. I powie: przecież Ci móiłem, poznałem kogoś innego, nie byłaś tą "jedyną" itd... Bałam się tego bardzo, męczyło mnie to zwłaszcza że tak wiele poświęciłam, aby móc z nim być. Pomagałam mu w jego sprawach biznesowych jako tłumacz, organizator, koordynator, spowiednik, negocjator. Angażował mnie we wszystkie swoje sprawy, wszystko ze mną ustalał i radził się w kwestiach biznesowych. Byłam też tym zmęczona bardzo. Jednocześnie chciał abyśmy żyli tu i teraz, starałam się bardzo, ale czas płynął a ja kochałam go coraz bardziej mając coraz większe obawy. Wyłaziła ze mnie "baba" - zazdrosna i "sfochowana", chciałam aby się domyślał i czytal w moich myślach, ale tak nie było. Każda rozmowa o naszym związku była coraz mniej przyjemna, ale nadal wierzyłam w nas....
Potrzebowałam słów, wyznań (wstyd - ale jestem jednak typowa baba..:-((() był bardzo oszczędny w słowach, były czyny i poczucie, że nigdzie się nie wybiera, jest ze mną. Nasze spory dotyczyły głownie postrzegania naszej relacji. On jej nigdy nie nazwał - ja chciałam ją nazwać i nie umiałam. Na pytanie "kim jestem dla Ciebie" odpowiadał, że nie chce tego nazywać. Mówił że gdyby mnie nie znał - wyjechałby stąd. Walczyłam, starałam się dać mu jego przestrzeń i wolność, może nieudolnie ale bardzo się starałam. Mogę swoje oczekiwania zamknąć w jednym zdaniu: chciałam być kochana!!!! Tylko to! Podczas jednej trudnej rozmowy powiedziałam mu, że chciałabym to usłyszeć. Dwa słowa: Kocham Cię. Słuchał, głaskał mnie i przytulał mocno, ale nie powiedział.
Po pięknym i miłym tygodniu wypełnionym ciepłem i zrozumieniem, spóźnił się jak zwykle 4 godziny. Byłam wciekła, bo zrobiłam mu obiad i czekałam jak kołek! Gdy przyjechał, jakby nigdy nic - zajął się swoim telefonem. Podobno to było ważne. Po dwóch godzinach, gdy napięcie narosło - powiedział że go dziś wkurw....am i wyszedł. Trzasnął drzwiami. Położyłam się spać. wstałam w nocy i napisałam, że nie chcę go widzieć! Żeby dał mi spokój i nauczył się podstawowych zasad kultury! Gdy odpisał, odpowiedziałam: "jesteś głupi czy nie umiesz czytać?"... Jak go to rozwcieczyło.... Fuck You - napisał!
Wyjechał na tydzień, liczyłam ze wróci i porozmawiamy. Tyle nas łączyło - 8 miesięcy silnej relacji. Wrócił. Przyjechał i powiedział: "możemy się spotykać, ale szukam innej" Kazałam mu wyjść i oddać klucze. Oddał mi je i na koniec dodał: Po tym co zrobiłaś, przeleciałem inną.... uśmiechał się, bawiło go to bardzo.
Jeszcze raz, żebym przypadkiem nie zapomniała, napisał to w sms. Odszedł ode mnie....