netkobietyWszystkie działy
Miłość, związki, partnerstwo

Miłość a bezradność...

4 odpowiedzi1 948 wyświetleńzałożony przez misia315x, 10.02.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Miłość a bezradność...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 5 ]

1

Temat: Miłość a bezradność...

Witam wszystkich. Jestem tutaj po raz pierwszy. Mam pewien problem, z którym nie mogę sobie poradzić.

Mam 20 lat. Już od ponad 3 lat mam chłopaka. Jest w tym samym wieku, bardzo dobrze idzie mu na stdiach,jest poukładanym człowiekiem. Od zawsze Bardzo lubiłam się z nim spotykać, rozmawiać. Nasze tematy się nie kończyły, był dla mnie prawdziwym przyjacielem. Zaufałam mu wiele razy. Rozumieliśmy się.Czułam, że mu bardzo zależy, szanował mnie,nie przeklinał,nie miał żadnych nałogów.Wiem, że w tym wieku to pewnie żadna miłość, ale...zakochałam się w nim.Wśród znajomych uchodzilismy za idealną parę. To mój pierwszy chłopak. Mieliśmy nawet wspólne plany, marzenia...Miała to być taka miłość "na zawsze". Naturalnie, każde z nas posiada swoje wady. Akceptowałam zachowanie mojego chłopaka w niemal każdej sytuacji. Chyba byłam trochę zaślepiona... Nie zauważyłam, że tak naprawdę nie posiada on żadnych domowych obowiązków, wiedzie sobie beztroskie życie, sporo czasu spędza przed komputerem albo na boisku z kolegami. Nie przeszkadzało mi to...Myślałam: "przecież jest młody,wolno mu". Jednak niedawno poczułam,że chyba zbyt poważnie sobie to wszystko wzięliśmy. Od jakiegoś czasu zaczęły się sprzeczki, a nawet...ku mojemu zaskoczeniu...wybuchy złości i wściekłości mojego chłopaka. Potrafił się zdenerwować, zrobił nawet kilka nieprzyjemnych scen przy naszych znajomych. Był zazdrosny kiedy spotykałam się z koleżankami i nie odpisałam na smsa przez godzinę,a sam...rzadko kiedy wspominał mi gdzie jest,co robi etc. Nie chciałam wtrącać się w jego życie. Wybaczałam to wszystko, obiecywal,ze to się więcej nie powtórzy. Zaczął stawiać mi coraz większe wymagania, na które ja nie chciałam się godzić. Po ostatniej sprzeczce Powoli zaczęłam uzmysławiać sobie, że chyba nie jest chłopakiem dla mnie...Oboje pochodzimy ze wsi. Z tym, że jest między nami pewna różnica...On jest wychowany "po miejsku". Wie Siostra... wyjazdy na narty, nowe gry komputerowe, nowa komórka, komputer itp. Natomiast ja...cóż...moi rodzice prowadzą spore gospodarstwo rolne, jestem przyzwyczajona do pomocy im, pracy, czasami nawet bardzo ciężkiej. On nie zdaje sobie sprawy ile wytrwałości i siły to wymaga. Przez to zaczęłam sie wstydzić rozmawiać z nim o gospodarstwie, rolnictwie. Chyba nie powinno tak być...Zaczęłam mu zazdrościć, ze ma tyle wolnego czasu, mi go czasami brakowało, chciałam skupić się na nauce..A on... Nie był do niczego chętny,do żadnej pracy fizycznej, uważał, że jeszcze w życiu się napracuje itp...Myślał, ze budowa domu, kupno samochodu i szczęśliwa rodzina to takie proste do wykonania.Nawet krytykował mnie kiedy zapisałam się na głupi  kurs na wychowawcę kolonii. To trochę bolało...Bo ja sama chciałabym sie rozwijać, zdobywać nowe doświadczenia. Uczyć się czegoś nowego..Jego nic nie cieszyło, ciągle miał smutna mine, był z czegoś niezadowolony.
Coraz więcej myślalam o tym związku...czy on w ogóle ma sens... Dochodziłam do wniosku, że na dłuższą metę nic dobrego z tego nie będzie...Za jakiś czas wejdziemy w naprawdę dorosłe życie, być może dojdą pewne obowiązki, którym wg mnie on nie podoła... Szczerze mówiąc boję się z nim związać na zawsze...Meżczyna w związku powinien być zaradny, odpowiedzialny, powinien być głową rodziny..tak mi się przynajmniej wydaje. A mój chłopak...cóż...czasem nie potrafi załatwić prostych spraw, np. umówić się do lekarza na wizytę itp.
Rozmawiałam na ten temat z rodzicami..Oni twierdzą, ze mogę zakończyć ten związek, spróbować zapomnieć i ułożyc sobie zycie na nowo...Że może trafie na kogos odpowiedniego. Tylko to nie jest dla mnie takie proste... Fakt, jesteśmy do siebie bardzo przywiązani. W końcu w marcu ubiegłego roku  podjęłam decyzję, że zakończę to wszystko.Próby rozmów konczyły się szantażem z jego strony...Mówi,ze beze mnie jego zycie nie ma sensu itp. Bałam sie,ze coś sobie zrobi... nigdy się tak nie czułam sad kiedy spotkalismy się ..płakał, przepraszał....Po jakimś czasie zrozumiał, ze miałam swoje powody. Powtarzałam mu , że jeśli okaże się, że jesteśmy sobie pisani to nawet odnajdziemy się na drugim końcu świata za 10 lat i będziemy razem. Po tym wszystkim nie mieliśmy ze sobą długo kontaktu...Ale po 4 miesiącach przyjechał do mnie z kwiatami, wyznał mi miłość, powiedział, że będzie czekał ile tylko będę chciała,ale kocha mnie i nic nie jest w stanie tego zmienić. Podeszłam do tego sceptycznie. Niczego nie obiecywałam,ale po pewnym czasie zaczęliśmy znowu ze sobą więcej rozmawiać dotąd aż znowu się zeszliśmy...Fakt. Wiele rzeczy uległo zmianie. Stał się bardziej dojrzały,odpowiedzialny. Dał już sobie spokój z głupimi gierkami. Skupił się na nauce. Rok temu Urodził mu się młodszy brat. Jego rodzice zdecydowali się, ze muszą powiększyć dom. Przez całe wakacje wręcz "naginał" przy budowie.Zmienił tok myślenia. Lubi coś pomajsterkować przy aucie. Jest bardzo pomocny dla innych.Zawsze można na niego liczyć. Naprawdę....wiele się zmieniło. Poczułam, ze jest dla nas jakaś szansa. Byłam coraz bardziej szczęśliwa.Oczywiście...aż do pewnego momentu... Ostatnio znowu czuje, że coś się sypie. Tym razem są inne przyczyny... Strasznie jest kontrolowany przez rodziców. Tzn od początku trzymali nad nim ręke,byłam nawet przyzwyczajona,ale teraz smsy o 1 w nocy o treści : "kiedy wrócisz do domu?" doprowadzają mnie do szału. Mało tego....jego rodzice zaczęli wykańczać nowodobudowane pokoje w domu, łącznie z pokojem mojego chłopaka.Co się okazuje? Każą mu dokładać pieniądze na meble itp. Kiedy opowiadam o tym moim rodzicom,stanowczo twierdzą, ze tak nie powinno być. Mówią mi, że rodzice powinni pomagać swoim dzieciom,a skoro już teraz każa kupowac mu samemu meble to za kilka lat nic mu nie pomogą i przez to ja będę cierpiała.Twierdzą,ze nie dostane zadnej pomocy ze strony "teściów", bo w końcu są młodzi...mają po 42 lata i 3 synów: rocznego, 13-letniego i 20-letniego. Teraz jest mi naprawdę szkoda mojego chłopaka,że nie może liczyć na pomoc rodziców. Dla kontrastu podam, że ja jestem w nieco innej sytuacji...Moi rodzice ciągle powtarzają,ze wszystko co robią robią dla mnie i mojej siostry.
Czy powinnam dalej wiązać się z moim chłopakiem,a co za tym idzie...z jego rodziną?
Będę wdzięczna za wszystkie odpowiedzi.

Przepraszam, ze aż tak się rozpisałam...Może napisałam coś niejasno,też przepraszam. Moje mysli ostatnio są tylko na tym skupione.  Nie chciałabym kiedyś cierpieć. Wiem, że znacie setki podobnych spraw. Pierwszy raz czuje takie wewętrzne rozdarcie.

2

Odp: Miłość a bezradność...
misia315x napisał/a:

Witam wszystkich. Jestem tutaj po raz pierwszy. Mam pewien problem, z którym nie mogę sobie poradzić.

Mam 20 lat. Już od ponad 3 lat mam chłopaka. Jest w tym samym wieku, bardzo dobrze idzie mu na stdiach,jest poukładanym człowiekiem. Od zawsze Bardzo lubiłam się z nim spotykać, rozmawiać. Nasze tematy się nie kończyły, był dla mnie prawdziwym przyjacielem. Zaufałam mu wiele razy. Rozumieliśmy się.Czułam, że mu bardzo zależy, szanował mnie,nie przeklinał,nie miał żadnych nałogów.Wiem, że w tym wieku to pewnie żadna miłość, ale...zakochałam się w nim.Wśród znajomych uchodzilismy za idealną parę. To mój pierwszy chłopak. Mieliśmy nawet wspólne plany, marzenia...Miała to być taka miłość "na zawsze". Naturalnie, każde z nas posiada swoje wady. Akceptowałam zachowanie mojego chłopaka w niemal każdej sytuacji. Chyba byłam trochę zaślepiona... Nie zauważyłam, że tak naprawdę nie posiada on żadnych domowych obowiązków, wiedzie sobie beztroskie życie, sporo czasu spędza przed komputerem albo na boisku z kolegami. Nie przeszkadzało mi to...Myślałam: "przecież jest młody,wolno mu". Jednak niedawno poczułam,że chyba zbyt poważnie sobie to wszystko wzięliśmy. Od jakiegoś czasu zaczęły się sprzeczki, a nawet...ku mojemu zaskoczeniu...wybuchy złości i wściekłości mojego chłopaka. Potrafił się zdenerwować, zrobił nawet kilka nieprzyjemnych scen przy naszych znajomych. Był zazdrosny kiedy spotykałam się z koleżankami i nie odpisałam na smsa przez godzinę,a sam...rzadko kiedy wspominał mi gdzie jest,co robi etc. Nie chciałam wtrącać się w jego życie. Wybaczałam to wszystko, obiecywal,ze to się więcej nie powtórzy. Zaczął stawiać mi coraz większe wymagania, na które ja nie chciałam się godzić. Po ostatniej sprzeczce Powoli zaczęłam uzmysławiać sobie, że chyba nie jest chłopakiem dla mnie...Oboje pochodzimy ze wsi. Z tym, że jest między nami pewna różnica...On jest wychowany "po miejsku". Wie Siostra... wyjazdy na narty, nowe gry komputerowe, nowa komórka, komputer itp. Natomiast ja...cóż...moi rodzice prowadzą spore gospodarstwo rolne, jestem przyzwyczajona do pomocy im, pracy, czasami nawet bardzo ciężkiej. On nie zdaje sobie sprawy ile wytrwałości i siły to wymaga. Przez to zaczęłam sie wstydzić rozmawiać z nim o gospodarstwie, rolnictwie. Chyba nie powinno tak być...Zaczęłam mu zazdrościć, ze ma tyle wolnego czasu, mi go czasami brakowało, chciałam skupić się na nauce..A on... Nie był do niczego chętny,do żadnej pracy fizycznej, uważał, że jeszcze w życiu się napracuje itp...Myślał, ze budowa domu, kupno samochodu i szczęśliwa rodzina to takie proste do wykonania.Nawet krytykował mnie kiedy zapisałam się na głupi  kurs na wychowawcę kolonii. To trochę bolało...Bo ja sama chciałabym sie rozwijać, zdobywać nowe doświadczenia. Uczyć się czegoś nowego..Jego nic nie cieszyło, ciągle miał smutna mine, był z czegoś niezadowolony.
Coraz więcej myślalam o tym związku...czy on w ogóle ma sens... Dochodziłam do wniosku, że na dłuższą metę nic dobrego z tego nie będzie...Za jakiś czas wejdziemy w naprawdę dorosłe życie, być może dojdą pewne obowiązki, którym wg mnie on nie podoła... Szczerze mówiąc boję się z nim związać na zawsze...Meżczyna w związku powinien być zaradny, odpowiedzialny, powinien być głową rodziny..tak mi się przynajmniej wydaje. A mój chłopak...cóż...czasem nie potrafi załatwić prostych spraw, np. umówić się do lekarza na wizytę itp.
Rozmawiałam na ten temat z rodzicami..Oni twierdzą, ze mogę zakończyć ten związek, spróbować zapomnieć i ułożyc sobie zycie na nowo...Że może trafie na kogos odpowiedniego. Tylko to nie jest dla mnie takie proste... Fakt, jesteśmy do siebie bardzo przywiązani. W końcu w marcu ubiegłego roku  podjęłam decyzję, że zakończę to wszystko.Próby rozmów konczyły się szantażem z jego strony...Mówi,ze beze mnie jego zycie nie ma sensu itp. Bałam sie,ze coś sobie zrobi... nigdy się tak nie czułam sad kiedy spotkalismy się ..płakał, przepraszał....Po jakimś czasie zrozumiał, ze miałam swoje powody. Powtarzałam mu , że jeśli okaże się, że jesteśmy sobie pisani to nawet odnajdziemy się na drugim końcu świata za 10 lat i będziemy razem. Po tym wszystkim nie mieliśmy ze sobą długo kontaktu...Ale po 4 miesiącach przyjechał do mnie z kwiatami, wyznał mi miłość, powiedział, że będzie czekał ile tylko będę chciała,ale kocha mnie i nic nie jest w stanie tego zmienić. Podeszłam do tego sceptycznie. Niczego nie obiecywałam,ale po pewnym czasie zaczęliśmy znowu ze sobą więcej rozmawiać dotąd aż znowu się zeszliśmy...Fakt. Wiele rzeczy uległo zmianie. Stał się bardziej dojrzały,odpowiedzialny. Dał już sobie spokój z głupimi gierkami. Skupił się na nauce. Rok temu Urodził mu się młodszy brat. Jego rodzice zdecydowali się, ze muszą powiększyć dom. Przez całe wakacje wręcz "naginał" przy budowie.Zmienił tok myślenia. Lubi coś pomajsterkować przy aucie. Jest bardzo pomocny dla innych.Zawsze można na niego liczyć. Naprawdę....wiele się zmieniło. Poczułam, ze jest dla nas jakaś szansa. Byłam coraz bardziej szczęśliwa.Oczywiście...aż do pewnego momentu... Ostatnio znowu czuje, że coś się sypie. Tym razem są inne przyczyny... Strasznie jest kontrolowany przez rodziców. Tzn od początku trzymali nad nim ręke,byłam nawet przyzwyczajona,ale teraz smsy o 1 w nocy o treści : "kiedy wrócisz do domu?" doprowadzają mnie do szału. Mało tego....jego rodzice zaczęli wykańczać nowodobudowane pokoje w domu, łącznie z pokojem mojego chłopaka.Co się okazuje? Każą mu dokładać pieniądze na meble itp. Kiedy opowiadam o tym moim rodzicom,stanowczo twierdzą, ze tak nie powinno być. Mówią mi, że rodzice powinni pomagać swoim dzieciom,a skoro już teraz każa kupowac mu samemu meble to za kilka lat nic mu nie pomogą i przez to ja będę cierpiała.Twierdzą,ze nie dostane zadnej pomocy ze strony "teściów", bo w końcu są młodzi...mają po 42 lata i 3 synów: rocznego, 13-letniego i 20-letniego. Teraz jest mi naprawdę szkoda mojego chłopaka,że nie może liczyć na pomoc rodziców. Dla kontrastu podam, że ja jestem w nieco innej sytuacji...Moi rodzice ciągle powtarzają,ze wszystko co robią robią dla mnie i mojej siostry.
Czy powinnam dalej wiązać się z moim chłopakiem,a co za tym idzie...z jego rodziną?
Będę wdzięczna za wszystkie odpowiedzi.

Przepraszam, ze aż tak się rozpisałam...Może napisałam coś niejasno,też przepraszam. Moje mysli ostatnio są tylko na tym skupione.  Nie chciałabym kiedyś cierpieć. Wiem, że znacie setki podobnych spraw. Pierwszy raz czuje takie wewętrzne rozdarcie.

Witaj misiu....przeczytalam Twój post. Mądrze myslisz, ale czy moze Ci ktos pomóc..? mnie się wydaje,ze mususz sama dokonac oceny ostatecznej. Jesteście jeszcze bardzo młodzi i nie musisz niczego zmieniać, jesli nie jesteś pewna, to po prostu zostaw to czasowi...samo się wyklaruje. Nie wychodzisz przeciez za maż za rok.

3

Odp: Miłość a bezradność...

Aye... Czołgiem !

Hmm... Nie każdy ma szanse na pomoc od rodziców. Nie każdy ma tak dbających rodziców. Na pewno go bardzo kochają.
Nie powinnaś zwracać na to uwagi jezeli chodzi o życie w przyszłości. Przypomina mi się w tym momencie sytuacja z
"Duma i Uprzedzenie" albo coś rodem z końca XIX wieku... gdzie liczył się majątek. Jestem ze wsi. Fakt, uczyłem się w mieście, ale jeżeli chodzi o zajecia koło domu czy pomoc na polu to nie jest to dla mnie obce. Moja siostra (cioteczna) , mieszkała obok... Jej chłopak był z miasta - osiedlowiec (brzydkie okreslenie). Zero zaintersowania, pograłby w WOW'a - gra taka. Posiedział przy piwie, grilla napalil. A jak wykopki u Dziadków były to bardzo niechętnie pomagał.
Tacy są już Ci 'miastowi', ale nie wszyscy.
Wystarczy poczytać troche literatury faktu, np. o rodzinach ludzi mieszkających w dzielnicach przemysłowych. Rodzin 1/2. On ma szczęście jak wiekszość i ma pełna rodzine. Ale nie podoba mi się to, co piszesz o tym, ze nowy telefon, komputer, czy tam nowe gry... jakby ludzie ze wsi to byli Bushmeni czy ludy z Ałtaju ! (nie obrażając ludów z Ałtaju - bardzo otwarci ludzie).
Rozumiem, że chciałaś ukazac roznice, ale bez przesady smile
Ludzie z terenów podmiejskich są często bardziej pracowici i wykształceni od ludzi z miast. Ale nie o tym będziemy rozprawiac.
Hmm, jeżeli chłopakowi na Tobie zalezy i odwrotnie to nie ma się nad czym zastanawiac. Ale jezeli mają być jakies sprzeczki , nie chodzi mi o sporadyczne tylko o czeste.. to odradzam.
No długo trwa ta Twoja "DROGA DO MIŁOŚCI" .. sporo sie wydarzyło, ale nic decydującego. Twoi rodzice rozumiem, że chcą Cie z domu 'wydać' ?
No to nic dziwnego, ze szukają Ci 'dobrej parti', ale chyba troszke pomieszali priorytety. Jeżeli ten człowiek juz sie zmienił, stał się odpowiedzialny - ale na 100 % ?
To nie zastawnawiaj się i uwierz mi, ze Bedziecie mogli liczyc na wsparcie zarówno z Twojej strony (RODZICE) i Jego (ROWNIEZ).
Nie ma co się rozczulać nad tym, ze mu kaza do mebli dokladac. Samochod tez mu maja kupic ? na benzyne dawac ?
Moze im się "nie przelewa". Nie wiem.
Wybadaj sytuacje, znacie się, więc jest na czym budować związek, łatwiej problemy rozwiązać.

Pozdro z domu smile

4

Odp: Miłość a bezradność...

Dziękuję

Widzę, że chyba sama nie dostrzegam pewnych rzeczy... Ale mam nadzieję, że da się mnie choć troszkę zrozumieć...Czasami czuje się jakbym była między młotem a kowadłem... Z jednej strony to "uczucie" , czuje się przy nim bardzo dobrze. Wiem, że daje mi to czego coraz częściej brakuje w dzisiejszych czasach - szacunek. Nie ukrywam, że dzięki niemu czuje się dowartościowana i...szczęśliwa... Natomiast druga racja to moi rodzice...i ich "niewinne" sugestie typu: "Może to nie chłopak dla Ciebie", "możesz mieć w życiu cięzko" itp itd. Boje się, że w przyszłości będę płakać, że mnie ostrzegali... i że mieli rację. Przez to jest mi trudniej. Kiedy już czuje, że jest tak wspaniale to nagle usłysze coś od rodziców i pod ich wpływem nagle zmieniam zachowanie a przez to wyżywam się na moim chłopaku.
Nie chodziło mi o ukazanie różnic. Oboje pochodzimy ze wsi,ale fakt, że ja jestem przyzwyczajona do typowo "rolniczych" prac i obowiązków,a on tego nie zna,jego rodzice nigdy się nie trudzili pracą w gospodarstwie,ponieważ siedzą w innym fachu. To zrozumiałe.

Mam nadzieje,że rzeczywiście czas pokaże...

Posty [ 5 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Miłość a bezradność...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026