Witam. Nigdy nie przypuszczałam, że się tutaj znajdę i może dlatego tak się właśnie stało...nie wiem. Ale do rzeczy.
Z mężem poznaliśmy się jak byliśmy oboje bardzo młodzi. Miałam 17 lat, on o 2 lata więcej. Można powiedzieć, że w zasadzie razem dorastaliśmy, uczyliśmy się uczuć, takich pierwszych dojrzałych. Początek życia intymnego był naszym wspólnym początkiem. Mój mąż był zawsze bardzo skrytym człowiekiem, głównie pod względem emocjonalnym. Wiedziałam, że jest pewien obszar, do którego mnie nie dopuszcza, ale wciąż nie traciłam nadziei, że to się zmieni, bo bardzo silnie czułam jego miłość. Sama świata poza nim nie widziałam. Mieliśmy mało czasu dla siebie, bo oboje studiowaliśmy w dwóch końcach Polski, ale oboje czuliśmy, że warto to utrzymać, że tęsknimy do siebie. Z rozczuleniem wspominam, jak jechał pociągiem całą noc, żeby się ze mną spotkać. Po ośmiu latach, gdy znów znaleźliśmy się w tym samym miejscu, wzięliśmy ślub. To nie była wspólna decyzja, przynajmniej ja to tak już wtedy czułam. Oboje wtedy mieszkaliśmy u swoich rodziców, było nam wygodnie, miałam poczucie, że mój mąż do tego stopnia się do takiej sytuacji przyzwyczaił, że po prostu jest mu za dobrze na zmiany. Poza tym miałam problemy z jego rodzicami, nigdy nie zaakceptowali tego, że mam własne zdanie. Oboje z mężem nie czuliśmy potrzeby legalizacji, ale właśnie ze względu na to, że rodzice męża bardzo chcieli "zabezpieczyć synka" przede mną jeśli chodzi o sprawy majątkowe, to ze względów formalnych zdecydowaliśmy się na ślub. Ja mimo wszystko ślub postrzegałam jako krok na przód, to chyba typowe dla kobiety. Mąż w nic się wtedy nie angażował, mówiąc że to właśnie dlatego, że nie podoba mu się sama idea. Bo na prawdę czułam, że pomimo tego, że zawsze miał problemy w okazywaniu uczuć, kocha mnie, nigdy w to nie zwątpiłam. Zamieszkaliśmy razem, w mieszkaniu które w pośpiechu przed ślubem jego rodzicom udało się dla męża kupić. Przez rok pracowałam nad tym, żebyśmy przeszli na coś na prawdę swojego, i w końcu się to udało, mamy własne, wspólne mieszkanie, coś naszego. Oboje zaczynaliśmy się odnajdywać w życiu, na rynku pracy, wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Zaczęło mi jednak z czasem przeszkadzać to, że mój mąż nadal funkcjonował jak kawaler. Czułam się czasem jak sublokator, bo nie miałam żadnego wpływu na jego decyzje, na to co robi, miałam poczucie, że zawzięcie broni swojej niezależności, często na wyrost. Dziś wiem, że to skrajny egoizm. Wiedziałam o tym wcześniej, ale tłumaczyłam to sobie wychowaniem, bo mąż jest jedynakiem starszych rodziców. Przez całe lata znosiłam to, że izolował mnie od swoich znajomych, zazwyczaj wychodził sam się z nimi widzieć, nigdy nie czuł potrzeby włączenia mnie w swój świat. Nasz mały świat kurczył się coraz bardziej. Wiele razy prosiłam go, żeby więcej ze mną rozmawiał, żeby chciał się dzielić ze mną sobą, żeby spędzał ze mną więcej czasu, żebym nie czuła, że znajomi, gry, motocykl, że to wszystko jest ważniejsze ode mnie. Zrobiłam głupio, bo rozluźniłam wszystkie swoje znajomości tylko po to, żeby być z nim, miałam głupią nadzieję, że on to dostrzeże. Bardzo się starałam, nie chcę się wybielać i stawiać na świeczniku, ale ja już chyba jestem tak strasznie naiwna, że za każdym razem gdy czułam się przez niego zraniona, to dostawałam nowej energii aby się jeszcze bardziej starać. Bo zawsze mówił, że się postara, że bardzo mnie kocha i nie rozumie dlaczego w taki sposób sobie interpretuję jego zachowanie. W te wakacje mieliśmy bardzo poważną, tak mi się wydawało, rozmowę, po której oboje postanowiliśmy, że musimy się razem zabrać za nasz związek, bo nie jest dobrze, a bardzo chcemy być ze sobą. Początkowo wszystko było lepsze, widziałam, ze mąż się stara widzieć moje istnienie, pytał się jak mi minął dzień, praktycznie skończył z grami, przed którymi mógł wcześniej spędzić pół nocy. I nagle wszystko mi się zawaliło. Kilka tygodni temu, gdy mąż wyjechał, przeglądałam komputer. Znalazłam masę filmów porno, wiele różnych zdjęć. Skończyło się czymś na kształt awantury, mówiłam mu jak bardzo się czuję zraniona, że wolał sam oglądać takie rzeczy i, nie czarujmy się, sam sobie z tym radzić, zamiast poszukać kontaktu ze mną. Z tego co mówił, nawet nie przyszło mu do głowy, że takie rzeczy mogą mnie kręcić, z góry założył, że byłabym przeciwna. Że brakowało mu częstszych kontaktów, ale nie pomyślał, że mnie też. Od tej rozmowy nagle się zmieniło, zaczęliśmy o seksie rozmawiać bez skrępowania. Śmiem twierdzić, że dla niego to było trudniejsze, zdecydowanie bardziej niż ja się wszystkim krępował. Ale w sypialni był gorąco, myślałam, że jesteśmy na dobrej drodze. Kilka dni temu zajrzałam do jego telefonu służbowego. A tam wiadomość: "5 dni bez Ciebie. Będę tęsknił jak cholera". Zwaliło mnie z nóg, sms wysłany tuż przed świętami, kiedy miał mieć te 5 dni dla mnie. Ta kobieta to, banalne, jego koleżanka z pracy. Raz ją widziałam, kiedy mąż łaskawie zabrał mnie na spotkanie ze znajomymi z pracy. Podrywała go wtedy na całego, o czym mu od razu powiedziałam, wyjątkowo spokojnie, powiedziałam, żeby uważał, bo to na prawdę idzie w niebezpiecznym kierunku, zwłaszcza że widziałam, że mężowi taka sytuacja bardzo się podobała. I teraz taka wiadomość. Puściły mi nerwy. Awantura była straszna. Początkowo mówił, że to jego przyjaciółka z pracy, że tylko z nią rozmawiał o sobie, o różnych trudnych dla niego sprawach, o tym że nam się nie układa, radził się jej, że to trwało trzy miesiące, ale rozluźniło się jak nam się zaczęło w łóżku układać. Wczoraj przyznał, że chyba był zauroczony nią,jej otwartością, pogodą ducha, że mógł się przed nią otworzyć, że mógł z nią o wszystkim porozmawiać. Cały czas zaprzecza, że się w niej zakochał,nie poszedł z nią do łóżka, mówi, że kocha tylko mnie. Że właśnie do niego dotarło, jaką krzywdę mi wyrządził, że nie szukał kontaktu ze mną, że zrobił błąd, którego nigdy nie powinien był popełnić, że żałuje. Pierwszy raz widziałam jak płacze, jak błaga, żebym dała mu to wszystko naprawić, że miał na wyciągnięcie ręki wszystko czego potrzebował, a nie chciał tego widzieć. Wczoraj wysłał jej maila, że z tymi rozmowami już koniec, że nie powinny się były nigdy pojawić. Ona odpisała że ok, że rozumie - oczywiście z wydźwiękiem, że ja jej od początku nie lubię i jestem zaborcza, ale cóż, ona się z tym pogodzi...Ona ma swoją rodzinę, męża, dzieci, ciekawe jak by się poczuła, gdyby jej mąż miał takie rozmowy z koleżanką z pracy. A ja w obliczu tego wszystkiego nie wiem co mam zrobić. Moje zaufanie do męża chyba już nie istnieje. Zawsze miałam poczucie, że nawet jak się różnie między nami podzieje, jeśli zdarzy mu się typowo seksualny skok w bok, to uczucie do mnie zostanie, a teraz niczego nie jestem już pewna. Mam poczucie, że jego żal i prośby są szczere, ale tak bardzo się boję...Boję się, że skoro raz się to zdarzyło, po 13 latach związku, gdy obiecywał, że zacznie się coś zmieniać, to może się to powtórzyć. Tak strasznie boję się, że oszuka mnie po raz kolejny... Chcę z nim być, ale mam też świadomość, że jeśli nie uda mi się mu tego wybaczyć, to to zatruje mi życie. A ja nie potrafię sobie z tym poradzić. Przez to jak mąż mnie przez lata traktował, mam niską samoocenę, ale pomimo tego wiem, że jestem atrakcyjna. Jestem zgrabna, ładna, nie wyglądam na 30 lat. A jednak przegrałam. Mąż mówi, że przegrałam bitwę a nie wojnę, ale chce mi się wyć. Nie potrafię przeżyć tego, że mógł w pełni świadomie zrobić mi coś takiego.Mówi, że dotarło do niego, że jest straszliwym egoistą, a ja niczym nie zasłużyłam sobie na to, aby mnie tak traktował, tak lekceważył uważając, że skoro jestem, to już zostanę, że on się już nie musi starać. Widzę, że od tych kilku dni nie unika rozmów ze mną, ale ja ciągle nie dowierzam, że to będzie dłużej trwało. Boję się, że popadnę w paranoję ciągle zadręczając się, szukając kolejnego drugiego dna. Boję się, że już nigdy nie będę mogła mu uwierzyć, w pełni zaufać. Ciągle się łudzę, że może ja to źle oceniam, że może faktycznie to była tylko chwilowa słabość, że już minęło, że się faktycznie opamiętał, że to był kubeł zimnej wody i coś to zmieni. Potrzebuję świeżego spojrzenia, dystansu, a nie mam z kim o tym porozmawiać. Dlatego tu jestem i błagam, powiedzcie co o tym sądzicie, bo ja już nie mam sił...
Podobne tematy
Witam .... Czytam Twoją historie i przypomina mi moją moja droga dam Ci dobrą rade bardzo go tłumaczysz może to dobrze nie wiem ... Oznacza to że go kochasz .wypierasz z swojej głowy myśl że mugl Cię zdradzić z tą "koleżanką" obserwuj go i bądz czujna bardzo czujna .Piszesz że jesteś piękną kobietą lecz zagubioną taką szarą myszką kolejna dobra rada pomyśl o sobie i zaszalej nie źałuj sobie niczego i na nic należy Ci się po tych latach. Sama wiesz jakich moj były mąż uspał moją uwage Ty się nie daj Ja nie potrafiłam wybaczyć bo poznałam swoją wartość trzymam kciu
ki nie za Was lecz za Ciebie moja droga obyś odnalazła w sobie otwartya rozum siłe i prawdziwą kobiecość to co dźemie w każdej kobiecie czego On nie widzial i nie cenił Pozdrawiam i życze siły i nie daj się zwodzić
powiem Ci coś z podobnego doświadczenia -NIGDY już nie będzie tak samo, niestety, ale nie zapomnisz o tym, może chwilowo jak będzie dobrze ale co jakiś czas będzie to wracać, co do jego słów to dla mnie bije z nich jedynie poczucie winy za to co zrobił a nie prawdziwe uczucie do Ciebie, niestety. Ja bym to zakończyła bo niestety to już nie będzie to samo.
Masz racje koleżanko tak była poniżana przez niego nigdzie jej nie zabierał w jakimś tam stopniu poniżał nie zabierał na imprezy .... I po co dalej wymieniać tak to smutna prawda ale prawda też mi mówił że kocha że jestem jedyna tak wieżyłam dopuki kochanka nie zadzwoniła do mnie że go kocha a byłam w 5 miesiącu ciąży krutka piłka spakowałam gnojka ):
Witam.
Nawet nie wiecie jak mi lepiej, że ktoś się do mnie odezwał...Nie sądziłam, że samo zainteresowanie może przynieść tak ogromną ulgę. Wiem, że już nigdy nie będzie tak jak było, chociaż nie wiem, czy nawet chciałabym żeby tak się stało. Bo nigdy nie było tak na prawdę dobrze. Macie rację pisząc, że takich rzeczy nie da się zapomnieć, to za bardzo boli. Poza tym właśnie do mnie dotarło, jak ja się w tym wszystkim przestałam szanować. Gdzieś tutaj na forum przeczytałam historię, w której odchodzący mąż, na pytanie dlaczego to robi, odpowiedział, że dlatego "że zawsze byłaś". Ja chyba też powinnam była czasem "nie być".
Nie wiem co dalej zrobić. Dużo o tym rozmawiamy, on nie ucieka od tematu, ale ja nie bardzo wiem jak mam się w tym wszystkim zachować. Nie umiem udawać, że wszystko jest ok, że zaczynamy od nowa a tamten etap zamykamy na klucz. Ale ciągłe przeżywanie tego od nowa zniszczy do końca mnie i wszystko to, co jeszcze dobrego między nami pozostało. Jeśli zdecyduję się z nim zostać, to chyba muszę zacząć ustalać nowe zasady żeby znowu się nie zatracić i nie zgubić gdzieś w tym życiu. Tylko jak zaufać...i czy warto...
betleja, nie chcę być brutalna, ale po to jest forum, żeby szczerze pisać, co się myśli
przecież mówiłaś mężowi wiele razy, że się nie stara, że jest Ci z tym źle, że zawsze jesteś na dalszym miejscu
nie było tak, że dusiłaś w sobie emocje, a jemu nic nie dałaś odczuć, że pewne rzeczy ci przeszkadzają
więc dlaczego twój mąż ocknął się nagle teraz i teraz niby chce się starać?
przykro mi, ale chyba jednak nie z wielkiego uczucia do ciebie, tylko z wygody, ze strachu przed życiową zmianą, utratą pewnej stałości
no bardzo dziwne, że zamiast rozmawiać z kobietą, którą kocha, wyżalał się koleżance...aha, i do koleżanki nie pisze się tekstów w stylu "oh, zatęsknię się, całe 5 dni bez ciebie", no niestety.
ja cię bardzo rozumiem, bo jestem podobna do ciebie - też starałam się z całych sił w związku, starałam się za dwoje, aż do przesady, aż w końcu tak się wypaliłam, że dłużej już nie dam rady, moje uczucie ulotniło się jak kamfora.
powiem ci, że w obecnej sytuacji to twój mąż ma się starać, bo to on zawinił, a nie ty
pozwól mu powalczyć o ciebie, jeśli chcesz
ale odnów też znajomości z koleżankami, zapisz się może na jakieś zajęcia (mnie to pomogło), powychodź trochę sama
niech wie, że może cię stracić, niech nie czuje się zbyt pewnie
jeśli się kochacie, przetrwacie wszystko, takie jest moje zdanie
a jeśli nie, to cóż...całe życie przed tobą ![]()
Betleja wiele jest teraz w rękach Twojego męża.
Jeśłi Cię kocha i zalezy mu na waszym małżeństwie to zrobi wszystko, że by zerwać kontakty z tamtą osoba, i nie bedzie brnął w to dalej.
Niestety w moim przypadku zdrada emocjonalna później fizyczna mojego męża z koleżanką z pracy doprowadziła do rozwodu. Mój mąż miotał się prawie rok, bo nie wiedział z kim chce być...bolesne i okrutne długie miesiące.
życzę Ci, żeby w twoim przypadku było inaczej!
Powodzenia!
Nie wiem czemu, ale mam takie przeczucie - i to naprawdę solidne - że do niczego fizycznego między nimi nie doszło. Nie potrafię tego umotywować, ale tak właśnie czuję.
Dla mnie czymś straszliwym, by nie powiedzieć szalenie trudnym do wybaczenia jest fakt, że nie dopuszczał Cię latami do siebie, a przed lafiryndą problemów z zwierzaniem się nie miał żadnych.
I jeszcze jedno, co mnie niepokoi - przecież lafirynda sama nie wpadła na to, że jesteś zaborcza - on musiał Cię w takim świetle przedstawiać.
bugenwilla, życie w ogóle jest brutalne, a Twoje słowa są bardzo mądre. W ogóle jeszcze raz dziękuję za wszystkie wpisy, każda odpowiedź jest dla mnie maleńkim zastrzykiem energii, coś mi uświadamia. Po raz pierwszy czuję jak to jest, gdy ktoś okazuje zainteresowanie. Chce mi się płakać z wdzięczności.
Mąż mówi, że odkąd wysłał jej maila, to jest mu bardzo ciężko z nią rozmawiać, a czasem muszą coś uzgodnić w pracy. Mówi, że na jej widok jest mu strasznie wstyd, że nie wie gdzie oczami uciec. Ma możliwość zmiany pracy, i mówi, że czeka na to z utęsknieniem, bo nie wie, jakby miał dalej funkcjonować w pracy po tym co się stało.
Powiedział mi, że w tym wszystkim tylko w jednej rzeczy źle zrobiłam, a więc że mu na wszystko pozwalałam, nie czuł granic, nigdy się mu nie postawiłam, nie zabroniłam niczego, pozwoliłam się lekceważyć. Teraz dużo rozmawiamy, mąż na szczęście nie unika tego, zresztą w złości powiedziałam mu, że nie ma prawa niczego mi teraz odmówić (w sensie wyjaśnień) ani o nic mnie prosić. Staram się jasno określić czego od niego wymagam. On sam przyznał, że w poprzednim układzie było mu bardzo wygodnie, bo jest egoistą, ale zapędził się w tym wszystkim i nigdy więcej nie chce mnie już zranić. Nie wiem w co wierzyć. Serce się wyrywa, bo na prawdę mi na nim zależy, ale nie chcę żeby był ze mną z poczucia winy i obowiązku, bo to nie tędy droga.
Boję się, że popadnę w paranoję ciągle zadręczając się, szukając kolejnego drugiego dna. Boję się, że już nigdy nie będę mogła mu uwierzyć, w pełni zaufać. C.
W paranoje juz popadasz.Ochlon troche.Nie chce uchodzic za cynika,rozumiem ze runal Twoj swiat,ze mocno zachwialy sie podstawy tego co dla Ciebie wazne,w co wierzylas- ale w gruncie rzeczy nic takiego sie nie stalo.Facet przezyl zauroczenie, to sie zdarza. Wykazal skruche,nie pajacuje,najwyrazniej zaluje tego co sie stalo ,zerwal kontakty- nie przegralas bitwy,kocha Cie i jestes dla niego najwazniejsza.Nie da sie przezyc zycia bez potkniec,wazne zeby trudne sytuacje w zwiazku przetrwac.13 lat razem to sporo,wkrada sie rutyna,brak emocji, standard i nuda.Uwierz mezowi ,ale badz czujna i akcentuj to,ze nastepnym razem rozgrzeszenia nie bedzie.Glowa do gory ![]()
11 2013-02-07 12:27:28 Ostatnio edytowany przez ban (2013-02-07 12:30:01)
Przeczytałem wszystko. Nic nie wybaczaj, nic mu nie zapominaj. Wykasuj wszystkie złe myśli o swoim mężu. Gdy zrobisz te dwie rzeczy to przestań się bać.
Postawiłaś tego swojego księcia na ołtarzu, klęczysz przed tym ołtarzem, wielbisz go i boisz się, że z ołtarza zniknie. Czas zdjąć księcia z ołtarza, wstać z kolan, razem z nim, obok niego jak równy z równym. Od tej pory musicie żyć razem, kochać się, być dla siebie jak partnerzy.
Spójrz na siebie... sama widzisz, że jesteś atrakcyjna, a sama siebie tak gnoisz. Weź się do pracy, daj sobie kopa w tyłek, aby zmobilizować się DO PRACY NAD SAMĄ SOBĄ, do pracy na swoje szczęście, do tego abyś była szczęśliwa.
W czym Ty niby przegrałaś? Byłaś na bitwie jakiejś? Kto Ci wbił do głowy takie bzdury? Z kim walczyłaś? A może myślisz, że przegrałaś, bo mąż się inną zauroczył? A kto zaprowadził Cię na taką bitwę? Moim zdaniem w ogóle nie było bitwy, tylko twój mąż na chwilę odszedł do innej Pani, wcale nie lepszej niż Ty.
Dobrze, że wywalczyłaś wspólne mieszkanie. Jesteś w tym bohaterką. Bardzo źle, że zerwałaś kontakty ze znajomymi. Bardzo źle, że awanturowałaś się o pornole. Ale skoro on zdradził, to stoisz teraz w sytuacji, w której wszystko Ci wolno -- odśwież znajomości, ćwicz ciało, fryzjer, kosmetyczka. Będzie dobrze.
Na pocieszenie Ci powiem, że niezależnie w jaki sposób twój mąż zdradził, to nie wygląda to na "recydywę", czyli się chłopak trochę pogubił, zauroczył i tyle. Jakby był "recydywą", to pornoli w komputerze byś nie znalazła, ani żadnego niebezpiecznego smsa.
Powiedział mi, że w tym wszystkim tylko w jednej rzeczy źle zrobiłam, a więc że mu na wszystko pozwalałam, nie czuł granic, nigdy się mu nie postawiłam, nie zabroniłam niczego, pozwoliłam się lekceważyć.
Totalne bzdury. Książę uznał, ze jego błędy wynikają z działań osób, które klęczą pod ołtarzem. Co za fałszywa logika. Ja Ci powiem koleżanko, że zrobiłąś doskonale -- prawdziwa miłość daje wolność, a nie stawia granice.
Tak więc do dzieła -- musisz zadbać o siebie, a nie o księcia.
Betleja - chyba Twoja historia ma prawo do dobrego zakończenia. Celem zobrazowania przedstawię Ci inne zakończenie "emocjonalnego" związku: o nielojalności męża dowiedziałam się z donosów, mąż wypiera się zdrady fizycznej, o koleżance z pracy mówił, że to przyjaciółka i że relacja z nią wymknęła się spod kontroli - zwracał się do niej w sms-ach per kochanie , skarbie - ja jako żona od dwóch lat tego nie słyszałam. Ale nie o to chodzi - przede wszystkim nie chce zakończyć relacji z przyjaciółką, twierdzi, że łączą go obecnie tylko kontakty służbowe. Tak więc Twój mąż odżegnał się od "przyjaciółki",a mój chociaż może załatwiać sprawy z równym rangą kierownikiem, to woli kierować sprawy do niej, tj, szeregowego pracownika. Potrafi do niej pisać meila służbowego, a po chwili zadzwonić, że napisał . Brrr... Mało tego, w relacjach ze mną przyjmuje przyjacielski ton oraz deklaruje pracę nad związkiem, bo wg niego w równej części przyczyniliśmy się do rozkładu, coś zrobiliśmy lub czegoś nie zrobiliśmy. Pominę tu fakt, że jestem żoną kochającą za bardzo, wiele z siebie dałam i nie bardzo poczuwam się do odpowiedzialności za rozkład a sama zdrada była dla mnie szokiem. Ale bardziej mi chodzi, byś dojrzała różnicę w zachowaniu - mój mąż nie poczuwa się do żadnej winy, nie kończy niszczącej związek relacji i jeszcze wymaga Alzchaimera, tj. mamy o wszystkim zapomnieć, zacząć pracę nad nowym związkiem opartym na przyjaźni i szacunku do przeżytych wspólnie lat,a może za kilka lat porozmawiamy o tym, co się stało już po wygaśnięciu zbędnych emocji. Już sam fakt, że odmawia mi się odczuwania emocji po zdradzie wskazuje na bezwzględność działania. Twój mąż wyraził skruchę, postanowienie poprawy - zazdroszczę Ci. Mam nadzieję, że widzisz różnicę. Mój bezwzględnie gra, bo boi się, że mógłby mi płacić alimenty ( jestem niepełnosprawna i przebywam na rencie ), robi wszystko, bym nie dysponowała żadnym dowodem, nie mam dostępu do komórki i laptopa, bo są służbowe i zabezpieczone hasłami. Może ktoś doradzający Betleji potrafi także mi wskazać kierunek działania, przyznam się, że boję się wykluczenia ekonomicznego, na rencie nie widzę szans na samodzielne utrzymanie się, nie mam widoków na pracę, jestem uzależniona od męża psychicznie ( kocham go ), a z drugiej zaś strony wiem, że nie mogę się zgodzić na jego warunki, gdyż uważam, że należy zmierzyć się z demonami, by móc zadecydować, czy można budować coś dalej, a mnie się proponuje randkę w ciemno, nie przeżyję takiego rozwiązania, już teraz wiem, że to mnie zatruje.
Betleja - trzymaj się, masz wiele do zyskania, każdy może popełnić błąd, tylko trzeba wyciągać z tego naukę, wydaje się, że Twój mąż właśnie to robi.
13 2013-02-08 13:05:48 Ostatnio edytowany przez betleja (2013-02-08 13:57:06)
Zgodnie z miłymi radami - staram się ochłonąć. Nie wiem, czy w tym procesie są jakieś sztywne etapy, ale zaczyna mnie ogarniać złość. Już nie rozpacz, smutek, tylko wściekłość, że mąż mi świadomie coś takiego zrobił. Bo nie wierzę, że wchodził w to wszystko na ślepo, głupi to on nie jest. Powiedziałam mu to wszystko wczoraj, a on z pokorą przyjął, że to rozumie. Powiedział, że jedyne o co chciałby mnie prosić (oprócz drugiej szansy) to żebym mu mówiła o wszystkich emocjach jakie mnie dopadają. Że już nie chce żebym musiała wszystko w sobie tłumić, że mi się w końcu to należy po tylu latach.
Póki co sytuacja wygląda tak, że zdecydowanie więcej ze sobą rozmawiamy. Nie ma fochów z jego strony że drążę temat i nie chcę tego odpuścić, a zawsze w każdej innej sytuacji dotychczas po prostu ucinał rozmowę. Dzwoni do mnie z pracy, opowiada co się u niego dzieje, czasem w swej łaskawości nawet spyta się co u mnie (ja na prawdę jestem na niego wściekła i to właśnie widać). Dał mi hasła do swojej poczty. Świetnie wiem, że już tam nigdy niczego nie znajdę, ale mogę starać się to traktować jako element dobrej woli z jego strony.
Jest dziwnie. Przynajmniej z mojej perspektywy. Bywają miłe chwile, ale nie wiem, czy kiedykolwiek minie nieufność i obawa powtórki.
Staram się coś ze sobą robić. Zapisałam się na fitnes (choć nie muszę, bo ważę 43kg), byłam z koleżanką w kinie. Wiem, że to mało, ale jak na początek to są to dla mnie milowe kroki.
Obietnica: tak strasznie mi przykro z Twojego powodu...Twój mąż jest okrutny, odmawiając Ci prawa do odczuwania, do protestu, do gniewu, do odwoływania się do tego wszystkiego, co powinno Was łączyć i co Ci się należy...
Zamotana: mam problem z wysłaniem do Ciebie odpowiedzi, więc krótko teraz. Nie wiem, co sprawia, że tkwisz w takim związku, może poczucie bezradności, może troska o dziecko...ale wiem na pewno, że to co się u mnie dzieje, to nic w porównaniu z Twoją udręką. Moje żale wydają mi się żałosne w porównaniu z ogromem emocjonalnego cierpienia jakie Ty musisz znosić...tak mi przykro...
Muszę się wygadać. Przez dwa, może trzy dni starałam się nad tym wszystkim zapanować. Mąż się stara, nie mogę powiedzieć że nie, ale wczoraj znowu przyszło załamanie. Jak mąż wrócił z pracy, to ona do niego dzwoniła, niby z rzeczami związanymi z projektem w pracy, służbowo. Kompletnie mnie to rozwaliło, wszystkie tamy poszły. A dzisiaj weszłam na jego pocztę i zobaczyłam, ze zaraz po tym telefonie wysłała mu maila, on odpisał, dzisiaj znowu. Niby pisze, że to koniec, że musi iść do przodu, ale PISZE!!! A obiecywał że nie będzie. Jak te maile znalazłam to byłam w pracy, zresztą nadal jestem. Dzwoniłam, o co chodzi. On powiedział, że specjalnie to zostawił, żebym mogła sprawdzić, że to koniec. Ale dlaczego mnie nie uprzedził? przecież widział, jak nie mogłam sobie poradzić po tym cholernym telefonie, a co dopiero widzieć jej wiadomość... Jestem w kompletnej rozsypce... Ile razy można zaczynać od początku.....
15 2013-05-27 10:14:58 Ostatnio edytowany przez betleja (2013-05-27 10:16:22)
Witajcie,
Po kilku miesiącach muszę dopisać epilog historii.
Nie jest dobrze. Mój mąż starał się przez miesiąc, około. Zmienił pracę, wszedł w nowe środowisko, otworzyły mu się nowe możliwości i znów się oddalił. Gdy było źle, obwiniał mnie, że to dla mnie dokonał zmian, z których był niezadowolony. Jak było dobrze, znów się nie liczyłam.
1,5 miesiąca temu był na wyjeździe służbowym za granicą. Przez tydzień. Byłam sama i było mi tak bardzo dobrze... Nie tęskniłam, nie chwytał mnie za gardło lęk, gdy słyszałam kroki na schodach...Piękne i przerażające...Zrozumiałam, że już tak nie mogę. Że nawet, gdyby mi nieba przychylił, to ja już tego nie umiem docenić. Że nie jest mi dobrze, gdy się do mnie zbliża, nie chcę go pocałować, nie chcę z nim iść do łóżka. Coś się wypaliło, pewnie już wcześniej to czułam, ale nie chciałam się do tego przed sobą przyznać.
Miesiąc temu powiedziałam, że chcę rozwodu. Były płacze, awantury, błagania, obietnice...szantaż, groźby, potem chwile opamiętania, rezygnacja, i tak w kółko...Wzięłam adwokata, złożyłam pozew, czekam na sprawę. Mąż postawił warunek, że zgodzi się, jeśli nie zrobię podziału majątku, wezmę tylko tyle ile wniosłam. Powinnam za to mieć kawalerkę, mam taką nadzieję. On chce zostać w mieszkaniu, twierdzi, że za dużo w nie zainwestował. Będzie się chyba gonił po tych czterech pokojach.
Pomimo tego, że jestem pewna swojej decyzji, to mam chwile załamania. Łapie mnie panika, bezsilność, boję się jak mi się życie dalej poukłada. Tyle lat razem, nigdy tak na prawdę nie byłam fizycznie sama. Mam poczucie, że jest to najwyższy czas aby w końcu o siebie zawalczyć, ale tak bardzo się boję...
Jeśli ktoś z Was mógłby mnie trochę wesprzeć...proszę... Bo to nie tak, że cierpi tylko ten, którego ktoś zostawił. To nigdy nie jest łatwa decyzja, zwłaszcza jeśli się nie odchodzi do kogoś innego...
Betleja!
Uczucia, które Ci towarzysza sa zupełnie naturalne....i strach i ból, niepewność przyszłości.
Ale chyba lepiej tak, niz miałabys sie męczyć z mężczyną, który okrutnie Cię zawiódł....
Sama piszesz, że nie potrafisz juz sie zmusić do uczuć.....
Myslę, że najlepsze, co możesz zrobić to daj czasowi czas...banalne, ale prawdziwe...
Ból z czasem sie zmniejszy, otworza sie nowe perspektywy. Może zrobisz coś na co nie miałaś czasu lub odwagi się zdobyć?
I z czasem poznasz kogos wartościowego! Otworzysz się na nowe uczucia!
Będziesz jeszcze szcześliwa!!
Trzymam kciuki!
Witajcie,
Po kilku miesiącach muszę dopisać epilog historii.
Nie jest dobrze. Mój mąż starał się przez miesiąc, około. Zmienił pracę, wszedł w nowe środowisko, otworzyły mu się nowe możliwości i znów się oddalił. Gdy było źle, obwiniał mnie, że to dla mnie dokonał zmian, z których był niezadowolony. Jak było dobrze, znów się nie liczyłam.1,5 miesiąca temu był na wyjeździe służbowym za granicą. Przez tydzień. Byłam sama i było mi tak bardzo dobrze... Nie tęskniłam, nie chwytał mnie za gardło lęk, gdy słyszałam kroki na schodach...Piękne i przerażające...Zrozumiałam, że już tak nie mogę. Że nawet, gdyby mi nieba przychylił, to ja już tego nie umiem docenić. Że nie jest mi dobrze, gdy się do mnie zbliża, nie chcę go pocałować, nie chcę z nim iść do łóżka. Coś się wypaliło, pewnie już wcześniej to czułam, ale nie chciałam się do tego przed sobą przyznać.
Miesiąc temu powiedziałam, że chcę rozwodu. Były płacze, awantury, błagania, obietnice...szantaż, groźby, potem chwile opamiętania, rezygnacja, i tak w kółko...Wzięłam adwokata, złożyłam pozew, czekam na sprawę. Mąż postawił warunek, że zgodzi się, jeśli nie zrobię podziału majątku, wezmę tylko tyle ile wniosłam. Powinnam za to mieć kawalerkę, mam taką nadzieję. On chce zostać w mieszkaniu, twierdzi, że za dużo w nie zainwestował. Będzie się chyba gonił po tych czterech pokojach.
Pomimo tego, że jestem pewna swojej decyzji, to mam chwile załamania. Łapie mnie panika, bezsilność, boję się jak mi się życie dalej poukłada. Tyle lat razem, nigdy tak na prawdę nie byłam fizycznie sama. Mam poczucie, że jest to najwyższy czas aby w końcu o siebie zawalczyć, ale tak bardzo się boję...
Jeśli ktoś z Was mógłby mnie trochę wesprzeć...proszę... Bo to nie tak, że cierpi tylko ten, którego ktoś zostawił. To nigdy nie jest łatwa decyzja, zwłaszcza jeśli się nie odchodzi do kogoś innego...
Boże...po raz kolejny facet pokazuje, że jeśli sie zmienia to udaje, jeśli stara to góra miesiąc... coraz bradziej sama skłaniam sie ku rozwodowi.
Podziwiam Cię, że jesteś tak silna...
Trzymam kciuki! Pisz kochana co dalej u Ciebie!
Witam,
Jak to miło, że ktoś się odezwał... Nie chcę robić z siebie ofiary, cierpiętnika wymagającego współczucia, ale tak strasznie brakuje mi wsparcia... Mam rodziców, którzy stoją za mną murem, ale oni poparliby każdą moją decyzję bo mnie kochają i chcą mojego szczęścia. Ale oni tez nie wiedzą wszystkiego, poza tym nie chcę ich za bardzo obciążać.
Tak bardzo chciałabym pozbyć się wyrzutów sumienia, tego irracjonalnego poczucia, że robię mężowi krzywdę, że niszczę jego świat. A o tym mnie cały czas stara się przekonać. Mówi, że rozumie moje rozgoryczenie tym związkiem, ale że to ja go rozwalam, to ja nie chcę walczyć, nie chcę uwierzyć, że można jeszcze coś zdziałać, że to zła decyzja, nieprzemyślana. A ja już po prostu nie mam siły. Nie mam siły wierzyć, że coś się może zmienić, tyle razy przecież mi to obiecywał. I dlaczego chce walczyć dopiero teraz? Boże drogi, jakie to wszystko trudne...
Betleja,
biorac slub mowimy ze to na dobre i na zle. Zle to nie musi byc choroba, kalectwo. To moze byc tez pogubienie sie, oddalenie.
I obiecujemy, ze zadbamy o to, kiedy to przyjdzie.
Ty raczej nie dajesz szansy - zgadzam sie z Twoim mezem.
On zrobil zle - nawet bardzo zle. Nie ma co do tego watpliwosci. Ale prosi teraz o szanse, ktorej nie dostaje.
Rozumiem - w Tobie sie juz wypalilo. Byc moze to wlasnie jest powod, a nie jego flirt.
Czy masz wyrzuty sumienia? Wydaje mi sie, ze gdybys ich nie miala podzielilabys majatek po polowie, a Ty zgadzasz sie odejsc z prawie niczym. Skoro bylas rowna, nie zawinilas, nie masz sobie nic do zarzucenia, dlaczego rezygnujesz z tego co Ci sie prawnie nalezy?
Badz uczciwa przed sama soba, a wtedy Ci bedzie latwiej byc uczciwa w stosunku do meza.
Zeby bylo jasne - nie popieram zdrad, jestem za 100% uczciwoscia malzenska - ale w kazdej sprawie! Takze w sprawie nazywania po imieniu powodow, kiedy chcemy sie z kims rozstac.
betleja,
na mnie kiedyś bardzo duże wrażenie zrobiło zdanie MASZ PRAWO ODEJŚĆ Z MIEJSCA, KTÓRE CIĘ NISZCZY. Dopiero, gdy dałam sobie takie prawo, przestały mnie dręczyć wyrzuty sumienia, że opuszczam chorego męża, który tak mnie kocha. Dodajmy - chorego na alkoholizm i kochającego chorą miłością (alkoholik nie umie kochać zdrową miłością). Zresztą nie ważne, co jest przyczyną tego niszczenia - egoizm, zdrada, kłamstwa, nałogi, zaburzenia psychiczne czy emocjonalne, brak poczucia bezpieczeństwa, brak szacunku, brak miłości - MASZ PRAWO ODEJŚĆ. I masz prawo nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia. Ty nie niszczysz mężowi świata, Ty dbasz o swój świat, o swoje szczęście i spokój. Skoro jesteś pewna swojej decyzji i wiesz, że tak będzie dla Ciebie najlepiej, to nie daj się wpędzić w poczucie winy. Przecież nie można być z kimś tylko dlatego, że wpędził nas w poczucie winy, prawda?
Życzę dużo siły. Nie jest to łatwy etap w życiu, ale da się przeżyć
I już tylko od Ciebie będzie zależało jak będzie wyglądać Twoje życie ![]()
betleja,
na mnie kiedyś bardzo duże wrażenie zrobiło zdanie MASZ PRAWO ODEJŚĆ Z MIEJSCA, KTÓRE CIĘ NISZCZY. Dopiero, gdy dałam sobie takie prawo, przestały mnie dręczyć wyrzuty sumienia, że opuszczam chorego męża, który tak mnie kocha. Dodajmy - chorego na alkoholizm i kochającego chorą miłością (alkoholik nie umie kochać zdrową miłością). Zresztą nie ważne, co jest przyczyną tego niszczenia - egoizm, zdrada, kłamstwa, nałogi, zaburzenia psychiczne czy emocjonalne, brak poczucia bezpieczeństwa, brak szacunku, brak miłości - MASZ PRAWO ODEJŚĆ. I masz prawo nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia. Ty nie niszczysz mężowi świata, Ty dbasz o swój świat, o swoje szczęście i spokój. Skoro jesteś pewna swojej decyzji i wiesz, że tak będzie dla Ciebie najlepiej, to nie daj się wpędzić w poczucie winy. Przecież nie można być z kimś tylko dlatego, że wpędził nas w poczucie winy, prawda?Życzę dużo siły. Nie jest to łatwy etap w życiu, ale da się przeżyć
![]()
I już tylko od Ciebie będzie zależało jak będzie wyglądać Twoje życie
Święte słowa Karen!!!
Mąż autorki stracił swoja szansę na szczęście. Miał je w ręku i dobrowolnie wypuścił!!
Miriamm,
Tak, rezygnuję z tego co mi się prawnie należy. Ale nie przez wyrzuty sumienia. Ja już nie chcę awantur i tyle. Czy jesteś sobie w stanie wyobrazić co się czuje, gdy ktoś chce przehandlować życie z Tobą za własną wygodę? Gdy mówi, że tylko tyle Ci się należy, bo tylko tyle wniosłaś w posagu? Bo dla kogoś kogo kochałaś nie istnieje pojęcie tego co wspólne?
Nigdy nie mówiłam, że przyczyną mojej decyzji było tylko to, co się teraz niedawno podziało. To była ta kropla za dużo. To było coś, co mi uświadomiło, że mąż traktował mnie jak sublokatorkę, coś co sobie po prostu jest. A ja wciąż miałam nadzieję, że to stan przejściowy, albo że on po prostu inaczej nie umie. To co się podziało pokazało mi, że stan przejściowy to stałość, a on inaczej potrafi, tylko nie przy mnie.
A moje wyrzuty sumienia? Trudno ich nie mieć, gdy ktoś mówi, że już na pewno nie ułoży sobie życia, że nie wyobraża sobie że mnie nie będzie. Tylko czy to nie jest coś na kształt szantażu emocjonalnego? Ja mu do tej pory nie byłam do niczego potrzebna, więc dlaczego nagle teraz się obudził? On świetnie wie, że mnie to boli, zawsze umiał grać na moich emocjach bo nigdy ich nie ukrywałam.
Wypaliło się we mnie? Tak, w końcu się tak podziało. Nie jestem z tego dumna. Ale mam świadomość, że przez 13 lat walczyłam. Za nas oboje, sama, co teraz nawet mąż przyznaje. Wyrzuty sumienia dotyczą tego, że już nie wierzę że coś się zmieni, chciałaby, ale już nie potrafię. Tylko powiedz, ile razy można dawać komuś szansę? I z jakiego powodu? Z dumy, zawziętości, ambicji? Można tylko z miłości, z litości nie wolno. A została we mnie już chyba tylko litość i żal.
Karen,
To bardzo mądre, co piszesz, widać że dużo w życiu przeszłaś. Widzisz, ja właśnie nie umiem dać sobie tego prawa, tak w sobie. Zawsze byłam osobą bardzo odpowiedzialną, aż za bardzo, i dlatego teraz tak strasznie czuję się z myślą o tym, że świadomie robię coś, co jest sprzeczne z moimi dotychczasowymi zasadami. Jak w Małym Księciu, jeśli coś oswoisz, to jesteś za to odpowiedzialny. Ja w jakiś niszczący mnie sposób wciąż czuje się za męża odpowiedzialna, choć w głębi duszy świetnie wiem, że on ma o wiele większe szanse szybciej ułożyć sobie życie.
Chore to wszystko, ale mam tak straszny chaos w sobie, że nie potrafię tego ogarnąć. Decyzji jestem pewna, chociaż wiem, że to porażka...
Dla wszystkich, albo dla prawie wszystkich, rozwód jest porażką. Bo przecież nie po to ludzie się pobierają, by za jakiś czas się rozwodzić. Mamy marzenia i plany, chcemy być razem szczęsliwi... nie zawsze to się udaje, wtedy odczuwamy porażkę. Ale nie możemy się obarczać nie swoją winą. Nie możemy też brać odpowiedzialności za dorosłe osoby. Każdy sam jest odpowiedzialny za siebie, jeśli popełnia błędy to musi ponieść ich konsekwencje, a nie obarczać nimi drugą osobę i wpędzać ją w poczucie winy.
To co najlepszego możesz dla siebie w tej chwili zrobić, to zająć się sobą. Dbaj o siebie, codziennie rób sobie jakąś przyjemność, kup sobie coś, spotkaj się ze znajomymi. Mąż nie dbał o Ciebie przez lata, teraz zadbaj sama. Pokochaj siebie. Potrzebujesz teraz dużo siły, spróbuj ją odnaleźć w sobie, by poczuć się pewniej.
Byc moze to moje skrzywienie dotyczace reperowania wszystkiego za wszelka cene kaze mi namawiac Cie na przemyslenie wszystkiego jeszcze raz..
Jesli wszystko przemyslalas i czujesz, ze ten zwiazek Cie niszczy nie ciagnij go. Nie chcialam Cie do tego namawiac. Chodzi tylko o to, zeby miec czyste sumienie, ze zrobilo sie juz wszystko w tej sprawie. wtedy pozniej zyje sie lepiej - z czysta karta w pewnym sensie.
Co do mieszkania - zastanow sie jeszcze.
Maz o Ciebie nie dbal, Ty na to pozwalalas. Nie stawialas mu granic - jak sam powiedzial. A teraz chcesz mu ulec.
Nie jestem materialistka, ale gdzie tu sprawiedliwosc?
Byc moze to moje skrzywienie dotyczace reperowania wszystkiego za wszelka cene kaze mi namawiac Cie na przemyslenie wszystkiego jeszcze raz..
Jesli wszystko przemyslalas i czujesz, ze ten zwiazek Cie niszczy nie ciagnij go. Nie chcialam Cie do tego namawiac. Chodzi tylko o to, zeby miec czyste sumienie, ze zrobilo sie juz wszystko w tej sprawie. wtedy pozniej zyje sie lepiej - z czysta karta w pewnym sensie.Co do mieszkania - zastanow sie jeszcze.
Maz o Ciebie nie dbal, Ty na to pozwalalas. Nie stawialas mu granic - jak sam powiedzial. A teraz chcesz mu ulec.
Nie jestem materialistka, ale gdzie tu sprawiedliwosc?
Ja tez byłam za ratowaniem swojego małżeństwa za wszelka cenę.
Mój były juz mąż, zakochał sie w koleżance z pracy...
I rok czasu zastanawiał się co ma robić, z kim ma byc....bo i to kręci i to nęci!
Ja organizowałam terapie, książki....prosiłam, błagałam...bo rodzina, bo córka, bo to, bo tamto!!
Tylko ja wiem, ile upokorzenia w tym było i bólu..
MoniaCo,
skad ja to znam???? Roznica jest tylko taka, ze Wy sie ogarnelyscie, a ja ciagle nie. U mnie tez bylo multum kolezanek przez 25 lat malzenstwa, a nie jedna.
Moze to wlasnie dlatego, ze ciagle widze jakies szanse, ktorych na prawde nie ma. Nie moge i nie chce uwierzyc, ze on mnie nie kocha, bo moje i tak nieistniejace poczucie wlasnej wartosci spadnie na -1.
Pewnie kazdy udziela rad poprzez wlasny pryzmat.
Miriamm,
nie masz pojęcia, jak podnosi się "nieistniejące" poczucie własnej wartości w momencie, kiedy bierzesz sprawy swego życia i szczęścia we własne ręce, gdy już nie musisz czekać na czyjąkolwiek akceptację, bo akceptujesz i kochasz sama siebie.
SZANSĘ to Ty daj sobie, a nie wiecznie jemu i "wam".
Witajcie,
Ja jak zawsze z doskoku, pewnie dlatego, że strasznie się rozklejam i trudno mi pisać. Za dwa tygodnie mam sprawę rozwodową. Z jednej strony cieszę się, że tak szybko, bo jeszcze przed wakacjami, a z drugiej jestem przerażona.
Mąż jak przeczytał pozew, to oczywiście robił mi wyrzuty, ale to w sumie szybko minęło. Teraz udaje, że jest wszystko ok, czasem się zawiesza, widzę, że to przeżywa, a mnie aż zwija od środka. Wciąż od nowa zadaję sobie pytanie, czy dobrze robię. Nie wiem czy to normalne, pierwszy raz jestem w takiej sytuacji i oby ostatni. Byłam taka pewna, tak bardzo zdecydowana, a teraz same wątpliwości, myśli co by było gdyby... Wiem, że jedno moje słowo i wszystko byłoby po staremu, bo mąż sam z siebie nie chce rozstania. Tylko jakie miałby wtedy podstawy do tego, żeby mnie szanować? A przecież tak na prawdę o to mi chodzi, bo nie można mówić o miłości bez szacunku do drugiej osoby.
Mam świadomość, że on się nie zmieni. A nawet jeśli, to tylko na trochę, dopóki będę mu patrzeć na ręce, potem odpuści, jak zawsze. Ale to tak strasznie boli, ten żal za tym, jak mogło być, a nigdy nie było...
Bardzo się boję. Po raz pierwszy w życiu jestem w sytuacji, w której nawet w najmniejszym stopniu nie jestem w stanie przewidzieć co mnie dalej czeka. Raz jestem pełna optymizmu i nadziei, za chwilę wpadam w panikę. Ta emocjonalna huśtawka mnie wykańcza.
Jak Wy sobie w takiej sytuacji radzicie, radziłyście? Bo ja jestem wykończona
betleja
każdy z was wybiera
twój mąż również
także przez to, że, jak mówisz, chciałby zostać -bylebyś ty zmieniła zdanie
ale on wybiera cały czas
wybiera, bo nie walczy o ciebie
bo chce zostać - dlaczego?? -dla świetego spokoju? dla wygody? bo nie ma pomysłu na siebie?/
czy chce zostać, bo chce być przy tobie, chce twojego szczęscia, chce o cioebie dbać, nie chcę przysparzać ci więcej zmartwień i chce mieć mozliwośc dbania o twoje szczęscie???
on wybiera betleja
zauważ to
wybiera sytuację, w której wyogdnie czeka na twoje decyzje
w której obarcza cię pełną odpowiedzialnością za tę zdradę i jej konsekwencje - bo to TY podejmujesz decyzje, to TY działasz, to TY szukasz rozwiazania...
on nie jest z tobą betleja.. po proosru
betleja - gratuluję odwagi!!!! Jesteś o wielki milowy krok przede mną, ale ja wiem, że dobrze robisz!
Nie będziesz żałowała.
Ja wierzę, że będzie z Tobą dobrze! Obecnie sama jestem w takiej niepewnej sytuacji. Pomimo tego, że wiem że decyzja o rozwodzie jest słuszna to czuję strasnzy niepokój, obawy i cholera wie co jeszcze
Najgorszemu wrogowi nie życzę takich doświadczeń.
Mój mąż- tak jak już tu na forum wspominałam - obiecał poprawę, skończyło się na tym, że dalej utzrymywał kontakt z koleżanką a mnie oszukiwał. Tak na prawdę nigdy nie przyznał się, że mnie zdradził. Jak mu powiedziałam o rozwodzie to płakał i pytał ale jak? dlaczego? przecież mnie kocha. Tylko wg mnie nie da się kochać dwóch osób na raz i jeśli on nie umie zrezygnować z tej drugiej to ja zrezygnuję z niego. I oczywiście, że mi szkoda i przykro i cały czas zastanawiam się czy dobrze robię. Ale tym razem nie pozwolę na granie na swoich uczuciach i nie zmienię zdania. Niedługo minie rok od czasu zdrady a w naszym życiu jest tylko gorzej. I pomimo tego, że gołym okiem widać, że nasze relacje legły w gruzach - on dalej twierdzi, że chce ze mną być a ja się zastanawiam dlaczego!!??
kama
naprawdę nie wiesz dlaczego czy tylko boisz się spojrzeć prawdzie w oczy? On po prostu nie kocha Ciebie a kocha siebie. Z Tobą jest mu wygodniej, bezpieczniej i to na tyle. Poczytaj sobie odpowiedzi End_Aluzji a tam znajdziesz odpowiedzi.
kama
naprawdę nie wiesz dlaczego czy tylko boisz się spojrzeć prawdzie w oczy? On po prostu nie kocha Ciebie a kocha siebie. Z Tobą jest mu wygodniej, bezpieczniej i to na tyle. Poczytaj sobie odpowiedzi End_Aluzji a tam znajdziesz odpowiedzi.
Stokrotka - niestety też to zauważyłam tylko chyba za późno. Jest strasznym egoistą. A czasami mam wrażenie, że jest ze mną bo jego mama nie zniosłaby tego gdybyśmy się rozstali. Ona też została zdradzona i wiem, że przynajmniej na początku nie zrozumiałaby postępowania syna. Z czasem pewnie by jej przeszło, ale wiem, że mnie bardzo lubi.
betleja - gratuluję odwagi!!!! Jesteś o wielki milowy krok przede mną, ale ja wiem, że dobrze robisz!
Nie będziesz żałowała.
Ja wierzę, że będzie z Tobą dobrze! Obecnie sama jestem w takiej niepewnej sytuacji. Pomimo tego, że wiem że decyzja o rozwodzie jest słuszna to czuję strasnzy niepokój, obawy i cholera wie co jeszcze
Najgorszemu wrogowi nie życzę takich doświadczeń.
Mój mąż- tak jak już tu na forum wspominałam - obiecał poprawę, skończyło się na tym, że dalej utzrymywał kontakt z koleżanką a mnie oszukiwał. Tak na prawdę nigdy nie przyznał się, że mnie zdradził. Jak mu powiedziałam o rozwodzie to płakał i pytał ale jak? dlaczego? przecież mnie kocha. Tylko wg mnie nie da się kochać dwóch osób na raz i jeśli on nie umie zrezygnować z tej drugiej to ja zrezygnuję z niego. I oczywiście, że mi szkoda i przykro i cały czas zastanawiam się czy dobrze robię. Ale tym razem nie pozwolę na granie na swoich uczuciach i nie zmienię zdania. Niedługo minie rok od czasu zdrady a w naszym życiu jest tylko gorzej. I pomimo tego, że gołym okiem widać, że nasze relacje legły w gruzach - on dalej twierdzi, że chce ze mną być a ja się zastanawiam dlaczego!!??
w takim razie nie zastanawiaj się - DLACZEGO
zastanów się JAK
chce być z tobą??
jakiego człowieka przy sobie chcesz kama? czego oczekujesz? jakiego związku chcesz, jakich relacji?
chcesz być ze mną?
dla mnie związek oznacza....
ja chcę dla siebie tego
mogę go z tobą budować... w taki s[posób...
chce byc z tobą?
co to znaczy?
kama - co to dla ciebie znaczy?
że pierzesz mu skarpetki i gotujesz obiady?
czy że jest twoim przyjhacielem, partnerem i o ciebie i twoje potrzeby dba?
jestem gotowa dać w związku to
End_aluzja, jak ja bym chciała być tak mądra życiowo jak Ty...
Za cztery dni rozprawa. Huśtawki na stroju mam nadal, ale staram się nad tym panować. Jest ok, dopóki nie włączę emocji, nie zacznę się rozklejać, że jak to będzie dalej wyglądać, że już niedługo będę się musiała wyprowadzić...
Chwilowo mam o tyle dobrą sytuację, że męża przez ten tydzień nie było, miał wyjazd służbowy. Mogłam sobie powolutku myśleć nad tym, czego chcę od życia, jak chcę żeby ono wyglądało. Zaczynam robić nieśmiałe plany, ale to nie jest dobry moment, bo za często pierwszą, odruchową reakcją jest pytanie "dlaczego nie mogłam zrobić tego razem z nim?". I znowu żal i wątpliwości, że może jednak... Serce jest strasznie głupią rzeczą, za dużo w nim nadziei, zwłaszcza tam, gdzie w ogóle nie ma prawa jej być.
End_aluzja, Twój wywód na temat tego, że mąż wybiera a nie decyduje, że czeka na moje decyzje... To zrobiło na mnie ogromne wrażenie, bo masz rację, nigdy na to tak nie patrzyłam. Faktycznie, on tylko czeka. I w sumie tak zawsze było, wszystko co się istotnego działo w naszym życiu, jakieś przełomowe momenty, to nigdy nie były jego decyzje, on je tylko akceptował. Tylko idąc tym śladem bardzo wyraźnie widać, jak sama sobie to wszystko zgotowałam...