Byliśmy razem 3,5 roku.
Ryczałam każdego dnia, każdej nocy przez kilka miesięcy, schudłam, byłam wrakiem człowieka. Nie miałam siły żyć. Błagałam żeby wrócił, ale przynosiło to odwrotny skutek. Olewał i odrzucał mnie jeszcze bardziej.. Potrzebował mnie tylko do jednego. Nie chciał wrócić, był cholernie stanowczy. Krzyczał "nie wrócę do Ciebie", ale jednocześnie tulił, chciał całować i .....
bawił się mną, a ja umierałam w bólu. Dawał i odbierał nadzieję. Przytulał, a potem kazał spadać..
opamiętałam się. Zerwałam kontakt. Było ciężko. Co jakiś czas odzywał się, rozwalając mnie na nowo i niszcząc. Bo nadal go kochałam...i myślę, że jeszcze czuję coś do niego. Powiedziałam KONIEC, zero kontaktu, nie chciał żebym była jego kobietą, nie będę nigdy w życiu jego koleżanką. Dosyć poniżania. Zrozumiałam, że zrobiłam wariatkę z siebie. Wywaliłam z fb, poblokowałam, wykasowałam numery. Miałam spokój miesiąc. Zero kontaktu.. Stanęłam na nogi, podniosłam się. I jest mi dobrze.. Wspomnienia wracają, bolą, ale ból przez odrzucenie jaki mi zafundował, paraliżuje powoli wszystkie uczucia do niego.... które pozostały.
Dzisiaj, wiadomość od niego.. po miesiącu milczenia "co u mnie", strasznie zaciekawiony był. Krótka rozmowa, olewcza z mojej strony. I wielki bulwers, że nie interesuje mnie co u niego..
Niech mi ktoś wytłumaczy, zniszczył kilka miesięcy mojego życia.. tak strasznie nie chciał ze mną być, ma to co chciał, nie jest ze mną, to po co się odzywa??? Tyle prosiłam, żeby przestał się kontaktować, że wycierpiałam wiele przez niego, i niech da o sobie zapomnieć. Zignorował. Boję się, że moje zakopywane uczucia wrócą, i znów przeżyję drugi raz to rozstanie, nadal mam go w sercu