Zacznę może tak: urodziłam się na wsi jako czwarte dziecko moich rodziców ( dziewczynka ). Po moim urodzeniu przez tydzień balowała cała wieś. Mój ojciec kombatant, zołnierz września 1939r przez przypadek został na gospodarstwie swoich rodziców, bo jego brat zginął w czasie wojny. A na wsi gospodarstwo z dziada pradziada przechodziło na syna, który musiał kontynuować pracę, musiał być następcą. Ojciec upatrzył moją mamę, która już wcześniej wyrwała się do Warszawy jako krawcowa. Porwał ją i się z nią ożenił i razem zamieszkali w domu ojca. Mój ojciec na warunki lokalne był oczytany, dobry, inteligentny, lubił pomagać innym, wyjeżdzał na różne spotkania, narady itd. a mama zajmowała sie domem, dziećmi i zwierzętami, które wtedy posiadali (2 konie, świnie, krowy, kury, gęsi i pies ). Ojciec pisał ludziom podania, starał sie o renty, emerytury, czy odszkodowania za coś tam. On nie miał wiele czasu na pracę w polu, a wręcz wydaje mi się, że jej nie lubił. Posiadali 10 ha ziemi tzn. za mało aby dostatnio żyć, ale za dużo aby to łatwo obrobić. Jak były prace w polu to każda para rąk się przydawała, nawet i dziecka. W moim domu nigdy nie było alkoholu, ani kłótni, nie było też pieniędzy.
Pamiętam jak mój 14 - letni brat orał pole i przewracał się za pługiem, bo był zbyt słaby na taką pracę ( ojca znów nie było miał ważne sprawy w gminie czy powiecie ).Pamiętam jak ja jako 6- letnie dziecko pilnowałam stado gęsi na polu- jak bardzo chciało mi sie wtedy płakać, bo taki gąsior chciał mnie raz nawet zadziobać.Na zabawę nie było czasu, to brat brał mnie na sanki, lub rower i woził, woził dookoła wsi , aż kiedyś zwalił i złamał nos. Potem była szkoła - 6 klas w tej samej wsi. W zimie ojciec woził mnie na sankach do szkoły, w klasie było 9 osób ( klasy były łączone ).Do klasy 7 i 8 chodziłam 3 km ( nie było dnia bym opuściła lub się spóźniła do szkoły ). W domu był tylko 1 rower, który był w domu zawsze potrzebny. W zimie rodzice dzieci saniami po zaspach wieźli do szkoły ( raz jeden ojciec, a raz drugi ). Droga do szkoły na wiosnę i na jesieni była kamienista i w błotna. Przed szkołą trzeba było zmienić buty, bo wstyd było wejść do szkoły w zabłoconych butach. Pamietam, że w szkole na okres wykopków dzieci rolników były na dwa tygodnie zwalniane z lekcji, a ja chciałam chodzić do szkoły- płakałam jak bóbr, a łzy leciały na kolana, że potem nie uzupełnię materiału. Nie lubiłam pracy w polu od rana do wieczora, ja chciałam się uczyć - ale na wsi to praca była najważniejsza, nauka była na drugim planie.
cd. nastapi
1 2013-01-23 10:17:58 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-23 10:29:08)
Podobne tematy
Po co ten ''ciąg dalszy nastąpi''? To brzmi jakbyś pisała kiepską powieść.
I nie bardzo wiem, jak się odnieść do problemu, bo go w tym, co napisałaś, nie widzę.
Ale o co właściwie chodzi? Co to, życie na wsi to taka trauma? Rodzice nie pili, było ok, a że czasami trzeba było pomóc w gospodarstwie to zaraz dramat?
Polecam rozprawic sie z dzieciństwem np w gabinecie u psychologa
To przynosi ulgę ![]()
5 2013-01-23 15:06:06 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-23 15:17:53)
Mój problem to nieśmiałość, niska samoocena i kompleksy, które towarzyszą mi przez całe życie. Kiedyś nikt nie myślał o psychologu, czy psychiatrze, bo przecież co za dramat? rodzice nie pili, a że czasami trzeba było coś zrobić to żaden problem- tak pisze Cynicznahipo i WitchQueen, a ja chciałam napisać jak czuje się dziecko na wsi zmuszane do pracy od 6 roku zycia. Moja myśl powstała na podstawie postu " przeprowadzka z miasta na wieś " Ponadto myślałam, że każdy ma prawo napisać nawet kiepską powieść, tylko aby nie obrażał drugiego człowieka.Jeśli post nie interesuje to nie trzeba go czytać- jest wiele innych postów ciekawszych. Jest mi przykro za takie mało kulturalne wpisy. Ja nikogo nie obraziłam, a nawet nie miałam takiego zamiaru. A , że może trochę kiepsko na początek mi wyszło? Chciałam po prostu przestrzec młode kobiety zakochane w chłopaku ze wsi, że tam nigdy nie będzie kolorowo. bo tam najwazniejsza jest praca, żeby się zastanowiły nad życiem i wychowywaniem dzieci w takich warunkach.Tak było kiedyś i tak jest dziś, mentalność niewiele się zmieniła, chociaż mamy XXI wiek.
Pewnie , że wiem, że praca uszlachetnia, wzbogaca, człowiek nie ma czasu na " pierdoły" no ale ...... zależy czyimi patrzy się oczami.
Krostka!
Nie zniechęcaj się po jednym niezyczliwym wpisie.
Życie dziecka w gospodarstwie nie jest sielanką....warto to opisać mieszczuchom!
Mieszkam na wsi od pewnego czasu i widzę, jak tu się żyje. To nie jest wieś na zaproszeniem, zadupiu, tylko blisko dużego miasta, ale mimo to różnica w mentalności między tym miejscem a miastem jest olbrzymia. To prawda, o czym piszesz. Dzieci od najmłodszych lat są zmuszane do pracy, nierzadko kilkulatek jeździ traktorem i tym ludziom wydaje się, że to normalne. Ich mało obejdzie wypadek z udziałem dziecka, wzruszą ramionami i powiedzą, że trudno, zdarza się i wrócą do grabienia siana albo wykopków.
Uszlachetnia tylko ta praca, którą chce się wykonywać z własnej nieprzymuszonej woli. Przymus pracy to jest niewolnictwo, a to poniża. A praca na roli... głównie zniewala, znieczula na problemy innych, sprawia, że ludziom zmieniają się priorytety, takie wartości jak dobro, miłość, rodzina schodzą na dalszy plan.
Krostka, tu na forum niektóre osoby są przyzwyczajone, że ktoś już w pierwszym poście formułuje problem, a ty piszesz "cdn.", tak jakbyś po prostu chciała historię opisać, a nie problem. Także nie zrażaj się tymi uwagami, tylko pisz dalej
.
Krostka, pisz dalej. Ciekawa jestem ciągu dalszego. Sama jestem kobieta, która prawie cale dotychczasowe życie spędzila na wsi. Doskonale wiem, co chcesz przekazać swoją wcale niekiepską powieścią ![]()
Moim niesamowitym kompleksem przez całe moje życie było moje wyjątkowo oryginalne imię. To imię dawało mi dodatkowego kopniaka i w duchu buntowałam się na cały świat.Jako czwarte dziecko rodziców i jedyna córka otrzymałam imię, które naznaczyło moje całe życie.Dzisiaj w dobie komputerów i internetu łatwo dowiedzieć się co zrobić z takim problemem, ale kiedyś? Nikt z dorosłych nie podpowiedział. Jeśli to imię było przekręcane to czułam jakby wóz drabiniasty po mnie przejeżdzał. Wtedy cała się trzęsłam , a jak ktoś zapytał jak mam na imię to drżały mi nogi i pociły się rece. Potem jak byłam nastolatką to wymyśliłam sobie zwykłe popularne imię. Moje imię blokowało mnie podczas wystąpień, podczas spotkania z innymi ludźmi. Ktoś powie, że można było pójść do psychiatry czy psychologa? A któż wtedy o tym wiedział ? Nie żalę się, aktualnie zaakceptowałam swoje imię, przedstawiam się tak jak się pisze i jest ok. Ale piszę to trochę ku przestrodze młodym rodzicom, którzy swoim dzieciom dają takie imiona, że czasami trudno powtórzyć. Oczywiście w domu nie było alkoholu, nikt mnie nie bił nie molestował, a ja i tak czułam się nieszczęśliwa.
Mój problem to nieśmiałość, niska samoocena i kompleksy, które towarzyszą mi przez całe życie. Kiedyś nikt nie myślał o psychologu, czy psychiatrze, bo przecież co za dramat? rodzice nie pili, a że czasami trzeba było coś zrobić to żaden problem- tak pisze Cynicznahipo i WitchQueen
A nieprawda, bo chodziło mi o brak jakiegokolwiek pytania w Twoim pierwszym poście...
Na temat pracy na wsi NIE WYPOWIADAŁAM się.
11 2013-01-23 19:44:40 Ostatnio edytowany przez simpleKarolina (2013-01-23 19:47:07)
Krostka, ja tez jestem czwartym dzieckiem moich rodziców. Po mnie pojawili sie jeszcze siostra i brat. W dzisiejszych czasach posiadanie sześciorga dzieci nie jest często spotykane, ale dawniej nie było to jakoś specjalnie szokujące.
Mieszkanie na wsi nie było dla mnie traumatyczne ale o sielance tez nie mogę powiedzieć. Doskonale pamiętam czasy kompletnej harówy przy zwierzętach, żniwach, zbiorach ziemniaków... Zawsze jednak staram się wspominać także te mile chwile. Kąpiele w rzece, gry w siatkówkę na boisku w lecie, ogniska z paczką znajomych czy kuligi zimą.
Hej ja tez jestem ze wsi,ale nie mam zadnych kompleksow z tego tytulu.........moje zycie nawet chyba sie specjalnie nie roznilo od zycia w miescie ,chyba ,ze teatr,kino itp rzeczy,ale zawsze mozna bylo dojechac.Moi rodzice nie mieli gospodarstwa....chociaz mieli troche "gleby"ale to traktowali jako + w swoim zyciu.Mysle,ze troche przebarwiacie zycie na wsi...nie widze zeby dzieci byly ciagniete do jaiejs ciezkiej pracy.Ja naprawde nie zamienilabym zycia na wsi na zycie w miescie ![]()
Jest różnica jeśli ma się np. 10 hektarów ziemi, która jest pod tzw. uprawę, a trochę, jak to określiłaś "gleby". Ty masz inne doświadczenia, my inne. Nie oznacza to, ze przebarwiamy życie na wsi. Taka była nasza rzeczywistość.
14 2013-01-23 22:10:20 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-23 22:25:33)
Kryst uwierz mi, że kawałek gleby, a 10 ha uprawnej ziemi to chyba różnica. Jednak to też za mało by dostatnie żyć, a za dużo by szybko obrobić. Czasy wtedy były inne, bardziej smutne i bardziej trudne. Teraz jest wieksza mechanizacja, kombajny , a ja pamietam koszenie zboża kosą. Teraz żadne z dzieci nie pasie gęsi ani krów i Dzięki Bogu ! Nie wiem dlaczego nikt mnie nie rozumie? Nigdy nie bałam się roboty, ale ja chciałam się uczyć, a u nas na wsi to najpierw była robota, a dopiero potem czas na naukę. Teraz przeraża mnie, że moi synowie rwą sie na wieś i też nie rozumieją mojego niezadowolenia.Ale mieszkanie na wsi, bez uprawiania hektarów to też inna bajka.Ja mam już 60 lat i wspominam lata mojego dzieciństwa i młodości i pewnie to błąd.
Krostko, czy Ty nadal mieszkasz na wsi czy się przeprowadziłaś?
Skoro już jesteś świadoma, że istnieje ktoś taki jak psycholog - nie myślałaś o wizycie? Tyle lat zmarnowałaś na nieuzasadnione kompleksy - może jednak należy coś z nimi zrobić, żeby nie zatruwały Ci dalszego życia?
krostka, jaka jest Twoja dalsza historia?
17 2013-01-23 22:15:44 Ostatnio edytowany przez smutna123 (2013-01-23 22:16:45)
Jakbym słyszała moją mamę. Dokładnie ma takie same odczucia. Miała ambicję i parcie na rozwój, i dlatego uciekła stamtąd.
Całe gospodarstwo przypadło i tak jej (nikt nie chciał). Obecnie nic tam nie ma prócz domku, małego ogródka i stodoły. Kilka lat wstecz posialiśmy ziemniaki (dość sporo). Zaangażowana była cała rodzina. Nikt mnie nie zmuszał, ale muszę przyznać, że narobiłam się przy tych ziemniakach. Poza tym koszenie tylu hektarów zwykłymi kosiarkami to nielada wyczyn. W końcu mój brat szarpnął się na dużą "kosiarę" i z głowy. W sumie nic tam nie dzieje, a i ogarnięcie tego wszystkiego zabiera i siły i czas. Mogę sobie tylko wyobrazić, ile wysiłku kosztuje praca na takim gospodarstwie. Moja mama dziś strasznie narzeka na pozrywane ręce.
Krostko, czy Ty nadal mieszkasz na wsi czy się przeprowadziłaś?
Skoro już jesteś świadoma, że istnieje ktoś taki jak psycholog - nie myślałaś o wizycie? Tyle lat zmarnowałaś na nieuzasadnione kompleksy - może jednak należy coś z nimi zrobić, żeby nie zatruwały Ci dalszego życia?
Vinngo ja dalej mieszkam na wsi i naprawde bym nie zamienila wsi na miasto.Tu mam wolnosc i tu mam swoj dom....nie wyobrazam sobie mieszkania w bloku,bo ja lubie mieszkac u siebie
Mam wszystko to ,co maja"mieszczuchy" ,a tutaj mam cisze spokoj..........i mojego synka
Nie ruszam sie ze wsi !!!!! ![]()
A ja jestem ciekawa co napisze dalej Krostka ! Pisz kochana i nie przejmuj sie co inni pisza. Ci no nigdy nie mieszkali na wsi i nie mieli pare chociazby hektarow do ogarniecia to sami nie wiedza jaki to kawal roboty jest a co dopiero dla dziecka ktore ma 6 lat. Ja sama mieszkam na wsi, kiedys kiedys bylo u nas pole zasiane, kurki a podobno nawet i swinki, nie pamietam tego bo bylam maluska, ja sama nie wiem co oznacza taka ciezka harowka bo nigdy nie pracowalam w polu od switu do nocy nie wliczajac faktu ze jezdzilo sie na zarobek na wisnie czy tez na truskawki jak sie mialo 15 lat. U nas jest duze podworko, naprawde duze, kiedys kosilo sie kosa no teraz czlowiek dorobil sie kosiarka wiec jest lzej, ale ja koszac 3 godz kosiarka mam serdecznie dosc i az mi glowa peka z bolu, ogrodek mega spory, kwiaty, marchew, pietruszka, salatka, zodkiewka, buraki, ogorki i pomidory, sami plewimy, podlewamy codziennie konewka ! A na jesieni grabienie lisci, a sporo tego jest uwierzcie duze mam podworko mozna by powiedziec ze pol hektara samego podworka i wjazdu a w zime tak jak teraz to tyle do odgarniecia sniegu ze szok ! Mieszkac na wsi to nie tylko kominek lampka wina i w tle muzyka to ciezka harowka, drzewa naszykowac , od malego nauczona jestem dziabania i rzniecia pila reczna drzewa, wraz z siostra to robilismy, siostra wiecej bo starsza jest o 5 lat ode mnie ja jak mialam 5 to ona 10 wiec byla juz spora panna no teraz jest pila mechaniczna ale kiedys takiego larytasu nie bylo.
20 2013-01-23 23:19:42 Ostatnio edytowany przez simpleKarolina (2013-01-23 23:20:08)
Kryst54, nie dziwie Ci się
Pamiętam jak ja zamieniłam wieś na co prawda miasteczko ale jednak... Nie było łatwo się zaklimatyzować ale na tamten czas ważniejsze były inne sprawy niż sentymenty itd. Pózniejsza kolejna przeprowadzka do bloku tez nie była czymś przyjemnym. Niby samodzielność ale jednak tęsknota za ta "wolnością", własnym podwórkiem, lasem, polem... Czułam się jak w klatce. Teraz mieszkam za granica w niewielkim miasteczku. Też mam wszystko co prawdziwe mieszczuchy, ale mam tez w okolicy mnóstwo sadów, Ren, pola... Jest dobrze.
21 2013-01-23 23:30:34 Ostatnio edytowany przez simpleKarolina (2013-01-23 23:31:30)
Ale o co właściwie chodzi? Co to, życie na wsi to taka trauma? Rodzice nie pili, było ok, a że czasami trzeba było pomóc w gospodarstwie to zaraz dramat?
Oj moja droga... Jestem niewiele starsza od Ciebie ale zjezyłam sie konkretnie czytajac tego posta.
Wyobraz sobie dziecko, np 12sto letnie. Rano, przed autobusem do szkoly zabiera dwie krowy, smiga z nimi na lake. Wraca do domu, ogarnia sie, zasuwa na autobus. Wraca ze szkoly po 15stej. Szybko robi lekcje, przebiera sie w tzw stroj roboczy, pedzi do piwnicy pod oborą w ktorej znajduje sie sterta burakow. Zaczyna siekac je na mniejsze kawalki...Ciekawa pewnie jestes po co? Ano po to, zeby zwierzeta mialy co jesc. W miedzyczasie trzeba jeszcze do kurnika zerknac, napalic w piecu, przyprowadzic krowki spowrotem do domu..itd itd O zniwach latem, od rana do wieczora nie bede wspominac bo nie wiem, czy Twoja wyobraznia jest w stanie to ogarnac ale wierz mi... Dla malego dziecka, to moze byc dramat, bo zamiast biegac beztrosko za pilka, musi zasuwac i to nie dla wlasnej przyjemnosci.
Za brak polskich znakow przepraszam ![]()
Też mam ojca działacza, ten typ co dba o innych ale o rodzinie zapomina
Ale i tak się kocha
Pozdrawiam
Hej
Ja tez jestem ze wsi.
Ja co prawda musiałam pomagać ale to rzadko bo nie wiem jak to się działo ale u nas na podwórku zawsze było pełno ludzi, moi bracia byli chyba tak lubiani (tata ma 16 h).No ale nie o tym , ja miałam właśnie koleżankę której rodzice mieli duża gospodarkę , jak sobie teraz tak pomyśle o niej to mi smutno.WAKACJE och każde dziecko o nich marzyło , ona niestety nie . ok po godzinie 20 zawsze była dopiero wolna , bo to krowy wydoić a mieli ich dużo , bo to gęsi bo to ogródek i tak ciągle coś, my dzieciaki się zbieraliśmy rowerami jechaliśmy nad jezioro , lody itp ona nie mogla bo żniwa , bo krowa ma się cielic i musi pomagać.Rano przed szkolą to samo , musiała wstawać zająć się krowami itd .Zawsze było czuć od niej "gospodarstwem" mi to nigdy nie przeszkadzało bo ja przyzwyczajona ciągle to czułam jak tata po domu pomykał(zawsze z mama krzyczałyśmy, ale tata nam pociskał : ALE SCHABOWE TO CHCECIE JEŚĆ ) No i skończyła 18 lat i odeszła z domu.Przeprowadziła się do miasta.
24 2013-01-24 09:43:11 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-24 09:47:47)
Po Szkole Podstawowej moim Domem był Internat i Akademik, a teraz od 35 lat mieszkam w mieście ( ok. 200 tyś. mieszkańców ). Mam męża, dzieci, wnuki i tak naprawdę nie narzekam, ale " dzieciństwo często powraca ". Powiem może tak, że " z niewolnika nigdy nie będzie dobrego pracownika "i dziecko powinno mieć swoje dzieciństwo, a młodość musi się wyszaleć. Wieś lubię, ale tylko na weekendowe wyjazdy do rodziny bądź znajomych.Opowiem wam taka historię z mojego zycia:
Wybrałam się do swoich rodziców z 5 letnim wówczas synkiem w zimową porą ( to był luty ). W naszym mieście oddalonym o 300 km nie było zimy, a nawet śniegu, a tam od pociagu nie mozna było dotrzeć. Przyjechałam taksówka tak daleko jak to było możliwe, a dalej były takie zaspy, że trzeba było brnąc na piechotę ( ok. 3 km ). Po drodze od znajomych pożyczyłam sanki na które chciałam położyć swoja walizkę i posadzić synka, żeby było łatwiej. Niestety walizka spadała, a sanki się przewracały. Ciagnęłam zatem walizkę, sanki i swojego synka. Na ostatniej prostej tj. 1 km mój synek mówi tak " mama polecę po dziadka to przyjdzie po ciebie i nam pomoże " - dobrze mówię biegnij. Było ciemno, mróz i padał lekki śnieżek. Droga była prosta, bez drzew, bez domów, ale w takiej sytuacji szło się od rowu do rowu. Palto miałam krótkie i nogi były lodowate i sztywne. Synek poleciał wołać dziadka, a ja usiadłam na sanki, zrobiło mi się ciepło i usnęłam, a śnieg padał i padał. W pewnym momencie słyszę jak krzyczy jakieś dziecko i woła mamy. Myślałam, że mi się śni, jednak się obudziłam i zaczęłam wołać synka po imieniu " Piotruuuuś to ty? " i on na mój głos do mnie zaczął powoli wracać. .On po prostu poszedł daleko w pola, zgubił drogę, bo zaspy były aż po pachy. To nasze wołanie usłyszeli sąsiedzi i przyszli wzięli nas na ręce i zanieśli do domu dziadka od razu prosto pod pierzynę, a mogło skończyć się tragicznie.
25 2013-01-24 13:20:32 Ostatnio edytowany przez słaba kobietka (2013-01-24 13:21:34)
Ja tez jestem z małej wsi.Mieszkam teraz w mieście. Dzieciństwo też niestety powraca w formie wspomnień scen ciężkiej pracy.Nie życzę nikomu takiego dzieciństwa.Powiedziałam sobie,że nigdy,przenigdy moje dzieci nie będą cierpiały tego,co ja.Niech mają dzieciństwo,kiedy są dziećmi i prawo do szaleństwa,kiedy stają się nastolatkami.Oczywiście praktyka stała się trudniejsza,niż teoria...Dodatkowo wciąż słyszę krytyczne słowa mojej mamy.Ona kiedyś nie miała dla nas czasu,nie było żadnych rozmów,tylko praca...I smycz krótka,sięgająca tylko granicy podwórka,albo pola.
Dziś żyję inaczej...I wiesz co,kiedyś ktoś powiedział mi takie zdanie:"Kobiety ze wsi są lepsze,bo bardziej zaradne i pracowite"......I tego się trzymam.Lubię wieś,chciałabym jeszcze kiedyś tam zamieszkać,ale nigdy już nie chcę wracać do tamtych złych chwil.
Słaba kobietko:
Zgadza się ludzie ze wsi są zaradni odporni na wszelkie trudy, nie boją się żadnej pracy, ani trudu. Dziewczyny ze wsi przeważnie są dobrymi żonami, ale dzieciństwo, zabrane dzieciństwo powraca. Powiecie psycholog? Na to nigdy nie było czasu, bo taki młody człowiek był pozostawiony sam sobie od najmłodszych lat, a teraz? W czasie dojrzewania moich synów miałam kontakt z psychologiem, ale walczyłam nie o siebie. Ja zawsze byłam na ostatnim miejscu w szeregu: najpierw były dzieci, był mąż, a ja? zawsze na końcu. Pamiętam jak chciałam się ubrać, a na ten cel nigdy nie było pieniedzy. Teraz pójdziesz do Lumpeksu i zawsze coś każdy fajnego za grosze dla siebie znajdzie. Kiedyś nie było takich możliwości i pamietam taki obrazek, który często do mnie powraca. Jestem na wiejskiej zabawie, mam ok. 17 lat, jestem w ciepłym wełnianym golfie koloru pomarańczowego ( taki matka mi zrobiła) i w niebieskich elastycznych rajstopach. Prosi mnie do tańca chłopak, a za chwilę wywołuje go jego matka i on pozostawia mnie tak na środku sali.... i już do mnie nie wraca, czyli matka musiała mu powiedzieć, że ta dziewczyna jest za " licha " dla niego. W tym czasie ten chłopak pracował w wielkim mieście, miał skończoną zawodówkę. Ileż razy potem, gdy już skończyłam dobre studia, byłam super ubrana ( zawsze zamknięta na ostatni guzik ) chciałam go spotkać, aby tylko zobaczył co stracił. Jednak nie było mi to dane, wiem tylko, że pozostał na tym samym poziomie intelektualnym co wtedy, dla mnie już nie był atrakcyjny.
Kiedyś szłam sobie wiejską drogą w nocy, zupełnie sama, a niebo było gwiaździste i spadła gwiazda ( wiedziałam, że życzenia w takim momencie się spełniają ) pomyślałam wtedy najważniejsze moje życzenie, które w moim dorosłym zyciu spełniło się w 100% a nawet i wiecej! Zgadnijcie jakie to mogło być życzenie, jak się ma 17 lat?
Pisz Krosta pisz. Twoja historia to opowieść o mnie.
))
Krostka,mimo ze jestem troche młodsza od ciebie, ale juz nie taka młodziutka ,powiem tobie ,ze to co piszesz to wypisz wymaluj jakbym na moją kolezanke patrzyla lata temu(moja rowiesniczka) Ona mieszkała na wsi i doprawdy dziecko nie mialo dziecinstwa, ja rozumiem i popieram pomoc w czyms w gospodarstwie,ale to drobna pomoc,a nie wykoywanie doroslych i to caly dzien,tak jak ona w wakacje od switu do samego wieczora pole, gospodarstwo, ogrodek, opiekowanie sie mlodszym rodzenstwem,gotowanie, porządki domowe, nawet dziewczyna nie miala nigdy ,naprawde nigdy dopoki mieszkala w domu dla siebie czasu wolnego, obowązki polne jak i domowe konczyla ok 21 i u niej jzu wtedy wszyscy kladli sie spac bo przed 4 sie wstawalo,nigdzie nie wychodzila juz do kolezanek
Po szkole rowniez juz zero wychodnego no bo obowiązki wzywają, przed wyjsciem do szkoły od 3:30 byla na nogach
To było przerazające.Jak najszybciej wyrwala sie z domu w wieku 18 lat, zwiazala sie tak na sile z pierwszym lepszym mezczyzną z miasta aby miec dokąd uciec, niestety malzenstwo bylo nieudane ,prze 10 lat w toksycznym związku tkwila, lecz do rodzicow nie chciala z dziecmi wrocic, naszcescie los sie do niej usmiechnąl,poznala dobrego mezczyzne, aktualnie juz są malzenstwem od sporo lat, i dobrowolnie przeprowadzili sie na wieś polozona 3 km od miasta, wiec to nie tak starsznie daleko,,gdzie maja bardzo skromne i malutkie podwóreczko dla siebie, jedynie ogrodek na kwiatki i pare warzywek tak dla siebie ,ale to tak doslownie mały kwadracik ziemi w ogrodku mają tych warzywek,, bez zadnego gospodarstwa, i jak nieraz z nią gadam to mowila mi,ze nigdy w zyciu by swoim dzieciom takiego losu charowy i niewolnictwa calodobowego nie zgotowala
Krostka,mimo ze jestem troche młodsza od ciebie, ale juz nie taka młodziutka ,powiem tobie ,ze to co piszesz to wypisz wymaluj jakbym na moją kolezanke patrzyla lata temu(moja rowiesniczka)
Też miałam taką koleżankę w liceum. Rodzice byli już starzy, ona była ich ósmym dzieckiem, wszyscy dorośli śmiało mogli być jej rodzicami a nie braćmi czy siostrami. Dziewczyna w wieku nastu lat, opiekowała się gospodarką i rodzicami. Przed szkołą oporządzała zwierzęta, doiła krowy, karmiła. Później zasuwała kilka kilometrów przez pola na autobus, żeby dojechać do miasta do liceum. W klasie najgorzej ubrana, biednie i niemodnie, ubrania donaszała po rodzeństwie. Świetnie się uczyła, kiedy? sama nie wiem, bo po powrocie do domu, znów gospodarka, zwierzęta, rodzice itd.....rodzeństwo niezbyt było zainteresowane pomocą, każdy miał swoje sprawy. Wtedy w szkole, nie za bardzo dostrzegałam jak ciężkie miała życie i ile pracy kosztowało ją w ogóle chodzenie do szkoły, o nauce nie wspomnę. Wiem, że wyszła za mąż, mąż ze wsi z gospodarką a ona tak "z rozpędu" nadal pracuje ciężko przy swoim już teraz gospodarstwie, czworo dzieci, latem jagody, jesienią grzyby, do tego dzieci, mąż i praca przy zwierzętach i pole......kiedy o niej myślę to często zastanawiam się czy jest szczęśliwa.....nie wiem, wiem że na pewno jest zmęczona.
Nie użalam sie nad sobą, mam teraz wszystko co mi tylko potrzeba. Wszystkie moje marzenia się spełniły i nawet nie wiem po co piszę? Chyba w ten sposób chcę sie rozprawić ze swoim utraconym dzieciństwem i młodością. Gdy poszłam do szkoły średniej i zamieszkałam z dala od domu w internacie już wtedy czułam się taka dorosła i odpowiedzialna. Potem akademik - to był mój drugi Dom. Teraz nikt nie chce mieszkać w akademiku, tylko szuka sobie stancji, a mnie tam było dobrze. Nie przeszkadzały mi hałasy, grające radio na cały regulator - umiałam i umiem się wyłaczyć.Zawsze byłam odpowiedzialna i miałam swoje zasady, które zawiodły, gdy poznałam chłopaka - obecnego męża ( 36 lat razem ).On studiował w mieście oddalonym od stolicy,( gdzie ja studiowałam ) o 400 km, nie było wtedy telefonów komórkowych, ani pieniędzy na przyjazdy, były listy. Po kilku takich spotkaniach zaszłam ciążę i zaczęło się ....
31 2013-01-24 17:03:43 Ostatnio edytowany przez Wiaterek (2013-01-24 17:06:13)
Mam pytanie, kto spośród Was, wypowiadającyh sie w tym wątku miał kiedykolwiek coś więcej wspólnego z wsią niż wakacje? Czy jest ktoś, z takiej prawdziwej wsi?
Jeśli ktoś jest, to zrozumie wypowiedź tej osoby i nie będzie potrzebował pytań. A ten kto nie jest, to lepiej niech się nie udziela i nie sprawia tej kobiecie przykrości. Ja jestem córką osoby wychowanej na wsi- takiej wsi bez skrupułów. Na takiej roli, nie ma, że boli. Płaczesz i robisz. A ojciec, który ma gospodarkę a miga się od roboty na niej, wówczas robi ogromną krzywdę żonie i dzieciom.
Mam pytanie, kto spośród Was, wypowiadającyh sie w tym wątku miał kiedykolwiek coś więcej wspólnego z wsią niż wakacje? Czy jest ktoś, z takiej prawdziwej wsi?
Ja jestem. Dlatego z zainteresowaniem śledzę ten wątek. I z wielkim zdziwieniem odkrywam, że osób, które dorastanie na wsi widzą jako stracone dzieciństwo i młodość jest więcej niż tylko autorka...
Dzieciństwo i młodość spędziłam na ciężkiej pracy. Chyba zbyt ciężkiej dla dziecka - wg współczesnych standardów. Ja to kochałam i nadal wspominam z sentymentem. Nigdy nie czułam się gorsza z powodu wiejskiego pochodzenia. Wprost przeciwnie - zawsze byłam dumna. Od 13 lat mieszkam w stolicy i nigdy na pytanie "skąd jesteś" nie odpowiedziałam "z Warszawy". Czasem mówię "mieszkam w Warszawie". Ale ja jestem dziewczę z małej wioski, przecież!
Co mi dało wiejskie dzieciństwo? Miłość do przyrody. Ukształtowało zainteresowania. Umocniło szacunek dla tradycji, historii i więzi rodzinnych. Dzięki ciężkiej pracy od wczesnego dzieciństwa jestem bardzo silna fizycznie - na studiach to wykorzystywałam w siłowaniu "na rękę" z kolegami z roku. Biedacy przegrywali kolejne skrzynki piwa zanim zorientowali się, że dwie koleżanki to niezwyciężone "babochłopy" (obie byłyśmy ze wsi
). Zawsze miałam najładniejszą opaleniznę i najsilniejszy charakter. Przyzwyczajona do pracy do upadłego bez problemu łączyłam dzienne studia z zarabianiem na swoje utrzymanie. Było ciężko, ale dla mnie to zawsze było normalne.
Dlatego uważam, że dzieciństwo na wsi to nie jest problem sam w sobie. Problemem może być to, że ktoś owego faktu nie akceptuje. Że czuje się przez to gorszy, skrzywdzony przez los. Tyle, że to nie jest prawda... A na pewno nie jest to coś, co po latach powinno zatruwać życie, jak to możemy zaobserwować na przykładzie autorki tego wątku.
Mam pytanie, kto spośród Was, wypowiadającyh sie w tym wątku miał kiedykolwiek coś więcej wspólnego z wsią niż wakacje? Czy jest ktoś, z takiej prawdziwej wsi?
Ja mieszkam od ponad pół roku. Na takiej prawdziwej, w której 8-latki jeżdżą traktorem, a jak dziecko się zgubi, to pierwsza myśl jest taka, że wpadło do studni
.
Tu zawsze było tyranie. Każdy, bez wyjątku. Obserwuję tych ludzi i widzę ich niezwykle roszczeniowe podejście do otoczenia. Czasem mam wrażenie, że nawet dzieci sobie robią po to, by miał kto na roli pracować. Smutne to. A potem rosną tacy emocjonalnie okaleczeni ludzie, którzy w życiu zaznali tylko pracy, a nie miłości i akceptacji rodziców. I wiem, jak szalenie wielkiej determinacji, samoświadomości i samozaparcia trzeba, by się z takiej mentalnej i fizycznej wsi wyrwać. Dlatego podziwiam wszystkich, którym się to udało.
Ja tez jestem z takiej prawdziwej wsi... Mam duzo dobrych wspomnien, ale wiekszosc jest zlych... Ci ludzie wiszacy na plotach obmawiajac sasiadow, coniedzielne pielgrzymki do kaplicy... Moglabym tak wymieniac i wymieniac...
Krostko czytam z wypiekami na twarzy Twoje wspomnienia , jednak na innym wątku napisałaś , że uciekasz z forum , proszę nie rób tego. Moja mama też wychowała się na wsi , opowiadała mi jaka bieda była w domu. Moja babcia , a jej matka była jednak tak dobrą i ciepłą osobą , że mama po latach inaczej postrzega swoje dzieciństwo , ale to chyba zasługa mojej babci , która mimo tej biedy , męża pijaka , potrafiła okazać każdemu z siódemki swoich dzieci tyle miłości. Są tacy na forum , którzy chcą czytać Twoje wspomnienia , i nie jest to tylko niezdrowa ciekawość. Pozdrawiam.
36 2013-01-25 09:32:16 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-25 09:37:35)
W ciążę zaszłam na III roku studiów dziennych. Dla mnie samej był szok, dziewczyna z zasadami, a tu taki problem. Wszystko było dobrze, dopóki nie dowiedziała sie Pani Matka mojego . Wezwała mnie do siebie, a to było ok. 600 km z Warszawy, telepałam sie tam pociagiem, ze strachu to cała się trzęsłam. Jak zajechałam to ze strachu dostałam takiej sraczki, że nie mogłam sobie poradzić ( a zawsze miałam w tym temacie problemy ). Pani Matka sugerowała mni pozbycie się problemu, bo przecież jej syn nie skończy studiów, nie mamy pieniędzy itd. Z płaczem wróciłam z powrotem do Warszawy. Szkoda, że wtedy nie było internetu i takich możliwości jak teraz, nie było Forum Kobiet, które podniosłyby na duchu. Mój chłopak ( obecny mąż ) był pod całkowitym wpływem Matki, zaczął sie łamać i coraz rzadziej przyjeżdzać. A gdy przyjechał i powiedział, że nie jest gotowy na małżeństwo po prostu go wygnałam. Fakt, że potem płakałam, aż zapuchły mi oczy, ale problem istniał dalej. Nie skończone studia ( studia 5-letnie ) brak pieniedzy i ojciec dziecka ucieka w siną dal. Moje koleżanki zaczęły wymyślać rozwiązanie mojego problemu: aborcja, Dom Dziecka. Moi rodzice mieszkający 150 km od Warszawy nadal nie mieli pojęcia o problemie swojej córki. Kiedy wszystko się waliło napisałam telegram do domu " tato przyjedź sprawa pilna ". Przyjechał ojciec, a ja z płaczem przedstawiłam swój problem, ( dziewczyny wyszły ), a on na to, czego ryczysz? zrób mi jakąś herbatę, " ja szedłem na śmierć i nie ryczałem, a ty ryczysz, że urodzi się dziecko? żeś nie pierwsza i nie ostatnia, nie martw się wychowamy, ale najpierw trzeba porozmawiać z nim. Zaczął śpiewać wojskowe piosenki i żartować, moje koleżanki oniemiały z wrażenia, bo myślały, że będzie potężne lanie. Za tydzień pojechał ze mną do Akademika mego lubego, aby zapytać czy to jego dziecko, a kiedy uzyskał potwierdzenie, wiec zażyczył sobie spotkania z jego rodzicami. I to wtedy Starsi ustalili nasz ślub, a mój ojciec jakoś dziwnie spodobał się Pani Matce, więc wszystko poszło gładko, tak jakby nie było żadnej sprawy. Mój ojciec telepał się pociągiem ponad 700 km, bo taka była odległość miedzy naszymi rodzicami. Pani Matka w mieście, a my na wsi, i to też był dla niej problem. Był ślub, było moje koleżeństwo ze studiów, było małe przyjęcie ( 23 osoby ), a potem urodził sie nasz syn, który mieszkał wraz ze mną w Akademiku jako pierwszy walet, bez pytania o zgodę Rektora. Teraz są inne czasy, myślę, że jednak lepsze. Nadal mieszkaliśmy oddzielnie, bo żadne z nas nie mogło, nie chciało zmienić uczelni, a pozostało jeszcze kilka lat do skończenia. Narazie tyle....
37 2013-01-26 22:31:05 Ostatnio edytowany przez Inori (2013-01-26 22:31:40)
Mój problem to nieśmiałość, niska samoocena i kompleksy, które towarzyszą mi przez całe życie. Kiedyś nikt nie myślał o psychologu, czy psychiatrze, bo przecież co za dramat? rodzice nie pili, a że czasami trzeba było coś zrobić to żaden problem- tak pisze Cynicznahipo i WitchQueen, a ja chciałam napisać jak czuje się dziecko na wsi zmuszane do pracy od 6 roku zycia. Moja myśl powstała na podstawie postu " przeprowadzka z miasta na wieś " Ponadto myślałam, że każdy ma prawo napisać nawet kiepską powieść, tylko aby nie obrażał drugiego człowieka.Jeśli post nie interesuje to nie trzeba go czytać- jest wiele innych postów ciekawszych. Jest mi przykro za takie mało kulturalne wpisy. Ja nikogo nie obraziłam, a nawet nie miałam takiego zamiaru. A , że może trochę kiepsko na początek mi wyszło? Chciałam po prostu przestrzec młode kobiety zakochane w chłopaku ze wsi, że tam nigdy nie będzie kolorowo. bo tam najwazniejsza jest praca, żeby się zastanowiły nad życiem i wychowywaniem dzieci w takich warunkach.Tak było kiedyś i tak jest dziś, mentalność niewiele się zmieniła, chociaż mamy XXI wiek.
Pewnie , że wiem, że praca uszlachetnia, wzbogaca, człowiek nie ma czasu na " pierdoły" no ale ...... zależy czyimi patrzy się oczami.
A ja mieszkam całe swoje krótkie życie na wsi i jestem z tego zadowolona. Nie miałam nigdy gospodarki, ale moja kuzynka ma i nikt tam dzieci nie zmuszał do pracy. A jak byliśmy mali to uwielbialiśmy jeździć z rodzicami w pole na wozie, ale te czasy już dawno się skończyły. Kiedyś na wsiach były duże gospodarstwa, ale teraz to już przeszłość. Na wsi nie jest najważniejsza praca, nie wiem kto ci to wmówił. To, że ciebie rodzice zmuszali nie znaczy, że tak jest we wszystkich rodzinach na wsiach. Ty masz jakieś skrzywienie czy co? Jest u nas jedno gospodarstwo pełne dzieci i każde z nich w nim robi, ale więcej takich przypadków nie widziałam. Dzieciaki jeżdżące traktorem? Normalne. Chcą to się uczą, żadnego zmuszania do takich rzeczy, nie wymyślajcie już sobie nie wiadomo czego. Frajda nieziemska jak ojciec uczy syna w polu kierować traktorem, nie tylko syna, dziewczyny też się uczą. I wydaje wam się, że to ma zły wpływ na dzieciaki? śmieszne. Wychowywanie na wsi jest świetne. Co złego jest w swawoli dzieciaków tutaj? Tysiące lat ludzie żyli po swojemu, aż nadszedł wiek higieny i sterylności i ludziom tyłki ścisnęło. Trzymajcie dzieci pozamykane w domach, i chrońcie przed całym światem bo wam kolorowa telewizja tak każe, bo to jest bardzo dobre, bo to nie patologia, jeszcze się pouśmiechajcie do tych pań, które mają takie "idealne życie". Pouśmiechajcie się do tej bajki, która wam wmawiają o wszystkim. Ciekawe co tak naprawdę przyczyniło się do twoich kompleksów? Przestrzec? Żałosne. Przed czym? Bo na wsi jest praca? I żeby omijać mężczyzn ze wsi? W jakim ty świecie żyjesz kobieto?! Teraz na "prawdziwych wiejskich gospodarkach" mają masę maszyn, człowiek to tylko dodatek, trochę porobi, figurę utrzyma. Że ty się boisz pracy i jesteś leniwa, przez to taka trauma? Mentalność nie wiele się zmieniła? W Polsce w ogóle się nie zmieniła. Jesteś tego żywym przykładem. Wszyscy tylko potrafią narzekać i narzekać i tylko narzekać. Z wszystkiego zrobić patologię, dziurę, zeszmacić.
Na wsi bywało strasznie, opowieści mojej babci o głodzie z końca II wojny są okropne. Że trzeba było kiedyś dużo robić na wsi? Tak, trzeba było. Czy teraz tak jest? Nie. Pomijając tych co prowadzą "biznes" na polach. Jak wszystko i wieś ma swoje minusy, ale wybacz nie nawidze wyolbrzymiania. Tym bardziej, że jak sama piszesz miałaś kochająca rodzinę.
No wlasnie, Ty masz jak sama piszesz, krotkie zycie. Autorka posta, o wiele dluzsze. Przedstawia ona tu swoj punkt widzenia, swoje doswiadczenia i to jak one wplynely na jej zycie. Zapewne nie chodzilo jej o nasza ocene, a raczej o chec opowiedzenia o tym, wyzalenia sie itd. Uszanuj to co pisze, albo nie wypowiadaj sie skoro uwazasz, ze wyolbrzymia to co w zyciu przezyla. Ja pomimo ze jestem od niej o wieeele mlodsza, doskonale ja rozumiem. Pomimo, ze jestem kobieta urodzonym w latach 80tych, wiem co to taka prawdziwa wies bo wbrew pozorom i Twoim przekonaniom, sa jeszcze w Polsce wsie, na ktorych dzieci maja naprawde brzydko piszac, przerabane.
Inori,zaszokowało mnie to,co napisałaś.Jak możesz w taki sposób pisać do starszej od siebie kobiety,która tyyyyle przeżyła?!Kluczowe zdanie Twojej wypowiedzi brzmi:"Nie miałam nigdy gospodarki".Nie odnoś się -proszę- w tak obraźliwy sposób do tych,którzy się na niej wychowali i mieli marne dzieciństwo,gdyż tonem swojej wypowiedzi robisz nam wielką przykrość.Mogę w nieskończoność rozwijać przykłady ze swojego dzieciństwa,pisać o tym jak na prawdę było,ale wolę czytać opowieść krostki.Pisz kochana,to jest też opowieść o mnie...
I jeszcze jedno,dzieciaki jeżdżące traktorem to nie jest to normalne.Mój pięcioletni kuzyn w trakcie takiej "normalnej"czynności wkręcił się w łańcuch roztrząsacza obornika,rozerwało Go na kawałki...
40 2013-01-26 23:49:06 Ostatnio edytowany przez mortisha (2013-01-27 00:57:33)
Inori-- doprawdy, nie chce mi sie rozkladac tego wszystkiego na czynniki pierwsze co napisalas, bo szkoda czasu i rokminiania sie na ten temat, ale zwroc uwage ze autorka pisala o latach 195...- w zwyz, ty piszesz o terazniejsozsci!!jak mozesz swoje lata porownywac do lat co dzialo sie pól wieku temu i jakie bylo zycie?? pewnie ze teraz jest wiele maszyn, kosiarek,wtedy tego nie bylo
I uwierz mi ...na wsi byla najwazniejsza praca i to jak,dziecko sie przeciwstawilo?? no to kijem przez plery oberwalo za bunt i nie bylo zmiłuj, a mowa jest o latach autorki ,a nie o dzisiejszych
I nie ukrywam ,ze wtym momencie szlag mnie trafil, cholera mnie wziela, gdy dziewczyna 23 letnia porownuje swoje krótkie dziecintwo na wsi nie mając gospodarki, a opierając sie na wlasnych obserwacjach ,do kobiety ktora ma 60 lat zyla w zupelnie innych czasach a to beszczelne dziecie smie wszystkiemu zaprzeczac jakie Krostka przeszla zmagania w dziecinstwie,plecie bzdury, ze tak nie bylo, ....no nie ukrywam, ze normalnie az reka mi zadrżała.
Jak mozesz dziecino kpic i szydzic z wspomnien starszej kobiety, z jej lat co przezyla??z wspomniec swojej babci tez taki popis odwalasz wsrod znajomych??
Porównywanie lat 90 i terazniejszych do lat 50-60 i wyklocac sie o swoje czujac sie wszechwiedzacym w temacie gdzie nawet nie zaznala takiego zycia?? co za szyderczosc wrodzona czy cholera wie, nabyta, brak słow co to z tych młodziaków sie porobiło,namądrzejsi, w kazdej dziedzinie zycia, nie przegadasz, przeciez Ona wie najlepiej
Ta leniwa uzalająca sie kobieta moglaby byc na dobrą sprawę twoją babcią, i wlasnie to samo tutaj opisuje jakie zycie panowalo w jej latach, co twoja babcia tobie opowiadala,harówa byla jak sie patrzy.
Podwaz swojej babci opowiadania ze sie uzala i niech nie dramatyzuje,a to co mnowi to plecie bzdury,,wiec wez juz lepiej nawet nic tutaj nie odpisuj ,bo akurat malo kogo interesują twoje smarkate lata i obserwacje wielce twoich dawnych czasow,czyli pokolenia gimnazjalnego i aktualnego,...bez porównania ,bez porównania ,a w gwoli wyjasnienia, owszem jest jeszcze sporo wiosek gdzie funkcjonują starymi metodami, no ale to dla Ciebie jest niedopojecia, Ty wiesz lepiej....klasyka,jakze mogłoby byc inaczej :rolleyes
[...] Uszlachetnia tylko ta praca, którą chce się wykonywać z własnej nieprzymuszonej woli. Przymus pracy to jest niewolnictwo, a to poniża. A praca na roli... głównie zniewala, znieczula na problemy innych, sprawia, że ludziom zmieniają się priorytety, takie wartości jak dobro, miłość, rodzina schodzą na dalszy plan. [...]
.
Zawsze lubiłem pracę na roli. Ciężka, ale hartująca. Wymaga uwagi i samozaparcia. Dziś mi tego brakuje. Mam do wyboru i mogę mieszkać, gdzie chcę, ale nie lubię mieszkać w mieście. Lubię czuć ziemię pod stopami, własną ziemię, choć takie pojęcie własności jest coraz bardziej archaiczne.
Z zainteresowaniem przeczytałem wszystkie posty. Zrobiło mi się sielankowo i powróciły wspomnienia dzieciństwa. Zapach topniejących śniegów, zapach wiosny, zapach skoszonej trawy, zapach zbóż, zapach jesieni. Do tego kolory nasycone i różnorodne oraz dźwięki dzwonów, klepanych kos, szczekających psów i najcudniejsza ciemność bez lamp w bezksiężycową noc, w której siedzieliśmy z kumplami nad mapą nieba i szukali konstelacji. Letnie wieczory niedzielne wypełnione były śpiewem i muzyką, opowieściami Babci i chrapaniem zmęczonego pracą Dziadka. Zimowe poranki były chłodne, rozgrzewane śpiewanymi "Godzinkami", melodyjne, pobożne, naturalne.
Znajduję obawę Krostki, obawę przed pragnieniem wsi u dzieci. A ja się cieszę, że moje dzieci lubią wieś. Rozbijają namiot, rozpalają ognisko, wcześniej muszą sami naciąć drewna, zagotować wodę, zadbać o posiłki. W żadnym mieście się tego nie nauczą. W żadnym mieście nie oswoją się z ciemnością, nie nauczą się panować nad strachem.
Nigdzie w mieście nie widziałem tak pożytecznie bawiących się chłopców, którzy pół dnia odpalają starego Komarka, pchając go pod górę i zjeżdżając w dół. Przypomina mi się moja Java 250, którą naprawiałem cały rok i nigdy nie odpaliła, ale wiele się nauczyłem przez ten rok. Pewnie życie na wsi inne jest dla dziewczynek, a inne dla chłopców, bo tu równość nie sprawdza się, choć coraz więcej Kobiet prowadzi traktory, ale nie podczas orki.
Wieś zmienia się. Dwa lata temu zaproszono mnie na podsumowanie projektu unijnego. To było święto, które wywołało poruszenie w całej gminie, bo najmniejsza wioska przeprowadziła kurs dziennikarstwa dla dzieci i młodzieży i przez rok młoda redakcja wydawała gazetę, na bardzo dobrym poziomie.
Nigdzie tak dobrze mi się nie pracuje, jak na wsi. W tej, którą znam, nie trzeba zamykać domu i bramy, bo tu ludzie wszystko widzą i wzajemnie się znają. Gotowi są pomagać sobie wzajemnie i zawsze machają na powitanie zza szyby samochodu.
Pewnie nie ma wsi takich samych. Inne są na Pomorzu, inne w Bieszczadach, inne na Pogórzu, inne w Ojcowskim Parku. A jednak wspólna tym miejscom jest bliskość natury
42 2013-01-27 11:32:46 Ostatnio edytowany przez chaber05 (2013-01-27 12:12:50)
Krostka pisz i nie zrażaj się.
Jestem mieszczuchem, który osiedlił się na wsi. Dziadków ze strony matki też mam ze wsi.
Są pozytywy i negatywy mieszkania poza miastem, zależy od odległości i regionu. Animus twierdzi, że w mieście nie nauczysz się obcowac z ciemnością. To chyba przesada. Nauczyc się można i to o wiele więcej, np jak radzic sobie z osiedlowymi gangami i blokersami. Cóż z tymi zapachami to też bym polemizowała. Środek wsi, zagęszczenie niczym w mieście i ciężkie powietrze, bo palą co pod rękę wpadnie.
W chwili obecnej jestem wykończona walką ze śniegiem. Mąż pracuje poza domem, dzieci mają egzaminy, więc zmagam się sama z przyrodą. Któraś klasa odśnieżania i posypywania, boczna uliczka, czyli wieśniaku radź sobie sam. Marznący deszcz? Nie ma problemu, będzie akcja "popiół". Kondycja już nie ta co kiedyś, a uważałam podobnie jak Animus.
O zjeżdżaniu czymkolwiek zmechanizowanym po drodze publicznej należy zapomniec. Kochane służby mundurowe są nader liczne i skwapliwie każą mandatami rodziców owej niepokornej młodzieży.
Dom zamykamy, raczej z mieszkania niczego w tej chwili się nie kradnie. Łupem padają kosiarki, quady, osprzęt typu wiertarka, szlifierka, myjka ciśnieniowa,itp. Po miejscowości krążą sprzedawcy wszystkiego i niczego, różnej maści żebracy z kartkami u szyi, niby uchodźcy. Sąsiedzi przeważnie nic nie widzą i nie słyszą, po co się telepac po komisariatach. Owszem zza firanek rolet obserwują się wzajemnie, wszak życie innych bywa ciekawe, często dostarcza niezłych emocji.
Inori chyba nigdy nie słyszała o kontroli z KRUS, niech ona tylko dopadnie takiego nieodpowiedzialnego rolnika. Nikt nie mówi, że młody człowiek nie powinien się uczyc, kwestionuję jedynie wiek. Dziecko zasad BHP nie pojmie tak szybko jak dorosły. Najgorsze jest to, ze pisze to osoba nie posiadająca gospodarstwa, de facto ciężko nie pracowała. Przyglądała się jedynie z bezpiecznej odległości swojej posesji. Boskie, normalnie boskie.
Jeśli jednak Inori postanowi ryzykowac zdrowie i życie swojego dziecka - powstrzymamy ją? Pewnie nie. To jej dziecko, jej decyzja, ona będzie z tym życ. Pewnie, ze szkoda tych wszystkich okaleczonych dzieci, ale cóż możemy zrobic, kierowała się swoim rozumem i logiką. Ja jedynie postuluję: więcej wyobraźni, oglądanie tego bzdurnego TV z jego wiadomościami o wypadkach dzieci na roli, nie należy do moich przyjemności.
Krostka, absolutnie nie warto brac pod uwagę opinii Inori, takze nie zrażaj sie, prosze pisz jak najwiecej. Twoje historia, pomimo ze sprzed tak wielu lat, jest podobna do mojej, dlatego czytam ja z wielka przyjemnoscia ![]()
44 2013-01-27 15:46:11 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-27 17:40:25)
Ach dziękuję za miłe, pokrzepiajace wypowiedzi, bo już zaczęło robić się smutno i myślała, że " po angielsku " ucieknę. Tak to są moje wspomnienia z przed wielu lat. Dla większości was tutaj to już historia.Nie Inori nie ma porównania do tego co było kiedyś, co jest dziś. Te obecne czasy ja też widzę i porównuję. Mój syn był cały szczęśliwy jak w wieku 14 lat mógł jeździć traktorem lub konno. To dla niego cudowne wspomnienia i nawet on mnie nie rozumie. A ja bardzo żałuję że za moich młodych lat nie było takiego FORUM KOBIET. Wtedy na pewno na bieżąco szukałabym pomocy, nawet wtedy, kiedy zaszłam w ciążę ( a byłam bez środków do życia ) i nie wiedziałam co mam robić. To Inori pisze, że byłam leniwa.... Nie moja droga, nie byłam leniwa, ja po prostu nie lubię pracować na ziemi. Dowodem na to, że nie byłam leniwa jest to, że skończyłam dobre studia dzienne, wychowałam syna w akademiku i się nie załamałam. To były lata siedemdziesiąte ... Wtedy też, aby dostać się na dobre, prestiżowe studia trzeba było być najlepszym, na każdym etapie edukacji. Nie było pieniędzy na korepetycje, ani czasu na marnowanie roku. Urodzenie dziecka nie dawało mnie żadnej taryfy ulgowej " nie przerwałam studiów, nie wzięłam urlopu dziekańskiego, nie podrzuciłam dziecka rodzicom. Nie usunęłam, nie oddałam do adopcji, nie oddałam do Domu Dziecka( a miałam takie podpowiedzi ) i ty mówisz Inoris, że byłam leniwa? Ponadto czytając Forum widzę różne tematy ( seks, miłość, przyjaź itd ) więc myślałam, że i ja mogę zabrać głoś. Jeśli komuś się nie podoba co piszę, niech nie czyta i już!, ma inny wybór. Czy dlatego, że jestem starsza to już pisać nie mogę? Ja nawet na Inori się nie obrażam, bo i moi synowie też tak myślą, bo oni też czasami jeździli tam w gości na wakacje. Dla nich było tam szalństwo, jazda końmi czy traktorem, ale to nie jest to samo co wykonywanie ciężkiej pracy.
Ale człowiek powinien robić to co lubi, co kocha. Jeśli kochasz pracę na ziemi - rób tam, jeśli kochasz pracę z dziećmi - pracuj z dziećmi , bo tam się udusisz. Jeśli lubisz pracę z ludżmi, a będziesz siedzieć w archiwum to oszalejesz. Tak byłoby najlepiej, tylko że życie czasami weryfikuje nasze plany.
45 2013-01-27 18:06:34 Ostatnio edytowany przez Inori (2013-01-27 18:31:12)
Inori,zaszokowało mnie to,co napisałaś.Jak możesz w taki sposób pisać do starszej od siebie kobiety,która tyyyyle przeżyła?!Kluczowe zdanie Twojej wypowiedzi brzmi:"Nie miałam nigdy gospodarki".Nie odnoś się -proszę- w tak obraźliwy sposób do tych,którzy się na niej wychowali i mieli marne dzieciństwo,gdyż tonem swojej wypowiedzi robisz nam wielką przykrość.Mogę w nieskończoność rozwijać przykłady ze swojego dzieciństwa,pisać o tym jak na prawdę było,ale wolę czytać opowieść krostki.Pisz kochana,to jest też opowieść o mnie...
I jeszcze jedno,dzieciaki jeżdżące traktorem to nie jest to normalne.Mój pięcioletni kuzyn w trakcie takiej "normalnej"czynności wkręcił się w łańcuch roztrząsacza obornika,rozerwało Go na kawałki...
Okej. Przepraszam. Poniosło mnie. Nie powinnam tak pisać. Mam nadzieję, że autorka tematu przyjmie moje przeprosiny. Mam dziadków ( od strony mamy i taty), którzy mnóstwo rzeczy nam opowiadali. Nie było kolorowo, ale oni wcale nie mają oto żalu. Tak samo moi rodzice, bo również pochodzą ze wsi.
A parę lat temu u nas w ten sposób zginęła kobieta po 40. Tu nie działa to, że dziecko jest małe i głupie bo każdemu to się może przytrafić. I jazda traktorem nie powoduje takich wypadków tylko nieuwaga stania przy nim, albo maszynie która jest aktualnie do niego doczepiona.
46 2013-01-27 18:14:10 Ostatnio edytowany przez Inori (2013-01-27 18:20:22)
Inori chyba nigdy nie słyszała o kontroli z KRUS, niech ona tylko dopadnie takiego nieodpowiedzialnego rolnika. Nikt nie mówi, że młody człowiek nie powinien się uczyc, kwestionuję jedynie wiek. Dziecko zasad BHP nie pojmie tak szybko jak dorosły. Najgorsze jest to, ze pisze to osoba nie posiadająca gospodarstwa, de facto ciężko nie pracowała. Przyglądała się jedynie z bezpiecznej odległości swojej posesji. Boskie, normalnie boskie.
Jeśli jednak Inori postanowi ryzykowac zdrowie i życie swojego dziecka - powstrzymamy ją? Pewnie nie. To jej dziecko, jej decyzja, ona będzie z tym życ. Pewnie, ze szkoda tych wszystkich okaleczonych dzieci, ale cóż możemy zrobic, kierowała się swoim rozumem i logiką. Ja jedynie postuluję: więcej wyobraźni, oglądanie tego bzdurnego TV z jego wiadomościami o wypadkach dzieci na roli, nie należy do moich przyjemności.
Słyszałam, słyszałam. Ja nie byłam zmuszana do pracy w gospodarstwie, jak nikt z mojej rodziny, ale moi bracia dużo robili bo chcieli, więc dla mnie jazda gimnazjalisty traktorem w pole nie jest obca.
Tak, nazwijmy to ryzykiem. Dzieci do szkoły nie wypuszczaj, bo to ryzyko. Na wakacje też nie bo to ryzyko. Nie ucz jeździć rowerem bo to tez ryzyko. A pozwolenie na nauke jazdy samochodem?! To dopiero ryzyko. A oglądasz w TV wypadki dzieciaków w miastach? Nie przesadzajcie. Nieszczęścia się zdarzają. Wyolbrzymianie wszystkiego tylko pogarsza sprawę..
A co do telewizji, tam tylko pokazują wypadki, bo tylko tym wiekszość ludzi namiętnie się karmi, więc wydaje wam się że samo zło na świecie. Poluzujcie trochę.
Inori,posłuchaj ,proszę...
Przepisy mówią jasno,że kierować pojazdami mechanicznymi może osoba pełnoletnia,posiadająca uprawnienia.
Ludzie,którzy nigdy nie żyli nigdzie więcej,niż na wsi i nie pracowali od dziecka na gospodarstwie,nie wiedzą i nie rozumieją,że pewne rzeczy nie powinny mieć miejsca.Dopiero spojrzenie na problem z innej perspektywy,pozwala wysnuć jakąkolwiek refleksję.Przykład:moja Mama,która dopiero teraz-pierwszy raz w życiu pomieszkała poza domem(z powodu śmierci Ojca) i nadziwić się nie może,jaki świat jest różnorodny i kolorowy.Dużo by mówić,ale nie łatwo Jej na stare lata funkcjonować wśród innego otoczenia,bo jedyne co zna,to wyrzucanie obornika,praca w polu i niedzielna msza w kościele.Nie umie rozmawiać,dziwi Ją,że pracujemy i że potem potrzebujemy odpocząć,że nasze dzieci po szkole wychodzą do koleżanek,czy na zajęcia sportowe...Bo my jako dzieci po szkole musieliśmy:odpaść świnie w oborze,ugotować obiad,zrobić siano na łące,wydziabać chwasty na polach,zrobić drzewo na zimę w lesie,przygonić bydło z pastwiska,posprzątać dom, ogarnąć podwórko,ulicę przed domem,żniwować,zbierać ziemniaki i buraki...rety,tego jest tyyyyyle!!!W każdym razie to,co dorośli.Pamiętam,jak Ojciec kazał mi jeździć traktorem,jako małej dziewczynce,po polach albo łąkach.A ja płakałam,bo nie chciałam tego robić,bo bałam się,że spowoduję wypadek.Były blisko drzewa,rowy,woda,ludzie pracowali.Dostałam lanie,i już.Bo kto miał jeździć,jak brakło rąk do pracy,a pogoda akurat sprzyjała?Albo taki obrazek:lato,upały,wakacje.Koleżanki,które mieszkały w mojej wsi,albo sąsiednich,chodziły nad jezioro,na plażę,w sobotę na zabawy.A ja na pole,bo akurat były żniwa.Praca zaczynała się skoro świt,a kończyła po zachodzie słońca.Chyba,że szybciej krew mi poszła z nosa...Ale to nic,Mama zawsze mówiła,że to nic...Jako młoda dziewczyna miałam już pozrywane mięśnie,reumatoidalne zapalenie stawów,oberwanie żołądka,nerwicę.No,ale to nie przeszkadzało pracować,na takie rzeczy na wsi się nie patrzy.A wyjść z rówieśnikami mogłam dopiero po robocie,czyli...kiedy wszyscy szli już spać do domów.Smutne,ale prawdziwe.
Nie wyolbrzymiam problemu,ale chce dać do zrozumienia wszystkim tym,którzy nie rozumieją o czym jest ten wątek,że wielu ludzi ze wsi było pozbawionych dzieciństwa ,od początku zmuszanych do pracy ponad siły(ponad siły oznacza dźwiganie,szarpanie,zwalanie itd.,a także psychiczne niedostosowanie do wielu sytuacji).Wątek jest o tym,co my czujemy dzisiaj.
Dzisiaj...dziś jestem do tego zdystansowana.Dziś,kiedy patrze na wieś,widzę piękno krajobrazu,czuję zapachy charakterystyczne każdej z pór roku.Wspominam te krótkie,nieliczne migawki,kiedy z innymi dziećmi bawiliśmy się na dworze,czyli jednak były takie momenty.Ale to,co bolało,nadal boli.Tego zniewolenia nigdy się nie zapomni.Bywa,że teraz my,z naszymi dziećmi,odwiedzamy gospodarstwo na wsi.Ale to już inny świat,teraz kobiety i dzieci tylko sporadycznie pomagają,i to w lżejszych pracach przydomowych.A tą znienawidzoną,ciężką robotę wykonują maszyny.Na szczęście.
I jeszcze do Animusa-ja też lubię pracować,ale nie wtedy,kiedy ta praca jest ponad moje siły...
Inoris dziękuję za przeprosiny, ja wcale się nie gniewam, wszak każdy ma prawo mieć swoje zdanie, swoje spojrzenie na jakiś problem. Ale proszę uszanuj też zdanie innych, jeśli nie rozumiesz, bo masz takie prawo , ale nie krytykuj.Na tym Forum jest tyle różnych wątków i zapewne coś dla siebie znajdziesz. A tobie Słaba kobietko, dziękuję, że ty mnie rozumiesz. W tych wspomnieniach nie chodzi, że nie lubię wsi. Otóż lata w których mi przyszło tam żyć były trudne prawie dla wszystkich. Ja miałam trochę lepiej, bo był brat, który był przeznaczony na pozostanie w gospodarstwie. Nikt przynajmniej nie przeszkadzał mi w nauce, nie bronił mi w kolejnej edukacji. Ale pamiętam, jak mój sąsiad kosiarką kosił łąkę przy domu, podbiegła do niego 5 letnia córka i on niechcąco obciął jej nóżkę. Protezę nosi do dnia dzisiejszego. Pewnie, że takie sytuacje mogą zdarzyć się wszędzie, ale na wsi jest ich znacznie wiecej.
Dzisiejsza wieś, a wieś lat 60,70 czy nawet 80 tych bardzo się różnią. Inaczej wyglada pogląd, spojrzenie na życie na wsi przyjeżdzając na wakacje czy w gości, a inaczej jak tam wraz z dorosłymi się pracuje.
Inori tak poniosło, jak mnie czasami. Menopauza albo PMS i robimy się złośliwe.
Słaba Kobietko zmień nicka, jakaś Ty słaba, prędzej doświadczona przez życie.
Mnie coś innego martwi. Brak przedszkoli, żłobków, świetlicy na wsiach. Jeśli są, to czynne w godz takich, że korzyści z nich żadnych. Jak te młode kobiety mają isc do pracy, skoro dzieci nie ma gdzie zostawic. Pomijam juz fakt lepszego rozwoju i socjalizację maluchów. Nawet te pracujące na roli mogłyby byc choc trochę odciążone. U mnie jest przedszkole, pojawiła się też placówka prywatna, zaś swietlica mogłaby pracowac dłużej. Nie wszyscy mają etat od 7-15. Złośliwi mieszkańcy okolicznych miejscowości natomiast twierdzą, że dopóki wnuki wójta uczęszczają do przedszkola, dopóty nie ulegnie ono likwidacji.
Jak ta sytuacja wygląda w waszych wsiach. Czy są jakiekolwiek zajęcia dodatkowe dla dzieci i młodzieży?
Jeszcze raz chciałam przeprosić za swój post. Nie wgłębiłam się w problem i zabrzmiałam jak jakaś idiotka. Dobrze, że się nie gniewasz ale pewnie miło ci nie było. Pozdrawiam ciepło i serdecznie ![]()
moi kuzyni musieli ciezko pracowac jak to opisalam w temacie przeprowadzka z miasta na wies. tak ciezko ze sie odechciewa. 7letnia kuzynka zmywala naczynia, a mama jej zwozila dzieci na wakacje. mala musiala robic wszystko...
dostawali lanie za cielaki wlazly,krowa sie ocielila, nie pomogli, 7 latek ma przewidziec ze krowa wpadnie pod samochód, a potem dostal tak w mordę ze makaron zbieral i z wlosów i ze scian, bo pacnąl mordą w talerz(zupy mleczne-przywilej jak sie ma krowy)
i wcale nie inaczej u sąsiada-wujka innego, to samo starsze uciekly do wojewodzkiego, bite kablem i pasem, gumą od krów czy witną od poganiania, a mlodsza przy mnie dostala w morde za cielaki(wlazly i podeptaly zasrane rabatki) jak ja nie dostalam od matki w buzię za pyskowanie(raz powiedzialam coś na s....laj). nie wymyslam, nie demonizuję.
do tej pory czesto laski idą byle szybciej do zawodowki np fryzjerskiej, mala karolina sąsiadka wujków, chlopak jej kupuje cale ubranie i kosmetyki, za rok wyjdzie za maż a potem ucieknie z domu. nie miec chlopaka to obciach, lepiej miec takiego co pije i bije jak zadnego.
ja mowie o wsi mojej babci-a nie o innych wsiach.wiec prosze mnie nie krytykowac.my tu mamy Mazury.
Inori nie ma sprawy już się nie gniewam, a wręcz pomyślałam, że mój problem to nie problem czytając inne posty. Sama się wstydzę, że nie miałam wcale tak źle jak inni. Praca i bieda to w tamtych czasach były na porządku dziennym. Natomiast bicie i poniżanie których doświadczają inni są naprawdę niewybaczalne. Nie wiem co mam powiedzieć to chyba tylko tyle, że wiele zrozumiałam będąc na tym FORUM. "Są takie chwile w życiu każdego człowieka, od ktorych nawet pamięć ucieka. Lecz są też chwile, dla ktorych trwania, warto poświęcić wieki czekania."
historia mojej mamy, ktora wsi nienawidzi, ktora wsią gardzi, ktora mowi:oglądać krowie ogony to strach.
2 dziecko z 6dzieci.bieda.brak sniadan dopiero obiad(buraki albo ziemniaki),karaluchy w domu. gospodarstwo. ojciec ktory pije i lata po dancingach.narobil dzieci i je olał. głód. babcia nieporadna.raz w tygodniu ucieczka na wozie pelnym pierzyn i dzieci. ojciec oczywiscie z placzem na kolankach, babcia glupia wybaczala.wracala.kolejne dziecko po pijaku. bieda.
mama konczy 14 lat w butach pozyczonych od sąsiada i bialej bluzce stoi przed domem. babcia poszla do sąsiadki.ma wrocic i zaprowadzic ją do autobusu. egzamin do liceum. władzia chce sie uczyc.
biedna, naiwna władzia.moja matka. cale zycie to wspomina jak dziadek sie upil a babka poleciala po niego. wrocila o 18. juz bylo po szkole. poszla za rok do zawodowki rolniczej. skonczyla ją zadowolona ze i taka dobra. wyszla za mąż i uciekla ze wsi.
urodzila 3 dzieci. siedziala w domu.to pracowala. jak to kobieta. ojciec tez. wydzielila pokoik i zabrala dwie siostry z domu, babcia sie wsciekla.kto bedzie krowy doil. dziewczyny poszly do szkoly wieczorowej, a dzien pracowaly. zdaly maturę. do tej pory sa wdzieczne mojej matce. jedna z nich szybko poszla gdzies do biura, druga tez. ta druga to nasza ukochana ciocia wiesia-spedzila z nami 3 lata. ciocia wiesia konczyla prace o 15 w biurze, wracala biegiem do domu do nas, swoich siostrzencow. mijali sie przy torach 15.15. rodzice moi szli do szkoly wieczorowej, ciocia do nas.zajmowala sie 3 dni w tygodniu nami popoludniem. dzieki niej rodzice zrealizowali marzenie o liceum. zdali maturę, ojciec poszedl na studia.
ah ta moja mama. pracuje w szkole jako ksiegowa. wysluchuje dzieciecych spowiedzi. tych ze wsi dzieci. wielu odwiodla od mysli rzucenia szkoly. dzisiaj jej dziękują.
mama wstydzi się wsi
popłakałam się..."Są takie chwile...(...)"
wies lat 70tych:
-dlaczego 5latka chodzi z golą pupą i nie ma majteczek
-rekolekcje-jedna kurtka się nadaje do kosciola-tylko jedna moze isc na mszę, reszta czeka
-wujek rzuca szkole bo go dziadek namawia, wujek szybko żaluje, na pocieche kupuja mu samochód, slucha modern talking i podrywa na wardburga swoją zone, w wieku 20lat juz ma 2 dzieci
-moja matka nie miala nigdy ladnych butów
dzis ma okolo 70par, to samo ciuchow, kupuje jakby nadal byla mala dziewczynka.
przepraszam ze pisze post pod postem.
Krostka ja też zostałam wbita w fotel i to nie jeden raz. Nigdy nie przypuszczałam, że tyle kobiet i dzieci bywa krzywdzonych. Podziwiam kilka osób, które tu piszą i umiejętnie wspierają, pomagają.
Nika to jest straszne, dziecko szuka sposobów na szybkie oderwanie od rodziców. Wychodzą szybko za mąż, otaczają się wianuszkiem dzieci i klepią często biedę. Nieliczne decydują się za studiowanie i jeśli nie są tytanami pracy, też polegną. Mijają lata, ci sami rodzice oczekują od tych dzieci wdzieczności i opieki na starosc. Głupi i toksyczny rodzic chce tego samego co ten dobry, kochający, mądry.
57 2013-01-29 12:26:29 Ostatnio edytowany przez nika29 (2013-01-29 12:32:19)
"dwadzieścia lat po kieliszku"
to mój list do wysokich obcasów, jak wpiszecie to w google to znajdziecie.
krostka-swietna z ciebie babka!!!
chaber moja babcia nie dala dzieciom nic prócz zycia. majątek przeznaczyla dla wujka od wardburga a oczekuje, ze ciocia wiesia ją wezmie na starosc.
ja mojej matce nie pozwole zabrac babci.NIE!!!mama za duzo przeszla, zeby sie denerwowac.
58 2013-01-29 12:58:44 Ostatnio edytowany przez simpleKarolina (2013-01-29 13:12:29)
Ja nie wstydze sie tego ze jestem ze wsi, ale wstydze sie wspmnien ktore czesto mnie dopadaja... Za wszelka cene staram sie wtedy zajac mysli czyms innym.
Bedac kilkuletnim dzieckiem mieszkalam w ponad 100letnim domu z matka, rodzenstwem, i prababcia. Bieda straszna, kapiele w metalowej wannie, toaleta na dworze. Szkola prawie 3km od domu. W cieple dni jeszcze jakos to bylo, ale zima dotarcie do szkoly na czas graniczylo z cudem.
Pamietam takie zdarzenie z mojego dziecinstwa. Mialam maly zolty rower. Brat postanowil nauczyc mnie jezdzic. Wszystko szlo dobrze, dopoki nie wpadlam do przydroznego rowu w ktorym bylo pelno wody bo akurat roztopy byly. Kierownica wbila sie w brzuch, bol nie do zniesienia a ja z placzego zamiast isc do domu poszlam do stodoly... Nie bol byl najgorszy, nie to ze sobie nie poradzilam. Najgorsze w tamtym momencie dla mnie bylo to, ze moja jedyna kurtka byla cala przemoczona a ja wieszajac ja na sznurku w stodole, balam sie, ze nie bede miala w czym pojdc do szkoly na drugi dzien.
Tata dojezdzal do nas w weekendy bo mieszkal na innej wsi ze swoimi rodzicami. Matka uciekla z nami stamtad bo moja babka, mama taty, byla, jest w sumie bo nadal zyje, kobieta straszna. Pamiatam jak cieszylismy sie na dzwiek nadjezdzajacego traktora w piatek wieczorem, bo wiedzielismy ze to tata przyjezdza. Przywozil zawsze wtedy ogramna walowke w kolorowych, pasiastych torbach...
Po smierci dziadka, taty mojego taty, przeprowadzilismy sie po raz kolejny do rodzinnego domu. I tu koszmar zaczal sie jeszcze wiekszy...
Ale to moze innym razem.
Na wspomnienie tamtych chwil emocje biora gore wiec nie moge pisac dalej.
Krostko, dziekuje Ci za zalozenie tego watku. W pewnym sensie moge tu wyrzucic wszystkie te emocje, ktore we mnie siedza. Nigdy nie mialam takiej mozliwosci. To taka jakby terapia.
59 2013-01-29 13:39:40 Ostatnio edytowany przez nika29 (2013-01-29 13:41:58)
raz ciotka i wujek zostawili dzieci(1,5,7) w domu i poszli doic krowy. dzieci pobily szybę. najstarsza uciekla w pole i plakala za te szybe. krew zalewala jej oczy a ona zlapana pytala:mamo ale dostane lanie za te szybe?
czy wtedy do ciotki i wujka nie doszlo?nie. 7 latka dalej zmywala, dalej sprzątala a reszta rodzenstwa tak samo.
to byl rok 1991.
60 2013-01-29 14:57:17 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-29 15:01:11)
Dziękuję chaber05, dziekuję słabakobietko, dziekuję simplekarolino. Dziękuję ci Nika 29 - ty opisując swoja mamę, to tak jakbyś pisała o mnie. Może nie powiem, że nie nawidzę wsi, ja jej po prostu nie lubię. Kiedyś opowiadałam na tym FORUM jak miałam 16- 17 lat szłam nocą ( przed 24oo ) do kościoła na pasterkę ( 3 km ) samiuteńka. Noc była mroźna, gwiaździsta i spadła gwiazda. Słyszałam, że w tym momencie jak się wypowie jakieś głębokie życzenie, to ono się spełni. I ja wtedy wypowiedziałam swoje marzenie odnośnie posiadania ubrań, butów.których nigdy nie miałam. I teraz tak jak mama Niki29 mam wszystko w najlepszym wydaniu, że jak otwieram szafę to nie wiem w co mam się ubrać. To jest jakoś takie silniejsze ode mnie, czasami nie umiem się powstrzymać.Już nie chcę kupować , ale ciagle mam taką wewnetrzna potrzebę. Pisałam to również, że teraz są lumpeksy, tanie sklepy i każdy coś dla siebie wyszuka. Kiedyś nie było, a każda młoda dziewczyna też chciała się podobać innym, ale też sama sobie.Te byle jakie ciuchy, za duże buciory dodawały nieśmiałości i dodatkowych kompleksów, których i tak nie brakowało w tym wieku.
Pamietam jak moja mama zawiozła mnie do lekarza, a lekarz krzyczy, że zaniedbała dziecko, że od dawna nie była u niego, że jest niedoleczona szkarlatyna. A mama tłumaczy, że była u niego- wreszcie lekarz każe mi stanąć na wagę i spojrzał na moje buty i mówi tak " faktycznie była Pani 2 lata temu, przypominam po tych butach". Miałam 10 lat i mama kupiła mi męskie buty( takie traktory ) po synu swojej znajomej, abym miała jak najdłużej. I w tych nieszczęsnych butach chodziłam kilka lat - koszmar! Do dziś śnią mi się po nocach.Nie byłam bita, nie byłam molestowana, a takie rzeczy jak te buty, czy wełniany, pomarańczowy golf na sylwestrowej wiejskiej zabawie często mnie dopadają. Wtedy też młode dziewczyny miały piekne sukienki i buciki - sama nie wiem skąd? Nika29 przeczytałam twój artykuł dwadzieścia lat po kieliszku - bardzo ci współczuję. Pozdrawiam wszystkich serdecznie, cieszę się, że jednak można z siebie wyrzucić co się nawarstwiło przed laty.
krostka o tych butach to historia mojego partnera.podobna. a lata 90te.
62 2013-01-29 15:24:54 Ostatnio edytowany przez simpleKarolina (2013-01-29 15:27:40)
nika...jakze smutny to list...
Podobnie w mojej rodzinie. Matka do tej pory wspomina niezyjacego juz mojego tate, jako alkoholika. Owszem, zdarzalo sie ze pil. Mysle jednak ze to byla jego forma ucieczki od tego zapierniczu na gospodarce, wiecznych obiecanek jego matki o przepisaniu mu jej, co nigdy sie nie stalo, wyzwisk itd itd. Tata nie wytrzymal i powiesil sie... To wies i gospodarka go nam zabrala. Byl chyba zbyt slaby na to wszystko. Pomimo ze mam straszny zal o to co nam zrobil ,kocham go nadal bezbranicznie bo pomimo, ze zrobil w zyciu mnostwo bledow, dbal o nas, mowil ze nas kocha. Jak nie traktorem to rowerem dojezdzal do nas 11km przez wiele lat, byle by chociaz spedzic z nami weekend...Moj syn nosi nawet jego imie... oj poplakalam sie....
Dwoch synow najstarszej siostry mojego taty pije tak, ze z pracy ich wyrzucili. Siostra taty takze lubila zaszalec...Ja sama kiedys myslalam, ze mam ostry pociag do alkoholu. Na szczescie to juz dawno za mna... Takich przykladow moglabym podac mnostwo.
Wspominajac rodzine ze strony Taty, kuzynostwo, rodzenstwo, ciocie itd, moge smialo powiedziec, ze malo jest tak osob, ktore sa naprawde szczesliwe. W kazdej rodzinie, a wiekszosc mieszka do dnia dzisiejszego na wsi, mialo miejsce jakies nieszczescie. Smierc, czy wypadek, problemy finansowe badz zdrowotne. Dopiero nasze pokolenie jakos uklada sobie zycie. Wiekszosc z nas wyrwala sie ze wsi i mimo, ze nie zyjemy w ogromnych miastach widmo wsi zostalo gdzies za nami. Czesto jednak wracamy to taktych wydarzen, one w wiekszosci uksztaltowaly nas, nasza psychike. Nie znam nikogo z mojej najblizszej rodziny kto chcialby wrocic na wies.
Karolino teraz piszę do ciebie: ja też pokonywałam codziennie 3 km do szkoły, a rower jak jakiś " mercedes " stał i oczekiwał na ważniejszych z domu. My dzieci na piechotkę żeśmy zasuwali i nigdy żeśmy się nie spóźnili. W gospodarce każde ręce przydawały się do pracy, nawet dziecka. Tak jak piszesz, że polatać z dzieciakami można było dopiero wieczorem, a przecież zostawały do zrobienia lekcje.Prześladuje mnie równiez taki obrazek: jestem w czwartej klasie Szkoły Podstawowej i cała tablica jest zapisana różnymi wyrazami ( ok. 200 - 300 ) i my po kolei czytamy je na szybkość poprawnego czytania.Nie pamiętam, czy to był jakiś konkurs, czy egzamin. Nadeszła moja kolei , po przeczytaniu odeszłam na bok i podsłuchałam jak nauczycielki podsumowując skomentowały mnie" że jestem tępa, jak moi bracia ".Było mi ogromnie przykro, nawet rodzicom tego nie powiedziałam. Tylko w duchu sobie przysięgłam że ja im kiedyś jeszcze pokażę! Udowodnię! Wyrok został wydany proszę Wysokiego Sądu, a dziecko zostało skazane. . Od tego momentu moim honorem stała się nauka i im dalej, tym uczyłam się lepiej, aż w końcu byłam najlepsza w VII i VIII klasie, a potem najlepsza w szkole średniej. Skończyłam dzienne studia w Warszawie ( byłam jedyną w tym czasie na okolicę ) i udowodniłam jak tępa, głupia przekreślona od samego początku dałam sobie radę i wyrwałam się ze wsi. Oczywiście nigdy tego nie powiedziałam swoim nauczycielom, bo oni byli dumni, że wyszłam z ich szkoły.Resztę może następnym razem, jeśli oczywiście mogę i nie nudzę.
gdyby naszych wrogow mozna bylo odszukac i im dogadac...
"nowakówna a ty na co czekasz?"-moja wfistka i jej wieczne fochy.
65 2013-01-29 22:05:31 Ostatnio edytowany przez krostka (2013-01-29 22:22:00)
Uważam, iż szkoła powinna być przyjacielem każdego młodego człowieka, a nauczyciel powinien każde dziecko wspierać i wydobywać z niego talent, który akurat posiada gdzieś głęboko ukryty, a potem nauczyć go rozwijać. A nie już u podstaw przekreślić, bo rodzina dysfunkcyjna, bo bracia mało zdolni, bo łobuz, bo inni tak mówią , bo ... .
To szkoła powinna wprowadzać dzieci, a potem młodzież w coraz starsze i doroślejsze życie. To szkoła powinna dawać dobry start poczynając od nauki pierwszych liter, cyfr, zdań, wypracowań. To szkoła powinna przygotować do dorosłego życia. To szkoła powinna uczyć potrzebnych rzeczy, które są wręcz niezbedne, ale też wychowywać i kształtować charakter. Prawie połowę naszego życia spędzamy w szkole i choć człowiek uczy się przez całe życie, to szkoła jest najlepszym miejscem do poznawania świata i ludzi. Jest podstawą, bez której człowiek byłby ubogi w wszelką wiedzę. Dzięki szkole możemy w późniejszym życiu pójść do pracy i dobrze wykorzystując swoją wiedze pomagać tym samym innym. A wiec dzięki szkole zapewniamy sobie byt. Ale nie dla wszystkich szkoła to tylko obowiązek, a nauka-przymus. Zdobywanie wiedzy daje także satysfakcję i podwyższa samoocenę, ale ktoś z dorosłych musi tego nauczyć. Jeśli nie potrafi tego rodzic, to powinien nauczyciel. Ponadto dzięki szkole nie tylko uczymy się coraz to nowych rzeczy, ale i zawieramy niezbedne dla człowieka przyjaźnie, które umilają nam wolny czas na przerwach czy nawet poza szkołą.Taka powinna być szkoła, tacy powinni być nauczyciele, a jak jest w rzeczywistości to każdy doświadczył to na własnej skórze. Jeśli dziecko pochodzi z biednej, mało znanej rodziny to któż zajmie się jego problemem, kto w nim zobaczy człowieka? Jeśli dziecko ma stare, liche buty i ubranie po starszym rodzeństwie to jego wiedza też jest niżej oceniana.Nie rozumiem jak nauczyciel nie widzi bitego dziecka przez rodziców, czy kolegów , dlaczego nie reaguje, a przecież w każdej szkole jest pedagog szkolny.Tutaj na FORUM czytam takie wypowiedzi i aż włosy stają mi dęba.