Może nie jest to niesamowita historia (a może jest?), ale uznałam, że musze ją komuś opowiedzieć, nawet jesli będę narazona na potepienie.
Popełniłam okropny grzech i czuje wstręt do siebie. Nie umiem sobie z nim poradzić........
Byłam kochanką zonatego faceta, starszego o prawie 30 lat ode mnie! Nie wiem jak to się stało, co mnie zaslepiło. Mądra, rozsadna kobieta. Wzór do nasladowania, duma rodziny - wplatałam się w takie G****.
Sypialismy ze soba przez kilka miesiecy. Opowiadał o swojej zonie, dzieciach. ŁĄczył nas tylko sex. Tłumaczył, ze nie zyje z zoną. Mieszkaja w jednym domu, ale nic ich nie łączy. I tak nie chciałam tego słuchac, bo nie obchodziło mnie to. On miał mi zrobic dobrze i iśc do domu.....
Ja w międzyczasie szukałam prawdziwej miłości. Postanowiłam, ze jak poznam kogoś interesującego to natychmiast urwe ten chory układ.
Sumienie ruszyło mnie ok stycznia. Dotarło do mnie jak załosnym człowiekiem jestem! Śmieć!
Z dnia na dzien urwałam kontakt. Wyrzuciłam wszystko co się z nim wiązało, zablokowałam telefon.
Ale ja do tej pory nie moge sobie wybaczyć. Nie chodzi o to, że rozbijałam rodzinę...to mnie nie rusza. Chodzi o sam fakt PUSZCZANIA się z facetem ktory mógłby byc moim ojcem. Rzygac mi się chce jak o tym mysle! Nienawidzę siebie!!!
Od tamtej pory minęło troche czasu.
W międzyczasie zakochiwałam się dwa razy i za kazdym zostałam obrzydliwie skrzywdzona ![]()
Tak się zastanawiam czy to nie kara boska????
Wiem, że to co zrobiłam to ciężki grzech - a że wierzę w Boga - czuje, że te niepowodzenia, ktore mnie teraz spotykają sa karą....
Tylko jak długo będe jeszcze pokutować???? ![]()
I czy kiedys uciszę sumienie? ![]()