Witam!
Może nie jestem dobrą pisarką, ale postaram się w miarę możliwości opisać mój problem.
Od niecałych dwóch lat jest w związku z chłopakiem, który pochodzi z rodziny, w której zawsze było dużo przemocy, krzyku, braku docenienia - można powiedzieć, że nie wspomina tego dobrze. Mówię o tym na samym początku, iż jest to mój argument, który powoduje, że powinnam z nim być, aby może choć trochę wynagrodzić mu cały ból dzieciństwa.
Zainteresowaliśmy się sobą poprzez wspólne pasje - informatykę. Różnią nas charaktery: ja jestem osobą raczej pewną siebie, niezbyt nieśmiałą, otwartą, on również. Więc gdzie jest ta różnica? Różnica tkwi w tym, że ja szanuję siebie, on siebie nienawidzi. Potrafi zrobić dla mnie wiele rzeczy, ale muszą to być rzeczy, które dotyczą jedynie mnie, bez wyjątku. Jeśli jakaś kwestia wiąże się z jego osobą - staje się niewykonalna. Dla przykładu: kiedy proszę go, motywuję do pracy, a także mówię, że jeśli będzie zarabiał pieniądze to mogą być one odkładane na naszą wspólną przyszłość - nie trafia to do niego, bo "nasza przyszłość" znaczy też "jego przyszłość". Nie potrafię mówić: "rób to dla mnie!" - po prostu chcę być jego motywacją, a nie tyranem, który będzie wciąż zmuszał...
Obecnie widujemy się bardzo rzadko, gdyż wyjechał na studia do większego miasta. Od tego czasu zrobiło się jeszcze gorzej. Mówi, że bardzo mu mnie brakuje, jednak kiedy proponuję, że rzucę pracę, studia i poszukam czegoś w jego mieście - pojawiają się groźby. I gdyby nie to, że jestem wykończona psychicznie i bardzo podatna na to - przyjechałabym z walizkami, ale w obecnej sytuacji ciężko mi jest cokolwiek zrobić, podjąć jakąkolwiek decyzję. Groźby dotyczą tego, że jeśli przyjadę to on z pewnością coś sobie zrobi. Mam zostać, gdzie jestem, pracować, uczyć się, bo on nie zasługuje, abym mu pomagała, sam wplątał się w problemy i sam musi je rozwiązać, to jest jego życie i nie powinnam się nim przejmować - to najczęściej słyszę.
Jest specyficznym chłopakiem ze specyficznym usposobieniem, które nakazuje być mu mesjaszem narodów, które każe poświęcać się, aby tylko inni mieli najlepiej. Wiele razy proponowałam mu wizyty u psychologa, jednak za każdym razem spełzło to na niczym. Jest dorosłym człowiekiem, sądzę, że widzi swoje problemy, ale niestety nawet z moją pomocą, której zresztą nie chce przyjąć, nie ma ochoty ich się pozbyć. Jego celem jest zniszczenie siebie. Po prostu będzie tak długo pomagać innym, aż się wykończy. Potrafi każdemu ulegać, pokazywać, jaki jest dobroduszny i pomocny, nie oczekuje za to żadnych pieniędzy. Parę razy udało mi się dotrzeć do niego i kiedy zapytałam dlaczego to wszystko robi, odpowiedział, że chce, aby ktoś w końcu doceniał jego pracę, to co robi. Problem w tym, że staram się to robić... Nie chcę, aby czuł się ze wszystkim sam, zdarzało się wiele razy tak, że kiedy przyjeżdżałam do niego i robił akurat jakiś projekt to siedziałam przy nim wiele godzin, aby tylko go skończył i aby widział, że ktoś przy nim jest i się interesuje tym co robi.
Boli mnie to, że on nie potrafi zrozumieć tego, jak bardzo rani mnie ta cała nienawiść, jaką do siebie czuje, sprawia mi tak wielki smutek... Rani mnie tak bardzo, że już wiele razy chciałam coś sobie zrobić, wiem, że to głupie, ale po prostu nie mam pomysłów jak pokazać mu, że bardzo go kocham i że musi zrozumieć, że jest dla mnie najważniejszy, że chcę go zostawiać, że akceptuję go takim jaki jest, z wyjątkiem tej cholernej nienawiści do siebie...
To tak trudna kwestia, że nie potrafię do końca trafnie ubrać tego w słowa... Wiąże się ona z wieloma chwilami, złymi chwilami, kiedy nie wytrzymywałam nerwowo, słuchając jak się oczerniał, mówiąc, że jest idiotką, debilem, kretynem i tak dalej, kiedy tak naprawdę jest inteligentnym facetem, który mógłby osiągnąć wiele, jakby tylko chciał. A w obecnej chwili zawala poważny kierunek studiów, jak i pracę...
Nie wiem już co chce mi pokazać, zachowując się w ten sposób... Tak wiele razy wydobywałam z niego prawdziwe emocje po tym, kiedy mówił mi, że do niczego się nie nadaje, że nie powinnam z nim być... Tyle razy mówił mi, że bardzo mnie kocha i chce dla mnie jak najlepiej... Ale jak bardzo chciałabym, aby również dla siebie chciał jak najlepiej. Jest to dla mnie ogromne marzenie, jedne z największych.
Znajomi i rodzina mówią mi, że bardzo się zmieniłam. Przestałam się bawić, uśmiechać, radość zastąpił marazm i smutek. Zaczynam sama zauważać, że więcej jest tych negatywnych chwil, że praktycznie każdego wieczoru płaczę... Płaczę, bo nie jestem w stanie nic zmienić, bo jestem za słaba, aby na niego wpłynąć, aby wbić mu do głowy, że nie musi mi niczego udowadniać, że wystarczy to, aby zaczął siebie akceptować.
Zdarza się, ze mówi mi, że jeśli nie chcę, to nie muszę z nim być. Ale ja wiem, że on sam nie da sobie beze mnie rady. Że jego rodzina widzi we mnie nadzieje, że jakoś mu pomogę, że wszystko się ułoży...
Jednak nie wiem, czy sama jeszcze widzę jakiekolwiek nadzieje...
Nie wiem już jak do tego wszystkiego podejść... Jestem w takim wieku, że myślę już o jakiejś stabilizacji, że kiedy skończę studia chciałabym założyć rodzinę, jednak w obecnej sytuacji nie widzę tego, właściwie wizja rodziny, która boryka się z takim problemem, wizja moich dzieci, które widzą, że płaczę, które słyszą co ojciec mówi o sobie - przeraża mnie.
Kolejny raz użyję słowa "nie wiem", ale niestety... Nie wiem już co robić, jestem u kresu wyczerpania nerwowego.
Pozdrawiam serdecznie,
grimes.