Witam,
Jestem po pewnym związku. Byłam z facetem pół roku, oboje mamy 23 lata. Układało się nam cudownie, aż po pół roku zerwał ze mną przez telefon wystawiając mnie z długim weekendem. Próbowałam z nim rozmawiać etc. Usłyszałam że ZA BARDZO SIĘ RÓŻNIMY, potem nasi wspólni znajomi zaczęli opowiadać mi o jego przeszłości ( panienki na jedną noc i tym podobne akcje, o które w życiu bym go nie podejrzewała). Następnie przyszły wakacje, zero kontaktu. Po wakacjach on starał się do mnie dotrzeć, ale ja tylko o mało co nie wybuchałam płaczem... i on dał spokój- zresztą poprosiłam go o to, ale zawsze mogłam na nim polegać, jeśli miałam jakiś problem pomagał. Jakieś dwa miesiące temu zaczął pisać sms'y pod wpływem %. Okazało się , że zwyczajnie stchórzył. Mieliśmy problem z sexem - gumka i mu opadał, a ja nie mogłam brać hormonów, dodatkowo nie wiem czemu, ale właściwie poza palcówką i minetką nie umiał mnie zadowolić, w ogóle nie umiał sobie poradzić z moją łechtaczką ( a taki niby doświadczony). Sex jest ważny, ale nie najważniejszy- co zawsze mu powtarzałam, a była między nami niesamowita chemia. W końcu udało mi się dobrać plastry w ramach antykoncepcji - więc mogliśmy sobie w końcu użyć, a on stchórzył i wolał zerwać, bo obawiał się, że znów da plamę w łóżku. Ubzdurał sobie, że z innym będzie mi lepiej. Minęło już 7 miesięcy od naszego rozstania, staramy się , aby nasze relacje były w miarę normalne , może nawet kiedyś zostaniemy przyjaciółmi ( teraz emocje nadal MNIE ranią), bo rozumiemy się bez słów. Obecnie żadne z nas nie chce już wracać, do tego "związku"- zabrakło najważniejszej rzeczy - ZAUFANIA. Niemniej to co się wydarzyło zostawiło "głęboką ranę".
4 miesiące temu poznałam wydawałoby się idealnego faceta. 24 lata, wysportowany, ciacho, inteligentny . Długo traktowałam go jako kolegę, on też podkreślał, że niczym to nie musi się skończyć i nie naciskał na kontakt fizyczny. Jakoś tak wyszło, że jednak wylądowaliśmy w łóżku - z mojej inicjatywy (jeszcze jak zaczęliśmy się całować, on wyhamował i powiedział, że jak to nie wypali to nie chce mnie stracić,temu się powstrzymuje). On też jest po dość bolesnym związku - musiał służbowo wyjechać, a jak wrócił ona miała innego. Facet, jest strasznie zamknięty w sobie, dobrze czuję się w jego towarzystwie. On niedawno powiedział, że nie jest gotowy na związek, bo nie ma czasu ( 2 etaty i studia zaoczne). Sprawa była dla mnie jasna "nie jestem gotowy na związek" = dziękuję panu - friends with benefits mnie nie interesuje, a to , że ktoś wcześniej został zraniony, nie jest usprawiedliwieniem, żeby się nie angażować. Jednak po rozmowie obiecał, że jeszcze tylko miesiąc nie będzie miał dla mnie czasu - potem będzie normalnie. Ogółem, strasznie ciężko mi się z nim porozumiewać przez sms'y, internet, gdy jest obok wszytko jest wspaniale. Jeżeli chodzi o sex to zawsze wynika on z mojej inicjatywy, rzadko się widujemy, więc jak jest taka możliwość to korzystam. W ogóle on ma wiele zalet, ale ten brak czasu i ta bariera, którą buduje. Wiem, że mu zależy, ale czasem ciężko mu to okazać, boję się jednak, że tak będzie zawsze i zawsze będzie mi czegoś brakować. Po ostatnim związku stałam się też nieufna, tego nowego faceta nie jestem w stanie obdarzyć pełnym zaufaniem- zawsze jak go o coś oskarżę, to jednak okazuje się, że mówił prawdę. Postanowiłam dać mu jeszcze miesiąc, potem zobaczę, ale mam ochotę się od niego coraz częściej "odciąć", boję się z drugiej strony, że mogę go zranić, albo że przez swoje obawy zaprzepaszczę szansę na wartościowy związek.
Co o tym sądzicie, czy taki związek dwojga zranionych osób ma sens. Mam wrażenie, że ani on, ani ja nie wyszliśmy jeszcze z poprzednich związków...