Hmmm...nie tak to miało wyglądać... to moje życie...ta dorosłość wyczekiwana...gdyby ktoś 16-latce, którą byłam powiedział kiedyś, że tak będzie wyglądało jej życie za kolejne 16 lat to pomyślałaby pewnie, że to świetny dowcip... i roześmiałaby mu się prosto w nos...bo kiedyś umiała się śmiać...i nie uwierzyłaby, że ten idealny plan na przyszłość, czyli najpierw liceum, potem studia, potem przesympatyczny i wyjątkowy małżonek, potem kochane i grzeczne dzieciątka (koniecznie trzy, żeby wesoło w rodzinie było), a do kompletu oczywiście świetna, rozwijająca, nie nudna i dobrze płatna praca...przecież wszyscy kiedyś mieliśmy podobne marzenia, które pierwotnie były planami ...
Taaaa... koń by się uśmiał...koń tak, bo już 33-letnia, dorosła kobieta niestety nie...bo jakoś z idealnego planu nic nie wyszło, rozmyło się, a ja już zupełnie nie wiem czego chcę od życia... zupełnie... Na zewnątrz uśmiechnięta, pogodna, wszystkim życzliwa, a w środku wszystko krzyczy, tylko że nikt tego krzyku nie słyszy...jak pomyślę o rodzinnych spotkaniach, o tych wszystkich ciotkach i wujkach, i babkach to ciarki po plecach chodzą...bo jak w moim wieku można nie mieć męża, ani partnera, ani dziecka choć jednego, choćby nawet bez ślubu poczętego, dla samego faktu jego posiadania bo przecież zegar tyka tik tak tik tak, jak można z rodzicami mieszkać i nawet się nie starać kogoś poznać...a my się tak staramy pomóc przecież... to nie ze wścibstwa ani broń boże złośliwie...to z troski...naprawdę nie chce???...znaczy, że coś z nią jest chyba nie tak... może lesbijka...
I potem człowiek, czyli ja, wraca do domu i kombinuje...może faktycznie coś nie tak...Nie ciągnie mnie do kobiet, związków niewiele i krótkie, mężczyzn w otoczeniu i w życiu niewielu, życia towarzyskiego jakoś faktycznie brak...tylko ta praca i praca...Znaczy dziwoląg...
Gratuluję tym, którzy wiedzą czego chcą, albo wydaje im się, że wiedzą...też bym tak chciała...w moim otoczeniu zawsze było więcej koleżanek niż kolegów, teraz w pracy też nie ma ich zbyt wielu...i oczywiście wszyscy sparowani...nic nie poradzę, że wszystko mi się jakoś tak rozsypywało, chociaż wiem, że z mojej winy, ze strachu, z braku pewności siebie, z kompleksów...a potem to już najzwyczajniej w świecie z przerażenia, coraz większego, że nie mam niczego do zaoferowania drugiemu człowiekowi, że nawet spróbować nie warto, bo ryzyko rozczarowania coraz większe...zbyt duże...nie warte...
I tak, już od wielu lat jestem sama, przeważnie nie jest mi źle, przeważnie cieszę się tym co mam, choć nie ma tego zbyt wiele, ale praca jest, koleżanki w pracy fajne, zdrowie dopisuje...
I tylko od czasu do czasu, jak dziś właśnie, dopadają mnie smutki i zaczyna się jazda...bo niby wiem, że o wartości człowieka nie decyduje to czy jest czy nie w związku, czy ma męża i dzieci...ale nie sposób się oprzeć wrażeniu, ze mojej rodzinie i otoczeniu pewnie wystarczyłoby gdybym się ochajtała, a za pół roku rozwiodła, byle nazwisko się zmieniło, nieważne czy byłabym szczęśliwa, czy nieszczęśliwa, czy bita, czy zdradzana, czy poniżana...najważniejsze, żebym dołączyła do grona dorosłych, znaczy zaobrączkowanych, żeby było w końcu o czym ze mną rozmawiać...bo co ja tam teraz wiem o życiu...tyle co z książek przeczytanych...takie duże dziecko po prostu...
A im bardziej cisną, tym bardziej ja w zaparte idę, że nie chcę, że przecież mi tak dobrze jak jest, że gdzie będzie lepiej jak u mamy... i śmiech...
Tyle, że śmiech trochę łzami podszyty, bo cudownie byłoby mieć się do kogo przytulić, pójść na spacer czy do kina, kto by obronił, pocałował, łzy otarł i powiedział, że wszystko będzie dobrze...(tak wiem, że to poplątane: z jednej strony tęsknić za kimś a z drugiej tak strasznie bać się zaangażowania).
No i ten śmiech także strachem podszyty, co będzie, jeśli to parcie na rodzinę, na męża, na dziecko, na bliskość przyjdzie w końcu, przyjdzie jak przyszło u wielu moich koleżanek (które nawiasem mówiąc oczywiście jak parcie na męża przyszło, to tego męża znalazły i rodziny pozakładały),jeśli u mnie przyjdzie jak już będzie za późno na cokolwiek...na szukanie, poznawanie i budowanie...??? O ile już nie jest za późno...
Nie wiem, może jestem po prostu nienormalna, może emocjonalnie niedojrzała, może ktoś tak poplątany nie powinien nawet próbować myśleć o miłości i sobą obarczać drugiego człowieka...może zęby zacisnąć i z czasem tylko coraz silniejsze różowe tabletki na poprawę nastroju kupować...nie wiem...
No to sobie pomarudziłam... trochę mi przeszło...troszeczkę...
Fajnie, że jest takie forum...koleżankom przecież tego wszystkiego nie powiem... ![]()
pozdrawiam ciepło ...:-))