Rozstalismy sie 3 tygodnie temu. Nasz zwiazek byl krotki, ale intensywny.
Nie bylo zdrady, byl za to szacunek, wzajemne "przylgniecie" Oboje potrzebowalismy siebie po poprzednich, nieudanych zwiazkach. W sumie tez oboje zdawalismy sobie sprawe z tego, ze duzo ryzykujemy, ze raczej marne sa szanse na to, ze to sie uda...
Na poczatku bylo pieknie i cieplo, ale po paru miesiacach wszystko zaczelo sie powoli rozsypywac jak domek z kart. Byl coraz bardziej nieobecny. Mial spore problemy ze swoja eks, ktora zatruwala mu zycie. Uzalal sie nad swoja sytuacja, nad swoimi problemami. Ale nadal, kiedy sie nie widzielismy rozmawialismy ze soba dlugie godziny przez telefon. Kazdej nocy, ktore nie spedzalismy razem.
Sytuacja dla mnie byla coraz bardziej meczaca. Ktoregos dnia powiedzial, ze gdy mnie nie ma to teskni, a jak jestem to chce, zebym juz wyszla...
Tuz przed rozstaniem pomyslalam sobie, ze w sumie gdyby go zabraklo to nic by sie w moim zyciu nie zmienilo.
Pozstanowilam odejsc. Tak naprawde to on podjal ta decyzje jakis czas wczesniej, a ja ja wprowadzilam w zycie.
Oczywiscie po przeprowadzonej rozmowie, gdy wrocilam do domu wpadlam w placz. Ale to nie byl zal za nim. Tylko za tym, ze cos, w co pokladalam nadzieje sie juz skonczylo. Do tego tesknota za jego domem, do ktorego moglam wpasc w kazdej chwili, samotne noce i takie tam...rzeczy drobne, o ktorych mysli sie dopiero po fakcie. Strach przed samotnoscia rowniez... a 30 na karku straszy.
Po paru dniach odezwalam sie, aby ustalic termin wymiany rzeczy. Ucieszyl sie, ale nie mogl rozmawiac, powiedzial ze zadzwoni wieczorem. Znowu rozmowy do rana. Z rozmowy wynikalo tylko tyle, ze nie potrafi sie ogarnac. Ze nie wie czego chce. Znowu zalil sie na swoje problemy. Czulam, ze narasta we mnie zlosc. Powiedzialam mu bardzo dosadnie, ze jego problemy mnie juz nie interesuja - chcial zycia sam - prosze bardzo. Mi juz nic do tego.
Obrazil sie...
Postanowilam po raz drugi sie z nim skontaktowac, bo ciagle ciazy nad nami ta wymiana rzeczy. Chce miec to wreszcie za soba. Znowu sie ucieszyl, oczywiscie rozmawialismy dlugo. Postanowilismy sie dzis spotkac. U niego. Wieczorem. I doskonale wiem, ze wszystko skonczy sie w lozku.
Echhh....tesknie za nim kazdego dnia, z drugiej storny chce sie oderwac. Ale nie wyobrazam sobie tego, ze go nie bedzie. Ze tak po prostu zniknie z mojego zycia. Wiem, ze to byloby najlepsze. O przyjazni ciezko mowic, bo ta przyjazn zawsze bedzie z jakims podtekstem nadzieji, zazdrosci. Jesli nadal bedziemy utrzymywac kontakt to zniknie tylk oodpowiedzialnosc, reszta pozostanie czyli seks, nocne rozmowy. A to bedzie bolec.
Dzis mi powiedzial, ze czuje sie winny i postanowil mi kogos znalesc, po czym stwierdzil, ze chyba jednak nie bo bedzie o mnie zazdrosny...
Wkurza mnie jego egoizm, brak zdecydowania. Z jednej strony po rozstaniu poczulam ulge, z drugiej strony wlasnie ta tesknote, o ktorej wspomnialam wczesniej. A przyznaje - takiej tesknoty nie czulam za kim.
Co zrobic? ![]()