Witajcie drogie forumowiczki.
Jestem nowa - to zaznaczam na wstępie, jednak tak naprawdę nie wiem co myśleć, z kim rozmawiać i co mówić. Mam serdecznie dosyć tego jaka sytuacja non stop wkrada się w mój związek.
Jesteśmy ze sobą już trochę, nawet tego nie chcę liczyć, bo od razu zacznę sobie przypominać sytuację od kiedy jego matka jest razem z nami. To tak głupio brzmi, ale niestety tak jest.
Odkąd mieszkamy z jego matką (wrzesień) wszystko zaczyna się między nami psuć, a jego matka na siłę nas tam trzyma bylebyśmy nie mieli kasy na swoje mieszkanie i bylebyśmy nie pracowali.
Z początku to naprawdę tolerowałam i znosiłam, ba nawet jej współczułam, bo była po rozprawie z mężem, którego wywaliła z domu, zaraz potem, że nie ma jej kto w domu pomagać. Robiliśmy z moim narzeczonym co mogliśmy byleby jej ulżyć. Dzieci zawieść do szkoły, przywieść, pilnować. Gotować.
Nadmienię - dzieci to chłopczyk i dziewczynka w wieku lat 8 i 9. Dopiero z czasem te 'dzieci' przestały być dla mnie dziećmi, a stały się czymś w rodzaju balastu, bo ja nie mam zamiaru im matkować. Ona chce iść do koleżanki to zostawia je z nami. Chce to - to my musimy z nimi zostać. Chce tamto - to my musimy się zająć. Ja rozumiem, że potrzebuje tego, ale ona ma jeszcze oprócz mojego faceta dwóch dorosłych synów, którzy nic nie robię. Jedynie co to zbijają bąki i sieją niezdrową atmosferę. Nawet nie wiem co się stało, że teraz to ja jestem ta zła i niedobra i ponoć namawiam chłopaka na to by olał matkę. Owszem! Nie zaprzeczę. Namawiam go na to, że nasz związek to my, a nie ona i my.
W jedną z naszą miesięcznice - miałam już dość napiętej sytuacji i tego,że to my się staliśmy rodzicami młodszego rodzeństwa i zabrałam chłopaka na kolacje. Nie wiem jak to się stało, ale dowiedziała się, że jesteśmy w restauracji i zrobiła taką awanturę, że nie pilnujemy dzieci, że nie wytrzymałam i po prostu emocje wzięły w górę. Rozpłakałam się. Miałam pretensję do narzeczonego. A historia powtarzała się non stop.
Korzysta z naszego auta. Karze synowi zawozić dzieci do szkoły - odbierać, a to przecież tylko 10 minut na nogach, no przecież nie są kalekami by nie mogły iść na nogach. 'Nie bo zmarzną' - ostatnio się wkurzyłam i jej powiedziałam, że to rodzice dają mi na paliwo i nie będzie tego wykorzystywać, bo ona nam nie daje i nie będzie żerować na pieniądzach rodziców. Wkurzyła się na nas tak, że nie odzywała się dwa dni.
Teraz wróciliśmy do mojego rodzinnego miasta. Wydzwania do mojego chłopaka dzień w dzień z pytaniem kiedy wróci bo nie ma się kto dziećmi zająć, a w domu mieszka jeszcze ze swoimi synami. A mój facet ma jechać specjalnie 50 km żeby zająć się 'dziećmi' dwie godziny i żeby wrócić do mnie. No po prostu świetnie.
Do mnie ma jakieś 'ale'. Zauważyłam, że jej jak się liże tyłek i słucha jej jojczenia i narzekania to się jest super i w ogóle, a jak ma się jej problemy gdzieś to wszyscy są źli. Do mnie nie dzowniła już ze 2 tygodnie! A jak slyszy, że mój chłopak jest ze mną to dostaje białej gorączki, ale dzięki bogu mam na tyle przytomnego faceta, że on zdaje sobie sprawe, że jego matka jest histeryczką i że jest nienormalna tyle, że ja już nie mam pomysłu co robić by ona dała nam spokój...
Uwierzcie mi - sytuacji, w których to my musieliśmy olać nasze plany czy sytuacje, że ona nad wydoiła z kasy było multum. Potrzebowała na zakupy na jedzenie 300 złoty - to jej dałam, a teraz jak mój chłopak potrzebował kupić coś to mu dała, ale awantura była pięć minut później, że on nic nie robi, że kiedy jej odda, że to ja jej muszę oddać skoro jesteśmy razem. jej się wydaje, że ja jestem dojną krową, która ma multum kasy i że będę utrzymywać jej całą rodzinę i faceta.
Nie mamy pieniędzy na święta czy sylwestra - dla mnie to nie problem, dla niego też nie ale jej pytanie np. ostatnio do nas ' czy kupimy jej dzieciom prezent na mikołaja i pod choinkę'.
Jak przestać myśleć o chorej psychicznie 'teściowej'? Nie mam pojęcia. Wiem jedno, że robienie facetowi awantur jest bezcelowe - bo nie on jest winny temu, że ma matkę histeryczkę.