Jestem w zwiazku juz prawie 12 lat, nasza coreczka ma 7, bez slubu.
Problem jest w tym ze kiedy zwiazalam sie z nim, majac 16 lat co innego mialam w glowie niz teraz kiedy mam 28.
W skrocie doroslam i chce miec normalna, kochajaca sie rodzine, gdzie ja i on jestesmy dla siebie wsparciem, gdzie dzieci sa oczkiem w glowie, wszystkim sie dzielimy i o wszystkim mozemy ze soba porozmawiac.
On zachowuje sie niestety nadal tak jakby mial te nascie lat a jest ode mnie pare lat starszy.
Jesli chodzi o nasze stosunki to nigdy nie moglam na niego liczyc pod wzgledem takim zebym mogla mu sie zwierzyc, zeby moc z nim porozmawiac o wszystkim i o niczym. Naszych rozmow nie ma, a jak sa to sa o niczym.
Jedyne czego mu nie moge zarzucic w tym wszystkim to to ze robi duzo przy domu, ale tu mam na mysli remont a nie jakakolwiek inna pomoc przy domu lub przy dziecku.
Mam do niego zal ze nie wykazal sie podczas kiedy nasze dziecko bylo male i potrzebowalam pomocy, zreszta do tej pory to jest MOJ obowiazek nakarmic, odrobic lekcje, poczytac, pobawic sie, zawiesc i zaprowadzic do szkoly itd.
Wiem ze on kocha nasza corke ale chcialabym zeby on to uczucie okazywal w inny sposob.
Niestety przychodzac po pracy, "uwala" sie na kanape i warczy na corke jak mu tylko przeszkadza.
Lekcji nie odraba z nia bo twierdzi ze nie potrafi (mieszkamy za granica), jezyk zna na tyle ze ja wiem ze potrafi tylko mu sie po prostu nie chce.
Mieszka u mnie, nie doklada sie do niczego bo ciagle nie ma (pracuje na pelny etat), czasami kupi cos do jedzenia lub jak pojedziemy na zakupy to kupi cos corce.
Ja juz mam tego dosc.
Chcialabym miec fajna, kochajaca sie rodzinke. Zazdroszcze wszystkim moim kolezankom ktore wioda takie zycie, tym wszystkim para ktore sa szczesliwe.
Corka chcialaby rodzenstwa, ja rowniez bardzo bym chciala miec wiecej dzieci, ale to jest nie mozliwe.
On nie chce"smiedzacych, rozwrzeszczanych, obsranych bachorow" a ja nie chce miec juz z nim wiecej dzieci bo wiem z czym sie to je.
Wiele razy probowalam zakonczyc ten zwiazek.
Przewarznie bral mnie na litosc, lub to ja majac nadzieje ze sie zmieni, ze bedzie inaczej ale przez tyle lat nic sie nie zmienia.
Kiedy zaczynam o tym mowic to zarzuca mi to ze jak nie ma remontu to jest mi do niczego niepotrzebny.
Ze odzywam sie do niego tylko jak cos chce i ze to moja wina ze jest jak jest.
Jestem okropnie nieszczesliwa, boje sie tego rozstania, boje sie samotnosci, boje sie ze on cos sobie zrobi, ze nie da sobie rady, ze nasze dziecko obwini mnie za to rozstanie.
Pare dni temu corka spytala sie mnie czy ja tate lubie.
Mysle ze ona wszystko widzi i rozumie jak jest miedzy nami.
Ja w glebi duszy wiem co mam zrobic ale strach przed tym wszystkim sprawia ze stoje unieruchomiona, a czas leci....