Witam wszystkie forumowiczki,
to mój pierwszy post na tym forum, proszę więc o wyrozumiałość pod każdym względem;)
Bez zbędnych wstępów opowiem wam jak to się stało w moim przypadku. Historia ta pewnie jedną z tysięcy podobnych, ale dotyczy mnie osobiście, a potrzebuję trzeźwej oceny kogoś 'z boku'.
Jestem ze swoją dziewczyną od 6 lat. Początki mieliśmy trudne, poznałem ją gdy byłem na pierwszym roku studiów, pół roku wcześniej doznałem swojego pierwszego poważnego zawodu miłosnego. Poznaliśmy się przypadkiem, w momencie kiedy ją rzucił facet. Gdy oficjalnie staliśmy się parą byłem cały w skowronkach. Wiedziałem, że zawsze była typem imprezowiczki, że uwielbiała towarzystwo innych ludzi i adorację facetów, ale biło od niej takie ciepło i byłą (jest) tak piękna, że postanowiłem spróbować. Sam miałem wzorzec związków wyniesiony z domu, polegający na całkowitym oddaniu drugiej osobie (rodzice), dlatego nie mogłem przeboleć niektórych jej zachowań (imprezy, otwarte podejście do stosunków międzyludzkich ogólnie). Poza tym od początku odczuwałem dysonans między nami jeżeli chodzi o skalę uczuć. Pewnie zachowywałem się po części niedojrzale, ale wiecie jak to jest z pierwszymi miłostkami - molestowałem ją ciągle smsami, goniłem na gadu gadu, chciałem się spotykać niemal codziennie. Z jej strony takiego parcia nie był. Z czasem zrozumiałem, że może po prostu miała zdrowsze podejście. W każdym razie zacisnąłem zęby i postanowiłem spróbować. Po pół roku przeprowadziła się do innego miasta na studia (oddalonego o 80 km, co dla mnie w tamtych czasach było nie lada odległością). Oczywiście z początku myślałem, że skoczę z mostu, ponieważ nie mogłem znieść faktu, że imprezowiczka trafiła do akademika. Ściskało mnie coś w środku, bo ja znów codziennie chciałem mieć z nią kontakt, choćby telefoniczny, a ona nie miała na to już tak dużo czasu (nowe towarzystwo). Ale nic to, ciągnąłem sprawę dalej. Wydoroślałem pewnie w międzyczasie, zaufałem jej na 100%, sadziłem, że o zdradzie mowy być nie może. Co ważne - to z nią poznawaliśmy się pierwszy raz również w sferze intymnej, co również mocno nas łączyło, dlatego wierzyłem, że kochanek nie wchodzi w grę. Ważna kwestia która uciekła mi wcześniej: od początku miała problem z wyznaniem mi miłości. Zawsze twierdziła, że to wielkie słowa, a ona nie jest ich pewna. Ale powiedziałem sobie: czyny są ważniejsze niż słowa. A doświadczeń fajnych mamy razem sporo - razem jeździliśmy do pracy za granicę w każde wakacje w okresie gdy studiowała, spędzaliśmy razem wakacje w afryce i w ogóle bajka. Od tamtego czasu ufałem jej całkowicie, i wiedząc nawet, że jakiś facet się do niej 'podwala' nie reagowałem emocjonalnie, bo zawsze mi o tym mówiła, traktując sytuację z przymrużeniem oka. Pozwalała na adorację innych, ale wmawiałem sobie, że taka już jest i do niczego groźnego to nie prowadziło. W zasadzie samemu zdarzały mi się niewinne flirciki, dlatego miałem zdrowy dystans - przynajmniej tak mi się wydawało. Potem była wyprowadzka na kolejnym stopniu studiów do kolejnego miasta, ale zachowaliśmy zasadę spędzania ze sobą weekendów i wakacji. Zawsze byłem jej powiernikiem, seks był jak najbardziej ok, pomagałem jej we wszystkim nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach. Ot, klasyka - byłem przekonany, że to kobieta na całe życie. Mieliśmy imiona dla naszych dzieci nawet. I tutaj zaczynają się schody. Kiedy tylko skończyła studia, rozpoczęły się poszukiwania pracy. Po kilku miesiącach udało się. Tym razem wyprowadzka oznaczała 500 km separacji. Mam pracę w mieście rodzinnym, ale postanowiłem się wyprowadzić. Potrzebowałem trochę czasu na poukładanie swoich spraw, poza tym jej pierwsza umowa o pracę miała termin 3 miesięcy, więc postanowiliśmy poczekać do tego czasu z moja przeprowadzką (na wypadek, gdyby umowy nie przedłużono). Od początku gdy wyjechała, telefon się urywał. Dzwoniliśmy do siebie kilka razy dziennie, rozmawialiśmy po kilka godzin. Opisywała mi nowy świat, w którym żyje, a którego, jak miałem nadzieje, niedługo się stanie. Po jakimś czasie, jak ręką odjął, kontakt się urwał. Dzwoniłem tylko ja, zazwyczaj nie odbierała, a gdy już odebrała, to nie opowiadała o wszystkim, jak miało to miejsce wcześniej, a jedynie półsłówkami, że wszystko dobrze i tak dalej. Pytałem co się stało, jednak odpowiedzi nie dostałem. Uznałem, że to może wina cięższego okresu w nowej pracy i dałem jej odetchnąć. Niedługo potem, w weekend zadzwoniłem do niej i nie wytrzymałem - poprosiłem kategorycznie o wyjaśnienia co się zmieniło. Powiedziała, z płaczem, że pojawił się ktoś, kogo bardzo, bardzo lubi. Serce prawie mi wyleciało z piersi. Spytałem, czy do czegoś doszło i od jakiego czasu to trwa. Powiedziała, że dwa razy się całowali, a trwa to od jakichś dwóch tygodni. Wsiadłem w samochód, który kupiłem dwa dni wcześniej i pojechałem w podróż 500 km. Co w trasie przechodziło mi przez głowę, to ciężko opisać słowami. Gdy dojechałem, wyjaśniła mi jak o poznała, stwierdzą, że to wina tego, że dużo czasu spędza z nim w pracy. Spytałem, czego chce i czy to był epizod, czy chce z nim być. Powiedziała, zapłakując się, że nie wie co zrobić i że nie potrafi podejmować decyzji. Jest typem kłamczuchy (może nie pokazywała tego do tej pory w stosunku do mnie, ale rodziców i znajomych obdarza niewinnymi kłamstewkami), dlatego docisnąłem ją bardziej. Powiedziała, że chodzili razem na imprezy, również za rękę, raz całowali się na trzeźwo, gdy do niego poszła, po jednej z imprez spali także ze sobą, całowali się, a on dotykał jej piersi. Powiedziała jednak stop, i seksu nie było, natomiast obudzili się rano razem. Po weekendzie, który u niej spędziłem, stwierdziła, że chce być ze mną i że wróci do mojego miasta po zakończeniu pierwszej umowy. Pytałem, czy jest pewna tej decyzji, a ona że na 100% nie wie czy robi dobrze, ale nie może patrzeć jak cierpię. Pytałem więc, czy robi to dla siebie, czy żeby mi nie było przykro, mówiła, że i to i to. Dodam, że mówiła w tym czasie swoim przyjaciółkom, które mnie znają, że między nami źle się dzieje. Tak również powiedziała swojej mamie, która mnie uwielbia... Po kilku dniach, w których prawie nie spałem i nie jadłem, ona zaczęła zachowywać się całkowicie normalnie, jak gdyby nic się nie stało. Normalnie śpi, raczej nie płakała, po prostu jakby nigdy nic. Twierdzi, że zerwała z nim kontakt, widzą się tylko przelotem w pracy. On wyznał jej wcześniej miłość i zerwał dla niej długoletni związek, aczkolwiek ona twierdzi, że zrozumiał od razu, że nie mogą być razem. Gdy spytałem potem, czy ona psychicznie ma ten 'związek' za sobą, powiedziała, że nie wie, ale chce być ze mną. Twierdzi, że mnie kocha, ale zastanawiam się czy nie jest to miłość przyjacielska i przywiązanie.
Wszytko to stało się w ciągu ostatnich 5 dni. Nie wiem co robić, rozsądek i przyjaciel podpowiadają mi, żeby ją zostawić, póki nie ma dzieci lub ślubu, bo kiedyś sytuacja może się powtórzyć. Z drugiej strony serce nie pozwala mi np. urwać kontaktu. Wiem, że z mojej strony było to dojrzałe uczucie, pytanie tylko, czy ona na prawdę może być ze mną całe życie z miłości?
Co o tym sądzicie kobitki? Mam w głowie sieczkę, raz myślę sobie, że gdybym odszedł, to znalazłbym za jakiś czas nową miłość i pewnie stałbym się lepszym człowiekiem (moja dziewczyna twierdzi, że tak bardzo ją kocham, że nie byłbym w stanie być z kimś innym), a z drugiej strony, chce wierzyć, że możemy jeszcze być szczęśliwi. Ona jako jeden z powodów swojej decyzji podaje, że nikt nigdy nie będzie jej tak kochał jak ja.
Dodam jeszcze, że patrząc wstecz wydaje mi się, że ja ją bardziej kochałem (kocham?) niż ona mnie. Zawsze to ja robiłem romantyczne kolacje, niespodzianki, prezenty, i wszystko co powodowało u niej radość. Ona raczej w takie rzeczy się nie bawiła.
Na zakończenie powiem jeszcze, że cała akcja działa się w kilka dni po moich urodzinach. Ja zawsze pisałem w minutę po północy wiersze własnego autorstwa w jej urodziny, ona zadzwoniła i powiedziała z uśmiechem - wszystkiego najlepszego...
To tyle, czekam na wsze opinie
PS. Wybaczcie, że się tak rozpisałem.