Nie wiem od czego zacząć.
Byłam nim zauroczona parę lat temu. Zakończyło się niewinnym, biurowym flirtem, później kontakt się urwał. Ponownie spotkaliśmy się (z jego inicjatywy) w maju zeszłego roku.
Wiedziałam, że chce z nim być, on miał wątpliwości, parę miesięcy nie był w stanie się określić "bo nie chciał się wiązać". Postawiłam ultimatum - albo jesteśmy "normalną" parą albo ja się wycofuje z takiej niejasnej relacji. Zdecydował, że chce spróbować.
I tak zaczęliśmy być razem. Wytyczył bardzo wiele granic. Czułam się jak natręt, intruz. Nie wolno było mi go przytulić, bo nie lubi, nie trzymaliśmy się za ręce, pocałunki, bliskość - jedynie w łóżku.
Nigdy nie usłyszałam dobrego słowa, komplementu. Jeśli zaznaczyłam jakąś swoją potrzebę mogłam mieć stu procentową pewność, że nie zostanie spełniona. Każda moja wypowiedź była z założenia negowana, moje zachowania krytykowane.
Kiedy mówiłam, że jest mi zimno - szerzej otwierał okno, kiedy miałam gorszy okres w pracy i mówiłam, ze potrzebuje wsparcia - potrafił nie dzwonić 2-3 dni. Kiedy nie wyrażałam zainteresowania sexem - kochaliśmy się codziennie, natomiast kiedy ja próbowałam zainicjować stosunek - dochodziło do tego, że nie dotykał mnie przez 2 tygodnie.
Do tego okazał się szalenie zdolnym manipulantem. Potrafił każdą swoją winę przedstawić w taki sposób, że to ja czułam się źle, czułam, że zawiniłam. Moje potrzeby, takie podstawowe, jak chociażby fizyczna bliskość były przez niego przedstawiane w taki sposób, że ja czułam się GŁUPIO, że tego wymagam.
Ciągle miałam wrażenie, że po prostu nie "zasłużyłam" sobie na przychylność.
Ciężko mi to wytłumaczyć.
Jednocześnie jest niezwykle bystrym typem, wspaniałym kochankiem, inteligentnym rozmówcą. Kiedy miewał lepsze okresy było nam naprawdę dobrze.
Kiedy po raz pierwszy mnie zostawił, uargumentował to bardzo słusznie i szczerze. Że mnie nie kocha, że czegoś brakuje.
Z drugiej strony, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, że jestem najbliższą mu osobą, nalepszym przyjacielem. No i tak na parę miesięcy wróciliśmy do poprzedniego ukłądu "razem ale jednek nie". Wyjechaliśmy na wakacje, gdzie doszło do potwornej sytuacji. W przypływie pijackiej, nieuzasadnionej zazdrości - uderzył mnie. Odeszłam. Po raz pierwszy zebrałam się w sobie i g
o opuściłam. Po paru dniach przyjechał, błagał o szanse, deklarował wspaniałe rzeczy, przepraszał za to jak postępował. Wszystko miało się zmienić. Uwierzyłam, wybaczyłam. Przez ok 2 tyg miałam prawdopodobnie najwspanialszego faceta na świecie. Po tym okresie stopniowo wracał do formy sprzed rozstania... Zostawił mnie po około miesiącu. Po czym znowu chciał się spotykać. Oczywiście uległam. Tym razem z ogromną dozą ostrożności. I znowu było miło, tym razem przez ok tydzień.
Koniec końców, po wielu rozmowach, próbach itp postanowiłam odejść ostatecznie.
W głowie kłębią mi się same sprzeczne myśli. Z jednej strony wiem, że jest po prostu słabym typem. Manipulantem, egoistą, agresorem, zimnym i niedostępnym. Z drugiej strony, nie wiem, może te parę "przebłysków dobroci" które się pojawiły w naszej relacji pozwoliły mi chwycić się mysli, że jeśli będę wystarczająco się starać to on będzie taki zawsze. Jak będę wystarczająco dobra to mnie pokocha. Jeśli stanę się ładna - powie mi komplement.
Bałam się o cokolwiek prosić. Kiedy lał deszcz jemu wydawało się wyjątkowo zabawne, że muszę wracać z pracy do domu i nie mam parasolki.
Śmiał się ze mnie kiedy miałam problemy z cerą na tle alergicznym.
Potrafił nazywać mnie grubasem, łapać za skórę i mówić, że to fałdy tłuszczu...
Nie wiem, nie rozumiem. Nie chce tak żyć. Nie chce być w takim związku, ale jestem zmiażdżona, a serce mam w kawałkach...